sobota, 1 grudnia 2018

Na gorąco: Downrange /2017/ - reż. Ryuhei Kitamura




Szóstka bohaterów podróżuje samochodem po wyludnionych bezdrożach Ameryki Północnej. Ich wyprawa przerwana zostaje gwałtownie z powodu przebitej opony. Nieświadomi przyczyny usterki bohaterowie ochoczo zabierają się do naprawy. Jakież ogromne zdziwienie odmaluje się na ich twarzach, gdy z przebitej opony wydobędą pocisk z karabinu snajperskiego… W tle słyszymy strzał i od tego momentu akcja w filmie nabiera zawrotnego tempa. Pretekstowa fabuła pozwala reżyserowi przyglądać się zachowaniom bohaterów postawionych w nietypowej sytuacji. Oczywiście, nie mamy do czynienia z dramatem psychologicznym więc próżno doszukiwać się w nim pogłębianej analizy osobowej na miarę filmów Bergmana. Pomimo tego uważam, że i tak jest nieźle. Kitamura dobrze radzi sobie w obrębie małych (sześć osób) przestrzeni społecznych. Nieźle sprawdzającym się rozwiązaniem było połączenie struktury typowego dramatu bohaterów próbujących przetrwać za wszelką cenę, z elementami kina gore, przynależącego do horroru.


Łamie to przyzwyczajenia widzów tworząc odświeżający mix gatunkowy. Równie dobrze wyszło twórcom uśmiercanie bohaterów. Robią to bez zbędnego schematyzmu, tak by każdy kolejny zgon zaskakiwał. Dodatkowo nad całym filmem unosi się przyjemny zapach groteski. Na szczególne uznanie zasługuje przerysowana, ale tak bardzo prawdziwa, uwzględniając całość, scena, w której jeden z bohaterów, ryzykując życiem, ze spokojem malującym się na twarzy, zakrywa zdeformowaną przez kulę twarz swojej ukochanej. Romantyzm podciągnięty do ekstremum. Pod koniec filmu, gdy na scenę wkracza "brygada ratunkowa" reżyser jeszcze mocniej przykręca śrubę groteski fundując widzowi iście spektakularny finał. Jeżeli miałbym filmowi Kitamury coś do zarzucenia, to brak hamulca, który, by go powstrzymał przed "ostatnim strzałem". Psuje to trochę pozytywne wrażenie pozostające po tym, bądź co bądź, sprawnie zrealizowanym i szalonym thrillerze.
Ocena 6-7/10

wtorek, 20 listopada 2018

Pięść i krew





Plakat promujący Przychodzi po nas noc (The Night Comes for Us, 2018, reż. Timo Tjahjanto) w pełni oddaje specyficzny charakter filmu. Główny bohater spogląda prosto w oczy widzów. Widzimy go w planie średnim, z poobijanej twarzy sączy się stróżka krwi. Rysunkowy charakter plakatu stanowi nawiązanie do komiksu i filmów animowanych, w szczególności mangi i anime. Rozszerza to twórcom tolerancję na nierealność poszczególnych scen, a tym samym filmu jako całości. Filmy animowane przez ogół widzów traktowane są jak opowieści "drugiej kategorii" - takie mniej wymagające historyjki dla dzieci (ewentualnie młodzieży). Często w rysunkowych historiach narzeka się na logikę i trywialność opowiadanej historii. Przychodzi po nas noc, swoją pretekstową fabułą, doskonale wpisuje się w te ramy. Skonstruowany w taki sposób scenariusz daje pole do popisu mistrzowsko zrealizowanej choreografii walk.


W Przychodzi po nas noc pojedynki są niezwykle spektakularne. Daleko im do rzeczywistości, ale trudno mówić o realizmie w filmach tego typu. Uwidocznia się to najbardziej w częstym schemacie, w którym to pojedynczy bohater mierzy się z przytłaczającą liczebnie siłą przeciwnika. Trup ściele się gęsto na kształt potyczek Czarnej Mamby (Uma Thurman)  z Tarantinowskiego Kill Billa (2003, 2004).  Co prawda dzieło Timo Tjahjanto nie może pochwalić się tak dużą ilością przeciwników zabitych przez jedną osobę, jednak z pewnością przebija film reżysera Pulp Fiction (1994) w zakresie ukazywanej brutalności. W tym aspekcie twórcy poszli na tyle daleko, że już mały krok dzieli ich od splatter movie – horrorów, które niejako za cel obierają sobie dokładne ukazywanie najbrutalniejszych aktów przemocy. Z tego powodu na porządku dziennym mamy odcinane kończyny, miażdżone członki oraz wybebeszone flaki. Absolutnym majstersztykiem w tej kwestii jest scena walki trzech przedstawicielek płci pięknej. Dosyć napisać, że na jej zakończenie jedna z bohaterek widowiskowo odrywa sobie podcięty palec, podczas gdy jej przeciwniczka musi kontynuować starcie podtrzymując wypadające z jej rozciętego brzucha jelita. Przed oczami jako żywo stają sceny (oczywiście nie tak groteskowe) z Ichiego Zabójcy i to zarówno wersji papierowej, jak i filmowej.


W nowej produkcji Netflixa ogromną przyjemność sprawia obserwowanie pomysłowych sposobów filmowania starć pomiędzy oponentami. Najciekawszy polega na umieszczeniu kamery tuż za głową jednego z bohaterów (w tym przypadku głównego), dzięki czemu czujemy się jak uczestnicy walki, lub co najmniej niczym w grze akcji z gatunku FPS (first-person shooter).


Co do obsady, fani z  łatwością rozpoznają znane twarze z Iko Uwais, Joe Taslim na czele. Do pewnego stopnia pewne novum stanowi fakt, że Iko Uwais gra w tym filmie postać negatywną. Osobiście natomiast strasznie cieszę się z roli tajemniczej "operator" kreowanej przez uroczą Julie Estelle znanej widzom szerzej jako "pani młotek" z drugiej odsłony Raidu (Serbuan maut 2: Berandal, 2014, reż. Gareth Evans). Z chęcią obejrzę jakiś film z nią w roli głównej.


Nowy film Timo Tjahjanto, to festiwal przemocy ubrany w kostium, brawurowo zrealizowanego, kina "kopanego". Nie spodziewajmy się po nim logiki, czy też skomplikowanej fabuły. Miało być krwawo, widowiskowo, a czasem (często) mocno przerysowanie. Wszystko powyższe dostajemy w maksymalnych porcjach, dodatkowo zmieszane z kroplą efektów gore. Dobre, mocne kino!

piątek, 9 listopada 2018

Na gorąco: One! (Them!) /1954/ - reż. Gordon Douglas





Straszna ramotka, sympatyczna ale mało strawna dla kogoś, kto nie jest specjalnym entuzjastom filmów Sci-Fi z lat 50. Początkowo fabuła wciąga i nawet intryguje, niestety im dalej, tym gorzej. Szczególnie widoczne są niedostatki w zakresie scenariusza. Najbardziej irytuje brak wyraźnego głównego bohatera. Wprawdzie podjęto próby jego wykreowania ale zrobiono wszystko na opak. Początkowo pojawia się charyzmatyczny policjant, który całkiem umiejętnie dźwiga ciężar głównej postaci. Potrafimy się z nim utożsamić, a przez to kibicować jego poczynaniom. Niestety, w czasie trwania akcji pojawia się drugi męski bohater, pracownik FBI, który nie dość, że jest całkowicie pozbawiony charyzmy, to jeszcze budzi w widzach negatywne odczucia względem swojej osoby. Postać jest tak bezbarwna, że nawet przez myśl by mi nie przeszło, że to właśnie ją twórcy wybrali na głównego bohatera. Niestety, staje się to nad wyraz jasne, gdy nasz agent połączy swoje siły z partnerką.


W filmie, według przepisu, musiała pojawić się kobieta, dlatego twórcy wprowadzili postać pani naukowiec, która "snuje się" za głównym(i) bohaterem niczym zjawa (mając za zadanie zapewne stanowić przeciwwagę dla pojawiających się na ekranie, niemalże wyłącznie, męskich bohaterów). Oczywiście, gdy mamy już kobietę, to musi pojawić się również i uczucie, lub co najmniej jakieś symptomy romansu. Do naszej pani naukowiec twórcy nakazują, ku mojej rozpaczy, smalić cholewki bezbarwnemu agentowi FBI… A później było już tylko gorzej. Cała druga połowa filmu, w tym ten wątpliwej jakości romans, wydaje się być "szyta" od niechcenia na kolanie. Odniosłem wrażenie, że twórcy mieli fajny pomysł wyjściowy, jednak nie starczyło im inwencji twórczej, by go umiejętnie rozwinąć. Trochę szkoda bo obraz posiada świetny klimat i całkiem niezłe efekty specjalne (biorąc oczywiście pod uwagę lata w których powstał). Generalnie, film tylko dla entuzjastów.
Ocena 5/10

piątek, 26 października 2018

Na gorąco: Nine - Dziewięć (Nine) /2009/ - Rob Marshall




Film leżał od dłuższego już czasu (9 lat;) w mojej prywatnej "poczekalni filmowej", oczekując na swoją kolej (zapewne podświadomie spodziewałem się tego, co zobaczę, dlatego odkładałem seans). Niedawno nadarzyła się ku temu stosowna okazja i - muszę tak napisać - mam go już za sobą! Niestety, wszystkie obawy, które miałem względem filmu potwierdziły się. Podobną wydmuszkę, zrealizowaną na tak wielką skalę naprawdę „ze świecą szukać”. Co za sława, co za rozmach, co za blichtr. Niestety za tym wszystkim nie kryje się nic poza oklepanymi truizmami. W zamyśle całkiem ciekawy – musicalowa wersja Osiem i pół Felliniego (8 ½, 1963) – finalnie ociera się o śmieszność. Rozterki Guido (Daniel Day-Lewis) są tak płytkie, tak trywialne, że dorównują im jedynie teksty prymitywnie napisanych piosenek. Do tego elementu filmu mam zresztą największe zastrzeżenia. Czego jak czego, ale od musicalu wymagam piosenek na najwyższym poziomie – toż to w nich przecież tkwi jego serce. Po zrealizowaniu tak dobrego obrazu jakim był Chicago (2002), po Marshallu oczekiwałem czegoś więcej niżeli tekstów o klepaniu po tyłkach (nawet tak atrakcyjnych jak te należące do Penelope Cruz) i powierzchownych odniesień do Freudowskich teorii upatrujących powodów każdego dorosłego działania w dzieciństwie.


Nie jestem fachowcem ale w kwestii muzyki film również nie reprezentuje niczego nadzwyczajnego. Wystarczy napisać, że absolutnie żadna melodia nie zapisała się w mojej pamięci na dłużej. Natomiast, cóż tu mamy za obsadę: Daniel Day-Lewis i cały orszak gwiazd kobiecych m.in. Marion Cotillard, Judi Dench, Sophia Loren, Nicole Kidman, Kate Hudson, Fergie Duhamel.  Niestety, aż żal serce ściska, że główny bohater musi się zmagać z tak "płytką" rolą. Z kobietami jest nawet jeszcze gorzej. Aktorki pojawiające się w filmie wyglądają, ale zdecydowanie nie grają.  W sumie nie ma się czemu dziwić, gdyż grać tam nie ma czego. Na obronę napiszę, że w tym gąszczu nijakości broni się, rozbłyskująca na moment, rola Nicole Kidman. Niestety, tym dobitniej podkreśla to nijakość reszty obsady. Piękne buźki, nawet największych gwiazd kina, nie zastąpią solidnie napisanego scenariusza i dobrej realizacji. Może problem tkwił w moich rozbuchanych oczekiwaniach? Nie wiem. Nie mniej jednak uważam, że Marshall tym filmem popełnił jedno z największych rozczarowań w dziejach kina.
Ocena 3/10

piątek, 12 października 2018

W potrzasku






Debiutancki film Levan Bakhia 247°F (2011) był treningiem formalnym przed czymś poważniejszym. Kręcąc go reżyser przećwiczył sytuację, w której niewielka grupa (trzy-cztery osoby) funkcjonuje w warunkach izolacji przestrzennej. Test przeszedł pomyślnie więc wykorzystując przećwiczony schemat, zabrał się za rzecz o wiele poważniejszą. Jego nowy film Nagmi (znany szerzej pod nazwą Landmine Goes Click, 2014), to swoista wariacja na temat thrillera z podgatunku rape and revenge i kina zemsty.


W warstwie fabularnej mamy do czynienia ze spotykanym często schematem w obrębie którego amerykańscy turyści pałętają się po pustkowiach starego kontynentu. W pewnym momencie jeden z bohaterów następuje na minę lądową. Nie jest w stanie nic zrobić - znalazł się w swoistej pułapce. To wydarzenie wyłącza go (unieruchamia) z funkcjonowania w środowisku zewnętrznym. Cały ciężar działania zmuszona jest wziąć na swoje barki jego młoda koleżanka, próbująca desperacko mu pomóc. Czy w takiej sytuacji można jednak coś sensownego zrobić? Sami, pośrodku pustkowia, bez zasięgu telefonicznego, ogarnięci coraz to większą paniką? Po pewnym czasie na dwoje nieszczęśników przypadkowo natyka się jeden z miejscowych autochtonów. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że do bohaterów uśmiechnęło się szczęście. Czy aby jednak na pewno? W bardzo krótkim czasie okazuje się, że przybysz ma względem młodych Amerykanów własne plany, niekoniecznie związane z ratunkiem.


Opowiedziana przez Levan Bakhia historia mocno angażuje widza poprzez umiejętne zmuszenie go do utożsamienia się z bohaterami. Duży udział w tym ma bardzo dobrze nakreślona charakterystyka głównych postaci dramatu. Została ona tak skonstruowana, by z jednej strony im szczerze współczuć (sytuacji, w której się znaleźli), z drugiej strony jednak wyposażyć ich w takie niedoskonałości charakteru (zdrada uczuciowa najbliższych), pod którymi mogłaby się podpisać większość widzów. Całym sercem jesteśmy po ich stronie do tego stopnia, że ich osobista krzywda prawie nas boli. Oczywiście nie wolno zapominać o ich adwersarzu, który tak swoją postać poprowadził, by widzowie nie mieli żadnych wątpliwości, kto w przedstawionej sytuacji jest tym złym.


Przez cały seans film zdaje się być poprawny, niczym się niewyróżniający, jednak w ostatnim akcie nabiera głębszego i całkiem  niebanalnego sensu. Reżyser skupia się na dramacie rozgrywającym się w obrębie swoistej mikroprzestrzeni społecznej. We wspomnianym już 247°F, to pomieszczenie więziło bohaterów, w Nagmi bohaterowie działają, co prawda, na otwartej przestrzeni, jednak, poprzez warunki, które zostały im narzucone, duszniej jest niż w saunie z debiutu. Również podejmowana problematyka jest bardziej złożona. Reżyser tym razem mierzy się z fundamentalnym pytaniem o naturę zła, o jego zaraźliwość i powszechność, którą zauważyć można bez względu na narodowość czy pochodzenie. Na szczęście dla filmu nie poprzestaje on na typowym schemacie zbrodni i kary, tylko poszerza jego zakres o kolejny element nie pozwalając sobie na jednoznaczność i pozostawiając widza z niepokojem w sercu. W tego rodzaju filmach, to bardzo dużo.

niedziela, 30 września 2018

Depcząc po piętach pierwowzorowi





Obawy wobec kontynuacji Sicario (2015, reż. Denis Villeneuve) miałem od momentu pojawienia się pierwszych informacji o rozpoczęciu jej produkcji. Na samym początku dowiedziałem się, że w filmie zabraknie Emily Blunt. Nie mogę powiedzieć, że postać przez nią kreowana była moją ulubioną. Spajała jednak akcję i wprowadzała do mrocznego thrillera pierwiastek kobiecego piękna. Ponadto całkiem dobrze sprawdziła się jako główna bohaterka dramatu. Drugi zgrzyt nastąpił, gdy okazało się, że ktoś inny obejmie funkcję reżysera. Denis Villeneuve to wizjoner, który zapewniał filmowi mroczny sznyt oraz reżyserską ogładę. Czy jego następca sprosta oczekiwaniom? Moje obawy rosły coraz bardziej. Ostateczna fala wątpliwości napłynęła wraz z ukazaniem się pierwszego trailera. Wprawdzie profesjonalnie zrobiony, pachniał jednak trywialnością scenariusza, oraz sprawiał wrażenie celowo przeładowanego na potrzeby kontynuacji.


Na korzyść nowej produkcji natomiast przemawiał powrót większości kluczowych aktorów z Joshem Brolinem na czele oraz fakt, że w scenariuszu znalazło się dużo więcej miejsca dla najlepszej postaci z pierwszego Sicario, czyli Alejandro, w świetnej interpretacji Benicia del Toro. Do dzisiaj twierdzę, że jego drugoplanowa postać skradła cały film dystansując wszystkich pozostałych aktorów.


Pełen wyżej opisanych obaw udałem się na seans Sicario 2: Soldado (2018, reż. Stefano Sollima). Muszę to przyznać: już dawno żaden film nie zaskoczył mnie tak pozytywnie. Ani jedna z moich obaw się nie potwierdziła. Więcej nawet, obraz nie dość, że świetnie radzi sobie jako kontynuacja, to może być również traktowany jako osobna produkcja.


Siła filmu Sollimy tkwi w rzadko spotykanej w kontynuacjach oryginalności. Twórcy stworzyli bardzo ciekawy i spójny scenariusz opierający się na podobnych przesłankach co część pierwsza, nie kopiując ich. Ponownie do czynienia mamy z brudnym światem polityki mieszającym się w sprawy przestępczości zorganizowanej i ponownie we wszystko wpleciony jest kontekst współczesnych problemów (imigranci, terroryzm). Tym razem grupa (czy oddział) dostaje zadanie wywołania wewnętrznej wojny pomiędzy kartelami. Najlepszym sposobem na to jest porwanie nastoletniej córki jednego z bossów narkotykowych. Oczywiście, jak to zwykle bywa, nie wszystko pójdzie, jak zaplanowano i po świetnej samochodowej akcji (nawiązującej bezpośrednio do części pierwszej) bohaterowie zostają zupełnie sami. W filmie zaskakuje brak oczywistości scenariuszowych, które aż proszą się o realizację. Na przykład, jest w filmie scena, w której Alejandro zostaje "opiekunem" porwanej córki bosa narkotykowego. Relacja: młoda dziewczyna – zabójca była w kinie przedstawiana już wielokrotnie: Leon zawodowiec (Leon, 1994, reż. Luc Besson) czy Człowiek w ogniu (Man on Fire, 2004, reż. Tony Scott), by wspomnieć te najbardziej znane. Te filmy wyznaczyły pewien schemat postępowania bohaterów, którego widzowie nieświadomie oczekują. Twórcy Sicario 2 sprawnie się z tymi schematami rozprawiają, oferując swoje własne oryginalne rozwiązania. Dodatkowo, fajną rzeczą, niezauważalną w części pierwszej, jest pewien posmak atmosfery wyjętej wprost z kina klasy B. Szczególnie jest to widoczne w drugiej połowie obrazu, osiągając swoje apogeum w akcji na pustyni, nawiązującej rozwiązaniami fabularnymi do Tajemnic Los Angeles (L.A. Confidential, 1997, reż. Curtis Hanson). Mała rzecz, a cieszy.


Aktorsko, na plan pierwszy w Sicario 2 wysuwa się bohater grany przez  Josha Brolina (co równie zaskakuje, gdyż to postać kreowana przez Benicia del Toro miała tym razem być głównym bohaterem) i urasta do miana postaci pierwszoplanowej. To, co zaskakuje jednak najbardziej, to fakt, że udaje mu się jej ciężar udźwignąć. Pomimo mojej irracjonalnej, bo z niczego uzasadnionego niewynikającej, niechęci do tego aktora, muszę oddać mu sprawiedliwość pisząc, że dzielnie starł się z kreacją Benicia del Toro. Więcej nawet, jest jego równorzędnym partnerem, czego również nie uświadczyliśmy we wcześniejszym filmie reżyserowanym przez Denisa Villeneuve. Co także bardzo ważne, pomimo zmiany reżysera, film prawie nie stracił na mrocznym klimacie. Udzielająca się widzom atmosfera nieuchronnego fatalizmu świetnie podkreślana jest przez ścieżkę dźwiękową, która jako jeden z najbardziej widocznych elementów łączy kontynuację ze swoim poprzednikiem.


Sicario 2: Soldado stanowi nieliczny przypadek filmu, który potrafi godnie stawić czoło swojemu poprzednikowi - w niektórych elementach nawet go prześcigając. Pomimo że na kontynuację nie czekam, to jeżeli zrealizowana zostanie w podobny sposób, co część druga, powitam ją z otwartymi ramionami.

środa, 12 września 2018

Na gorąco: Człowiek z Dzikiego Zachodu (Man of the West) /1958/ - reż. Anthony Mann




Człowiek z Dzikiego Zachodu jest widocznym pomostem prowadzącym od najbardziej reprezentatywnych klasycznych opowieści z dzikiego zachodu Johna Forda, po przepełnione nihilizmem antywesterny Sama Peckinpaha. Pomimo klasycznej szaty w filmie czuć już podmuch zbliżającej się zmiany. Przykładowo, mamy głównego bohatera, który wydawać by się mogło, że prawy, jednak w głębi duszy skrywa mroczny sekret. Ustatkował się (żona i dwójka dzieci) ale, gdy sytuacja tego wymaga przebudzają się w nim demony z przeszłości. Sam bohater przyznaje, że jeden moment wystarczy, by przekreślone zostały lata jego starań kroczenia drogą prawości.


Pewne elementy zmiany w charakterze dostrzec można również u herszta bandytów. Z jednej strony na wskroś zły, z drugiej doznaje osobistego załamania po odejściu głównego bohatera. W pewnym sensie późniejsze działania bandyty uwarunkowane zostają przez to odejście, które niechcący, ale jednak, "niszczy" go jako człowieka.


Największy bodajże "krok" w stronę przemiany w obrębie gatunku dostrzec można w postaci kobiecej. Do pewnego stopnia w filmie mamy do czynienia z lustrzanym odbiciem sytuacji zaczerpniętej z najbardziej chyba reprezentatywnego klasycznego westernu jakim jest Dyliżans (Stagecoach, 1939, reż. John Ford). Podczas podróży dochodzi do spotkania kobiety "upadłej" i byłego "zabijaki". Ich relacje, z oziębłych zaczynają ewoluować w coraz cieplejsze, aż do samego uczucia… W tym momencie Anthomy Mann wprowadza modyfikacje. Główny bohater filmu może i czuje coś do kobiety, ale gdzieś tam ma żonę i dwójkę dzieci (dodatkowo jest im wierny).  Na końcu filmu nie dochodzi do klasycznego happy endu (bohaterowie nie zostają "ze sobą"), tylko następuje coś pośredniego. Co prawda kobieta nie może liczyć na uczucie mężczyzny (toż to cały czas prawy bohater jest), ale przez miłość do niego dokonała się w niej przemiana. Wyrusza razem z nim, objąć posadę nauczycielki oraz zapewne, by być blisko bohatera. To niespełnione uczucie jest kluczowe dla ewolucji klasycznego westernu. "Upadła" kobieta wprawdzie odnalazła miłość ale nieszczęśliwą (niespełnioną) i kto wie czy w przyszłości nie doprowadzi do rozpadu małżeństwa (co było nie do pomyślenia w klasycznych westernach). Ziarno "zepsucia" zostało przez twórców zasiane i kiełkować będzie kierując kolejne klasyczne opowieści z dzikiego zachodu ku, rozwijającemu gatunek, "upadkowi".