środa, 13 czerwca 2018

Pozaludzkie zło





Już od pierwszej sceny obraz Kan-Cheung Tsanga pt. Intruder (Kong bu ji, 1997) chwyta za gardło zupełnie jak główna bohaterka swoją pierwszą z ofiar. Nic w tym dziwnego, ponieważ podstawowym i największym atutem filmu jest właśnie postać Yan, głównej bohaterki, w przekonującej interpretacji Chien-lien Wu. Jej upór i determinacja w powziętych działaniach fascynują, nie pozwalając nawet na moment oderwać od niej wzroku.


Główną bohaterkę poznajemy, gdy po dokonanym morderstwie "przejmuje" tożsamość swojej ofiary. Przekracza granicę kraju i rozgląda się za kolejną zdobyczą. Tym razem będzie to mężczyzna - wyrodny ojciec samotnie "wychowujący" córkę. Dlaczego właśnie on? Czego tak naprawdę Yan chce? Bardzo długo twórcy filmu udanie ukrywają motywy postępowania bohaterki. Wiemy tylko, że mamy do czynienia z osobą bezwzględną, niezwykle konsekwentną i... tyle.


Bardzo dobrze w filmie prezentuje się psychologia postaci. Pomimo swojego nieludzkiego charakteru, główna bohaterka zdaje się być bardzo "ludzka" (na swój nieludzki sposób). Jej bezwzględność skonfrontowana zostaje z niezwykle przekonująco zagranymi scenami tkliwości wobec kochanka, co tylko zwiększa przerażenie widza lub, jak w moim przypadku, fascynację, wobec tej postaci. Niczym zwierzę (drapieżnik) kieruje się jedynie instynktem zachowawczym prowadzącym ją do osiągnięcia zamierzonego celu. W mgnieniu oka Yan, potrafi "przeistoczyć się" z bezwzględnej tygrysicy w potulną kotkę. Socjopata w formie czystej, nieodczuwający żadnych emocji względem drugiego człowieka. Nieważne, czy to mężczyzna, kobieta, starsza osoba lub młodsza. Nawet wobec dzieci nie ma żadnych skrupułów - chociaż ten aspekt twórcy podają, do pewnego stopnia, w wątpliwość, jednak nie jako wyraz budzenia się w bohaterce zalążków "ludzkich uczuć", a bardziej jako przejaw instynktu macierzyńskiego samicy. Nie ma litości, dla nikogo stojącego jej na drodze.


Film Intruder jest jednym z lepszych reprezentantów słynnej hongkońskiej kategorii III. Obraz zbliżony do kina eksploatacji wychodzi poza jego ramy, ubogacając go szczególnie w zakresie relatywizmu moralnego protagonistów. Trochę chaotyczne, ale za to bardzo ładne zdjęcia podkreślają dzikość postępowania bohaterki (poza, oczywiście, jej bardzo dobrą grą aktorską). Jak na prawdziwy film kategorii III przystało, mamy w nim do czynienia ze sporą ilością scen przemocy, które służą jednak nie tyle do szokowania widzów, co w dużej mierze, do pogłębienia psychiki bohaterów.


Dekadencki charakter całego dzieła wspiera sposób, w który zostało sfilmowane. Na ekranie prawie przez cały seans panuje mrok. Wynika to, z jednej strony, ze sposobu filmowania, ale również z faktu, iż czas akcji przypada niemalże wyłącznie na porę nocną. Ponadto twórcy skąpali obraz w strugach deszczu, potęgując tym wrażenie wszechogarniającej beznadziei – z drugiej jednak strony, to właśnie ten deszcz przyczyni się do uratowania jedynej osoby, która przeżyła bezpośredni kontakt z tym nieludzkimi, lub lepiej napisać, pozaludzkim niebezpieczeństwem.

środa, 30 maja 2018

Superbohater na miarę dzisiejszych czasów





One-Punch Man (2015), to elektryzujący shounen mający zadatki, by stać się rewelacją na miarę kultowego Dragon Balla (jeżeli utrzyma wysoki poziom w kolejnych sezonach). Pewien bezrobotny mężczyzna, Saitaman, postanawia zostać superbohaterem. Nie kierują nim żadne wzniosłe pobudki – po prostu chciałby robić w życiu to, co lubi. Tak bardzo "zatraca się" w dążeniu do osiągnięcia upragnionego celu, że już po kilku latach (trzech) staje się najsilniejszym człowiekiem na ziemi. Paradoksalnie, jego problem stanowi fakt, że jest w tym, co robi, za dobry. Jest tak dobry, że wszyscy najsilniejsi przeciwnicy "padają niczym muchy" od jego tytułowego jednego uderzenia. Ten brak godnego konkurenta wpędza bohatera we frustracje przechodzącą w zniechęcenie, przeradzające się ostatecznie w skrajne znudzenie. Od teraz, cała egzystencja Saitamana mija na poszukiwaniu równego sobie przeciwnika (którego nie może znaleźć). Ot, zwyczajne marzenia superbohatera.


Ciekawym pomysłem twórców było wprowadzenie elementu związanego z kategoriami superbohaterów oraz ich popularnością wśród zwykłych obywateli. Teraz dużym wyzwaniem dla bohatera będzie przedostanie się do świadomości ludzi, co jest tym trudniejsze, biorąc pod uwagę fakt, że Saitama ma na to wszystko, używając młodzieżowego slangu, całkowicie wyrypane (grupka wiernych fanek, jak sam twierdzi, by jednak nie zaszkodziła). Tworząc przeciwwagę dla głównego bohatera, twórcy prezentują widzom całą plejadę barwnych postaci drugoplanowych. Pojawiają się one jednak stopniowo, zaczynając tak gdzieś od połowy sezonu, a zważywszy, że ma on tylko dwanaście odcinków, ich charaktery zostają zaledwie zarysowane. Pobudza to apetyt i duże oczekiwania względem kolejnych sezonów.


One-Punch Man, to interesujący shonen o zacięciu komediowym, który bawi się zasadami obowiązującymi w obrębie gatunku. Schematyczność fabuły rozbita zostaje przez postać Saitamana - jednocześnie najjaśniejszy element serii. W "klasycznym" shonenie bohater poprzez kolejne walki nabiera stopniowo coraz większych umiejętności, które pozwolą mu na sprostanie w przyszłości coraz to silniejszym przeciwnikom. Generalnie chodzi o to, by pokazać młodym ludziom, że stawiając sobie wciąż trudniejsze wyzwania, możliwości człowieka są niemalże nieograniczone. Z Saitamanem natomiast żaden przeciwnik, bez względu na to, jak bardzo byłby silny, nie ma żadnych szans. I tak jest od samego początku serialu.


Jest to ciekawe również z tego powodu, że stanowi jeden z najśmieszniejszych elementów serii. Całe to klasyczne "chełpienie się" villainów swoją siłą puentowane jest zazwyczaj przez bohatera zniecierpliwieniem (połączonym z krótką drzemką;) lub po prostu zupełną ignorancją. Jego nadludzka moc zderzona zostaje z osobowością znudzonego życiem bezrobotnego, samotnego mężczyzny. Samotnego nie tyle z powodu wyboru (przykładowo, by chronić najbliższych), którego sam dokonał, a bardziej z powodu nieciekawej, szarej egzystencji, jaką wiedzie. To kolejny element dodający komizmu serii. Również wyglądem bohater dekonstruuje obraz typowego superbohatera. Jego łysy czerep i jaskrawe ciuszki celowo kontrastują z "super trendy" wyglądem pozostałych występujących w serialu superbohaterów. Generalnie, One-Punch Man, to błyskotliwa parodia innych shonenów ale również bezlitosna zgrywa ze wszystkich, tak bardzo popularnych w dzisiejszych czasach, filmów o superbohaterach. Manga, na podstawie której powstaje serial, trzyma wciąż wysoki poziom więc mam nadzieję, że i kolejne sezony anime nie przyniosą zawodu.

czwartek, 17 maja 2018

Nienawistna czwórka – kwiecień






Szczątki (Pieces) /1982/ – reż. Juan Piquer Simon

Strasznie "śmieciowy" obraz ze zbrodnią, która w dzieciństwie ukształtowała mordercę. Prawie wszystko w tym filmie jest złe: scenariusz, dialogi, aktorstwo… wszystko. Zachowanie bohaterów jest czasem tak irracjonalne, że ciężko je nawet nazywać głupim, vide porucznik policji "zlecający" jednemu ze studentów wypatrywanie mordercy, bo on nie ma wystarczającej ilości funkcjonariuszy…(sic!), a po kampusie biega psychopata rozczłonkowujący studentki piłą mechaniczną. Głupiutki scenariusz uzupełniony jest groteskową, nie pasującą do niczego, ostatnią sceną (ale przyznać trzeba, że pomysłów twórcom nie brakuje).


Plus i, do pewnego stopnia, ukojenie dla zmysłu (wzroku) stanowi postać ślicznej funkcjonariuszki Mary Riggs (Lynda Day George). Była mistrzyni w tenisie ziemnym (w którego, oczywiście, grać nie potrafi;) zatrudniona w policji i oddelegowana do pracy w kampusie "pod przykrywką", jest w tym filmie kolejnym, do niczego nie pasującym, elementem. Jej zadaniem było bycie śliczną przynętą dla mordercy i z tej roli wywiązuję się znakomicie ("piękna" scena krzyku – Bastard!). Ponadto muszę oddać filmowi sprawiedliwość i przyznać, że kilka scen było całkiem nieźle pomyślanych (gorzej z wykonaniem): morderstwo na wodnym łóżku i całkiem udana scena początkowa, sprawiają, że seans Szczątków zagości w mojej pamięci na kilka chwil dłużej (ale nie więcej).
Ocena 4/10





Westworld /2016/ sezon 1

Problemem wysoko podniesionej poprzeczki w świecie seriali sprawia, że dobre lub nawet bardzo dobre produkcje mogą okazać się sporym rozczarowaniem. Taki los spotkał właśnie Westworld. Światowej sławy aktorzy, na czele z Anthony Hopkinsem i Edem Harrisem, westernowy klimat zmiksowany z problematyką sztucznej inteligencji, duży budżet, wszechobecna reklama, stanowiły niemalże idealny przepis na sukces.


Oglądając gotowy produkt jednak coś zgrzyta, niczym ziarenka piasku w zębach. Moim zdaniem zadziwiająco mało odkrywcze to było. Zaskakujące zwroty akcji zbytnio nie zaskakiwały, a wszystkie te wywody o humanizacji maszyn jedynie męczyły. Westworld jest nie tyle serialem złym, co nie oferującym zbyt wiele w tematyce, którą porusza, a poprzez to, dla mnie jest zbędny (no, chyba, że w kolejnych sezonach się to zmieni).
Ocena sezonu 1 - 6/10





Horror Zombich (El buque maldito) /1974/ - reż. Amando de Ossorio

Trzecia odsłona opowieści o ślepej śmierci ma bodajże najciekawszy punkt wyjścia. Po morzach błąka się z pozoru opuszczony galeon. Zbliżające się do niego statki "przenoszą się do innego wymiaru", w którym władze przejmują, nieżyjący od wieków, przeklęci templariusze. Niestety, tylko pomysł, fajny, mroczny klimat i w miarę atrakcyjne aktorki, można wpisać na krótką listę zalet filmu (można jeszcze sympatycznie tandetną scenę pożaru zabawkowego galeonu).



Niestety cała reszta elementów, które szwankowały w poprzednich częściach (scenariusz, z idiotycznym zachowaniem bohaterów, dialogi, gra aktorska, reżyseria…), nie działają i tutaj. Zastanawiam się, czy zmiana scenarzysty wpłynęłaby znacząco na jakość filmu? Ostatecznie jednak ostatnią częścią serii obejrzę i to nie tylko dlatego, by zobaczyć, jak to wszystko się zakończyło. Lubię zombie (mam nadzieję, że ponownie dosiądą koni) oraz wszelkiej maści B i C klasowe horrory, na których się wychowywałem.
Ocena 4/10




Shaolin soccer (Siu lam juk kau)/2001/ - reż. Stephen Chow

Filmy Stephena Chow cenię przede wszystkim za przebijającą się w każdym niemalże elemencie, jego miłość do kina. Zamiłowanie do komedii slapstickowych, hollywoodzkich dramatów miłosnych oraz rozrywkowego kina kung-fu prosto z Hongkongu lat 70 i 80. bije po oczach widza zabierając go na odległą wycieczkę pełną nostalgii i czaru. Pierwszy bardziej znany film reżysera jest zarazem jedną z najsłabszych jego produkcji (z tych, które widziałem), co nie oznacza, że całkowicie nieudaną. Najgorzej wypada scenariusz, który razi niekonsekwencją i dziwnymi nielogicznościami (nawet wówczas, gdy weźmiemy pod uwagę gatunek, w którym się porusza) .


Moje zastrzeżenie budzi, przede wszystkim, brak konsekwencji w pokazywaniu reguł gry w piłkę nożną. Razi to nawet takiego laika jak ja. Do kilku innych rzeczy w filmie również mógłbym się przyczepić jednak nie chcę. Obraz przekonał mnie jako całość, szczególnie za sprawą swoistej energii, w którą wyposażone jest większość początkowych filmów zdolnych artystów. Jest to świetny przyczynek do późniejszych, skończonych, dzieł reżysera na czele z  jego najbardziej reprezentatywnym Kung Fu Szałem (2004).
Ocena 7/10 (trochę naciągane ale to za serce)

czwartek, 26 kwietnia 2018

Droga "miecza"





Nowy film Fatiha Akina pt: W ułamku sekundy (Aus dem Nichts, 2017) można interpretować na różne sposoby: jako opowieść o szerzącej się nietolerancji i międzyludzkiej nienawiści, o radzeniu sobie ze stratą czy też, o dysfunkcji instytucji działających w imieniu - i na rzecz - całego społeczeństwa (sądy czy, szerzej, wymiar sprawiedliwości). Mnie w filmie zainteresowała rzecz zgoła odmienna. Jest na początku filmu scena, w której główna bohaterka chwali się niedokończonym tatuażem przedstawiającym postać samuraja. Scenę tę traktować można jak wskazówkę, trop, który zmusza widza do zastanowienia się nad światopoglądem bohaterki. Przez cały film Katja (Diane Kruger) będzie "dojrzewać", przechodzić etapy od fascynacji aż do świadomej akceptacji zasad postępowania  samurajów.


Po śmierci syna i męża, bohaterka jest zdruzgotana, ale również i spragniona sprawiedliwości. Angażuje się w śledztwo policji, jednak zewsząd dosięgają ją słowa krytyki. Policja swoje podejrzenia konstruuje na podstawie kryminalnej przeszłości męża, za nic mając słowa bohaterki, w domu teściowie chcą zabrać ciała zmarłych bliskich do Turcji, by tam je pochować. Gdy napotykają na zdecydowaną odmowę Katji, nie omieszkają, przed trumną swojego wnuka i syna, wypomnieć bohaterce, że to przez jej zaniedbanie straciła dziecko. Matka Katji wcale nie jest lepsza. Krytykuje związek z byłym przestępcą, dając jej tym do zrozumienia, że dostała to, na co sobie zasłużyła. Pozbawiona możliwości zemsty (wykrycia sprawców), na każdym kroku obrażana, bohaterka zmuszona jest wziąć odpowiedzialność na siebie. Za "przewinienie" jednego z członków rodziny (samurajskiej) odpowiada cała rodzina. Z tego powodu postanawia odebrać sobie życie, zupełnie jak gdyby chciała pokazać "czystość" intencji własnych i, co za tym idzie, całej swojej rodziny. Tym czynem bohaterka "zamknie" usta obłudnikom (matka, teściowie) oraz oddali obraźliwe oskarżenia (policja). Nieoczekiwanie pojawiająca się możliwość wymierzenia sprawiedliwości, wyrywa Katję z rąk śmierci. Następuje proces sądowy, podczas którego bohaterka poznaje sprawców swojego bólu – wrogów. Katja nie funkcjonuje już jak człowiek (brak miesiączki), a bardziej niczym zjawa, pragnąca wypełnienia swojej ostatniej woli. Jej poglądy krystalizują się, czego dowodem jest dialog pomiędzy nią a prawnikiem. Wszystko to, co się teraz dzieje – zdaniem Katji – jest farsą, która nie miałaby miejsca, gdyby przeżył jej mąż. W tym dialogu przebija z jednej strony bezsilność, ale również i duma żony prawdziwego "wojownika". Jasne dla niej jest, że to, co stało się z jej rodziną, domaga się krwawej wendety.


Do samego końca procesu Katja, w swojej naiwności, wierzy w sprawiedliwość instytucji państwowych. Rzeczywistość pokaże jej jednak, że nie można polegać na prawie stworzonym przez ludzi nierozumiejących znaczenia słowa honor. Nie pozostaje już nic innego, jak tylko wziąć sprawy w swoje ręce. Ukończenie rozpoczętego tatuażu samuraja stanowi symboliczne zakończenie etapu krystalizowania się poglądów bohaterki. Do tej pory była "pasywną" żoną samuraja, teraz sama staje się wojowniczką. Odpowiedzią na przelaną krew jest zawsze krew, dlatego Katja przygotowuje się do zemsty. Gdy realizacja jej planu dobiega końca, coś się wydarza. Bohaterka na nowo zaczyna dostrzegać świat zewnętrzny. Mijający czas sprawia, że wraca jej "fizyczność" (miesiączka), a co za tym idzie  i możliwość dalszego życia. Katja zatrzymuje się nad brzegiem morza i kontempluje jego wielkość przywodzącą na myśl ogrom nadziei, możliwości, wybaczenia, ale również bezmiar bólu i niesprawiedliwości. Zemsta, która się dokona, będzie już pozbawiona emocji, irracjonalnej siły pchającej bohaterkę do działania. Teraz zostało już tylko przekonanie o niesprawiedliwości i ostatnim obowiązku, jaki winna jest spełnić w zgodzie z przyswojonymi zasadami samurajów, gdyż tak jak powiadał jeden z książąt Nito: "męstwem jest wykonać to, co jest słusznym, czyli żyć, gdy żyć się godzi, a umrzeć, kiedy umierać trzeba".


W ułamku sekundy stanowi logiczną kontynuację problematyki podejmowanej w poprzednich filmach Fatiha Akina. W rozważaniach na temat problemów mniejszości tureckiej w Niemczech dostrzec można pewien progres. Głowna bohaterka nie jest już pochodzenia tureckiego. Postacią graną przez Diane Kruger reżyser wspina się na wyższy szczebel uniwersalności losów swoich bohaterów. Słuszną decyzję Akin podjął angażując do filmu właśnie tę aktorkę, która, z jednej strony, zakorzeniona jest w kulturze Niemiec (będąca Niemką z urodzenia) z drugiej, poprzez swoją międzynarodową sławę, traktowana jest przez widzów niczym everyman. Reżyser zdaje się mówić, że naprzeciw irracjonalnemu złu - wynikającemu z bezpośredniej nietolerancji wobec wszelkiej odmienności – z którym legalne wytwory współczesnych społeczeństw (sądy) nie są w stanie sobie poradzić, najlepsze zastosowanie ma niepisane prawo moralne opierające się na honorze jednostki, która swoją odpowiedzialność rozpościera na wszystkich bliskich.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Nienawistna czwórka – luty/marzec






The Divide /2011/ - reż. Xavier Gens

Istny festiwal szaleństwa ukazany z niezwykłym realizmem psychologicznym. Zwierzęca natura człowieka bez zbędnych i fałszywych upiększeń. W jednym momencie statystyczny Kowalski zdolny do imponujących aktów odwagi (infiltracja szeregów "wroga"), w krótkim odstępie czasu, przeistacza się w najgorszego z oprawców. Co nas tworzy? Co nas definiuje? Co stanie się z naszymi "ludzkimi" odruchami, gdy poluzują się pęta narzucone przez istniejący porządek społeczny?


Czy nie okaże się wtedy, że by się od tego całego otaczającego nas brudu oswobodzić, zmuszeni będziemy przejść przez całe ludzkie szambo, które niestety pozostawi po sobie na nas (w nas) niezatarty swąd – smród upadku ludzkości. Bezkompromisowe kino! Okrutne kino! Dzikie kino! Moje kino!
Ocena 9/10 (i trafia do ulubionych)






Brud (Filth) /2013/ – reż. Jon S. Baird

Dziwny film. Początkowo, grubiański humor przeszkadza w seansie, a nagromadzona i wszędobylska naiwność ludzi z otoczenia głównego bohatera, irytuje. Po niedługim jednak czasie, reżyser, wcale umiejętnie, wprowadza nas w cały ten "chaos", któremu na imię:  umysł głównego bohatera. Zepsucie detektywa Robertsona (James McAvoy) przywodzi na myśl innego policyjnego degenerata zobrazowanego przez Abla Ferrare w Złym poruczniku (Bad Lieutenant, 1992). "Brud" obu bohaterów podobnie się objawia (nadużycia, przekraczanie uprawnień, wykorzystywanie innych ludzi), jednak gdzie indziej tkwią jego przyczyny.


Bohater Złego porucznika walczy z pustką egzystencjalną (pisząc w skrócie) w odróżnieniu od Robertsona, który pogrąża się w chorobie psychicznej sięgającej korzeniami dzieciństwa. Brzmi trochę banalnie, ale sprawdza się dzięki formie oddającej szaleństwo coraz mocniej pochłaniające bohatera. Atmosfera filmu nas ogarnia stając się przytłaczająco duszna. Rzeczywistość miesza się z projekcją umysłu bohatera ocierając się tym samym o groteskę, która współgra z chaosem rozgrywającym się na ekranie. Specyficzne kino, ale warto.
Ocena 8/10





SoniAni: Super Sonico The Animation /2014/ sezon 1

Ciężko jednoznacznie zakwalifikować to anime do któregoś z gatunków. Na komedię jest za mało śmieszne, a na ecchi za mało wyzywające.  Najbliżej serialowi do "okruchów życia", chociaż i w tej kwestii można by się spierać. Dlaczego więc go obejrzałem? Odpowiedź jest prosta: główna bohaterka… Teraz oddam głos siedzącemu we mnie samcowi;) W postaci Sonico uzewnętrzniają się największe pragnienia mężczyzny. Z jednej strony, stabilność i ciepło domowe: uczennica i kelnerka pomagająca babci w restauracji (taka dobra dziewczynka), a z drugiej, niekontrolowana, dzika wolność, która krystalizuje się w postaci zawodu modelki oraz gitarzystki poprockowego zespołu (analogicznie, zła dziewczynka). Oczywiście, wszystkie przytoczone role społeczne bohaterki przedstawione są w przewrotny sposób. Jak wspominałem na początku, z serialu jest słabe ecchi, jednak erotyzm wręcz wylewa się z ekranu.


Często jest to erotyzm wyobrażony, ciężko uchwytny ale dlatego przez twórców tak bardzo pożądany. Nie wolno oczywiście zapominać, że by dopełnić obrazu, twórcy "wyposażyli" bohaterkę w specyficzną osobowość cnotliwej, do granic możliwości milutkiej (kawaii), dziewczynki o naiwnym i ufnym podejściu do rzeczywistości. Do tego Sonico posiada ciało dorosłej, "dorodnej" kobiety, ale nie w typie współczesnej "modelki", tylko bardziej takiej o rubensowskich kształtach (które widz ma możliwość, w wersji "soft", bardzo często oglądać). Ogólnie, bohaterka, to taki przykład świętej grzesznicy, którą każdy mężczyzna z jednaj strony chciałby chronić, a z drugiej, bezceremonialnie wykorzystać. Więc, fenomen tej serii tkwi w marzeniu, którego my, mężczyźni, możemy być przez moment częścią. Mi to wystarcza.
Ocena 6/10




Wet Hot American Summer /2001/ - reż. David Wain

Twórcy mieli fajnych aktorów (np. Bradley Cooper, Elizabeth Banks, Christopher Meloni i inni), pomysł i aspiracje. Niestety, to nie wystarczyło do nakręcenia należytego hołdu dla młodzieżowego kina lat 80. Sama historia nie jest problemem, natomiast sposób jej zobrazowania, już tak. Film stanowi zlepek, często kompletnie niepowiązanych ze sobą skeczy, poziomem dorównującym klozetowi. Może i jest klimat lat 80 (z czym również bym nie przesadzał), ale nie ma tej "lekkości", tylko wulgarność parodii pokroju Naga broń (The Naked Gun: From the Files of Police Squad!, 1988, reż. David Zucker), a bardziej nawet American Pie (1999, reż. Chris Weitz, Paul Weitz).


Humor częściej wywołuje uczucie zażenowania niżeli szczery uśmiech. Zdaję sobie sprawę, że ten element filmu jest mocno subiektywny, jednak w tym przypadku również i kluczowy. W takich filmach bardzo łatwo przekroczyć granicę autoparodii, która w tym przypadku została osiągnięta. Produkt filmopodobny nadający się, gdyby nie obsada, do natychmiastowego zapomnienia. Ja osobiście już przestaję pamiętać.
Ocena 3/10

środa, 14 marca 2018

W walce o tożsamość





- "Miejsce kobiety jest pod mężczyzna i za mężczyzną… w domu!" – krzyczy oprawca do głównej bohaterki. Na to stwierdzenie Ozge (świetna Violetta Schurawlow) nie chce i nie może się zgodzić. Bohaterka w dzieciństwie była molestowana seksualnie przez swojego ojca. Jej dramat jest tym większy, że w swojej tragedii jest zupełnie wyobcowana. Pozostali członkowie rodziny zachowują się jak gdyby problem nie istniał - bo dla nich rzeczywiście nie istnieje. Brat, a przede wszystkim matka, strofują bohaterkę za jej zachowanie (oziębłość dla ojca – oprawcy) ostatecznie "wyganiając" ją z domu. Ozge zostaje sama. Turczynka w Austrii, niemająca wsparcia u najbliższych, to nie wróży niczego dobrego. Jej wyobcowanie tylko się potęguje z racji pochodzenia. Na domiar złego bohaterka staje się świadkiem bestialskiego morderstwa dokonanego na innej Turczynce. Ozge zapewne stałaby się kolejną ofiarą, gdyby cała sytuacja wydarzyła się w Turcji. Uległość mężczyznom (wynikająca z wychowania) w naturalny sposób zaprowadziłaby ją prosto pod nóż mordercy. Ozge może i jest Turczynką, ale z pewnością nie jest ofiarą. W młodości skażona niesprawiedliwością (molestowaniem) związaną z rolami, jakie zmuszona jest pełnić kobieta w oparciu o religijne zasady (islam), stawia im widoczną kontrę. Na szczęście, na co dzień egzystuje już w zupełnie innym społeczeństwie (jest Turczynką, która mieszka w Austrii), dlatego odsuwa się od rodziny, rozpoczyna treningi walki wręcz (boks tajski) oraz podejmuje niebezpieczną "męską pracę" (nocny taksówkarz). Za wszelką cenę pragnie odciąć się od wszystkiego, co stereotypowo uznane jest za "tureckie". Niestety nie jest to takie proste.


Pomimo możliwości, jakie daje odmienny kulturowo kraj, Ozge wciąż miota się, nie potrafiąc ostatecznie znaleźć dla siebie właściwego miejsca. Cień wykorzystującego rodzica, ciągnie się za bohaterką sprawiając, że nie jest zdolna zbudować dojrzałego związku z mężczyzną. By móc w społeczeństwie funkcjonować, musi dokonać symbolicznego odwetu na ojcu. Dosłownie nie jest to już możliwe, bo pomimo, że były oprawca wciąż żyje, to jest już zupełnie zniedołężniały (już nawet nie mówi). Tym bardziej zrozumiała jest decyzja, jaką bohaterka podejmuje stojąc przed lustrem, zdzierając opatrunki zakrywające rany otrzymane w starciu z poszukiwanym mordercą. Poprzysięga "rozprawienie się" z nim, by czynem tym  pomścić siebie oraz wszystkie kobiety, które były i mogłyby stać się w przyszłości jego ofiarami. Dopiero wówczas Ozge osiągnie spokój, przestanie się szamotać wewnątrz samej siebie i będzie zdolna zaufać mężczyźnie.


Skąpany w czarnych barwach nowy film twórcy oscarowych Fałszerzy (Die Falscher, 2007, reż. Stefan Ruzowitzky) eksploruje obszary przypisane gatunkowi thrillera. To, oczywiście jedynie zasłona dymna, z której wyłania się obraz nierównej walki kobiet o miejsce we współczesnym, patriarchalnym świecie. Nie maiłoby to starcie wiele do zaoferowania widzowi, gdyby nie kreacja Violetty Schurawlow. Aktorka jest rewelacyjna, pełna widocznych i dobrze zagranych skrajności, w których to - w bardzo naturalny sposób - przechodzi od oschłości, szorstkości, nieufności, małomówności i brutalności aż po czułość, opiekuńczość, pełne zaufanie i zaangażowanie w nowo powstałe relacje. Skutecznie skupia całą uwagę widza na sobie i swoich problemach. Intrygowało mnie nie tyle to, jak bohaterka poradzi sobie z mordercą (bo to, znając ramy schematów mainstreamu, było raczej oczywiste), co z sytuacjami, jakie serwuje jej życie. Dlatego Piekło (Die Holle, 2017) nie jest o ściganiu mordercy, a o stawianiu czoła przeciwnościom bez względu na to, skąd by one nie pochodziły.

środa, 28 lutego 2018

Nienawistna czwórka – styczeń






W głąb lasu (Dans la foret) /2016/ - reż. Gilles Marchand

Z jednej strony film jest udanym studium pogrążania się w chorobie, z drugiej jednak, według mojej interpretacji, to próba usilnej walki z nią. W głąb lasu, niczym w głąb siebie! To, co w filmie urzeka, to jednak nie fabuła, a sposób jej zobrazowania. Reżyser  okrasza całą historię elementami stylistycznymi rodem z najstraszniejszych filmów grozy. Obraz nastawiony jest na kontemplację poszczególnych scen, bo tylko w wyjątkowych warunkach skupienia jest się w stanie wyciągnąć drzemiącą w nim złowrogą drapieżność.

W tym filmie najzwyklejszy element fabuły (jazda samochodem, obserwowanie ciągle czuwającego ojca, czy spacer po lesie za dnia) może wywołać "przyjemne" uczucie obawy, a nawet strachu. I to finałowe niedopowiedzenie… Z czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia? Z rzeczywistością,  snem, majakami? A może z marzeniem małego chłopca, który bardzo potrzebował ojca…?
Ocena 8/10





Empire Records /1995/ – reż. Allan Moyle

Prosty ale nie prostacki, głośny ale nie zagłuszający, szalony ale nie niemądry. Z szacunkiem dla muzyki, młodzieńczego buntu, pasji, ale przede wszystkim z wielką sympatią dla młodych bohaterów. Każdy kiedyś był buntownikiem, każdy chciał zmieniać świat, każdy marzył swój wyjątkowy sen… Niektórzy marzą go nadal. Bohaterowie, zatrudnieni w tytułowym sklepie muzycznym, są niczym rodzina. Akcja filmu toczy się podczas trwania jednego dnia obfitującego w nieskończoną ilość, większych bądź mniejszych, wydarzeń.


Na ekranie panuje atmosfera: "wszystko się jakoś ułoży", co jak zawsze (w myśl zasad mainstreamowego kina młodzieżowego lat 90) się dzieje. Nie można mieć o to do filmu pretensji, bo jest w tym coś uroczego. Ten sklep, to nie tylko praca, więcej nawet, praca jest tylko dodatkiem, to szkoła życia, w której ich przełożony jest zarazem ich mentalnym ojcem. Chciałoby się mieć w młodości taką pracę. Miłość którą darzy reżyser bohaterów, udziela się widzowi przeżywającemu dzięki temu, wraz z nimi, drugą młodość.
Ocena 8/10





Atak Tytanów (Shingeki no Kyojin) /2013/ - sezon 1

Problemem tego, bądź co bądź, dobrego anime stanowi fakt, iż stworzony został z myślą o młodzieży. Z tego powodu twórcy "przeginają" w niektórych elementach sprawiając, że niepodobnym jest w pełni cieszyć się z seansu. Pierwszym i podstawowym problemem jest "łopatologiczne" tłumaczenie widzom, ustami bohaterów, co bardziej, zdaniem twórców, poważniejszych kwestii. Cokolwiek groteskowo wygląda scena, w której postacie wyjaśniają, nie tyle powody swoich postępowań, co targające nimi emocje. Mankament ten wzmacniany jest przesadnym patosem. Niektóre czyny, gesty, czy też słowa bywają przez to wręcz nie do zniesienia. Niepotrzebnie również twórcy topią widzów w tak obfitym morzu trupów. Ja rozumiem, że tytani to niebezpieczeństwo równe śmierci, ale ostentacyjne zabijania co drugiego bohatera wcale nie wzmacnia tragizmu opowieści (co pewnie było celem), a podsyca, i tak już podkręcony maksymalnie, patos.


W ostatecznym rozrachunku jednak serial całkiem dobrze się broni, do czego przyczynia się kilka elementów. Po pierwsze intrygująca historia. Opowieść o ludziach odgradzających się od świata wysokim murem potrafi zaangarzować, a umiejętnie dozowane informacje trzyma w przyjemnej niewiedzy. Drugi, pozytywny element,  to tempo akcji, które jest naprawdę zawrotne. Gdy się już przejdzie przez te kilka pierwszych epizodów, można się w tym anime zatracić. Serial ma potencjał na przyszłość, bo pomimo, że dużo się dzieje, to jak do tej pory, bardzo niewiele zostało wyjaśnione. Mocną stronę serialu stanowią również bohaterowie, którzy zostali psychologicznie całkiem przyzwoicie nakreślenie. Wyjątek stanowi sztampowy główny bohater toczący bój ze swoim nieznanym "demonem". Mam jednak nadzieję, że w kolejnych sezonach jakoś ciekawie wyewoluuje. Generalnie zasiadam z przyjemnością do sezonu drugiego.
Ocena 7/10





Hondo /1953/ – reż. John Farrow

Sporo racji jest w słowach mistrza Kurosawy, który powiedział kiedyś, że „każdy lubi westerny ponieważ ludzie są z natury słabi, dlatego chcą oglądać dobrych i wspaniałych bohaterów”. Takim wspaniałym bohaterem jest tytułowy Hondo Lane (John Wayne). Co prawda w filmie pojawiają się pogłoski jakoby Hondo był bandytą (z ust pani Lowe) czy złodziejem (z ust pana Lowe), jednak praktycznie natychmiast zneutralizowane zostają poprzez zachowanie bohatera świadczące, o czymś zgoła odmiennym. Dodatkowo, bohater może i zakochuje się w zamężnej kobiecie, jednak w niedługim czasie okazuje się, że jej mąż jest ucieleśnieniem wszelkich cech, które zwykło się przypisywać bandytom (awanturujący się, nie dbający o rodzinę, wulgarny pijak, którego jedynym kryterium przy wyborze żony była wielkość jej posagu).


Hondo natomiast jest niczym posąg, ociosany z samych pozytywnych cech (opiekuńczy, pomocny, prawdomówny, prawy, a do tego odważny tolerancyjny i mądry). Taka oto postać prowadzi widza przez historię stanowiącą "laurkę" dla narodu amerykańskiego, który wprawdzie musi wytępić Indian, ale przecież, pomimo, że to przykre, to jednak konieczne – parafrazując słowa głównego bohatera. "Strasznie" klasyczny western, ale przyjemnie krzepiący w odbiorze.
Ocena 6/10