środa, 12 września 2018

Na gorąco: Człowiek z Dzikiego Zachodu (Man of the West) /1958/ - reż. Anthony Mann




Człowiek z Dzikiego Zachodu jest widocznym pomostem prowadzącym od najbardziej reprezentatywnych klasycznych opowieści z dzikiego zachodu Johna Forda, po przepełnione nihilizmem antywesterny Sama Peckinpaha. Pomimo klasycznej szaty w filmie czuć już podmuch zbliżającej się zmiany. Przykładowo, mamy głównego bohatera, który wydawać by się mogło, że prawy, jednak w głębi duszy skrywa mroczny sekret. Ustatkował się (żona i dwójka dzieci) ale, gdy sytuacja tego wymaga przebudzają się w nim demony z przeszłości. Sam bohater przyznaje, że jeden moment wystarczy, by przekreślone zostały lata jego starań kroczenia drogą prawości.


Pewne elementy zmiany w charakterze dostrzec można również u herszta bandytów. Z jednej strony na wskroś zły, z drugiej doznaje osobistego załamania po odejściu głównego bohatera. W pewnym sensie późniejsze działania bandyty uwarunkowane zostają przez to odejście, które niechcący, ale jednak, "niszczy" go jako człowieka.


Największy bodajże "krok" w stronę przemiany w obrębie gatunku dostrzec można w postaci kobiecej. Do pewnego stopnia w filmie mamy do czynienia z lustrzanym odbiciem sytuacji zaczerpniętej z najbardziej chyba reprezentatywnego klasycznego westernu jakim jest Dyliżans (Stagecoach, 1939, reż. John Ford). Podczas podróży dochodzi do spotkania kobiety "upadłej" i byłego "zabijaki". Ich relacje, z oziębłych zaczynają ewoluować w coraz cieplejsze, aż do samego uczucia… W tym momencie Anthomy Mann wprowadza modyfikacje. Główny bohater filmu może i czuje coś do kobiety, ale gdzieś tam ma żonę i dwójkę dzieci (dodatkowo jest im wierny).  Na końcu filmu nie dochodzi do klasycznego happy endu (bohaterowie nie zostają "ze sobą"), tylko następuje coś pośredniego. Co prawda kobieta nie może liczyć na uczucie mężczyzny (toż to cały czas prawy bohater jest), ale przez miłość do niego dokonała się w niej przemiana. Wyrusza razem z nim, objąć posadę nauczycielki oraz zapewne, by być blisko bohatera. To niespełnione uczucie jest kluczowe dla ewolucji klasycznego westernu. "Upadła" kobieta wprawdzie odnalazła miłość ale nieszczęśliwą (niespełnioną) i kto wie czy w przyszłości nie doprowadzi do rozpadu małżeństwa (co było nie do pomyślenia w klasycznych westernach). Ziarno "zepsucia" zostało przez twórców zasiane i kiełkować będzie kierując kolejne klasyczne opowieści z dzikiego zachodu ku, rozwijającemu gatunek, "upadkowi".

piątek, 24 sierpnia 2018

Na gorąco: Tomb Raider /2018/ - reż. Roar Uthaug





Nowy film o przygodach Lary Croft (Alicia Vikander) zalicza się, niestety, do typowych filmopodobnych produktów mainstreamowych. Bez polotu, bez krzty inwencji twórczej, bez charakteru. Jakiś analityk wykalkulował sobie, że minęło wystarczająco dużo czasu, by tytuł odświeżyć i tym samym zarobić trochę grosza. Popularność nowych gier spod szyldu Tomb Rider dodała wiatru w żagle kiełkującemu pomysłowi i machina producencka ruszyła. Wysmażono aktorów, scenarzystę i reżysera. Wszyscy wyżej wymienieni wyrobnicy przyszli, "odbębnili" swoje przysłowiowe "osiem godzin w pracy", zabrali zapłatę za chałturę i sobie poszli. Międzyczasie ruszyła kolejna machina, tym razem promocyjna. Skleili jako takiego trailera, przedstawili "odmłodnioną" wersję bohaterki, a resztę czasu poświęcili przypominaniu o premierze. Premiera nieuchronnie nadeszła, a to, co ze sobą przyniosła, już nawet odgrzewanym kotletem nie było. 


Kolejny raz okazało się, że wymieszanie "składników" według klucza producenckiego nie zagwarantuje nam chociażby strawnej potrawy. Efekt końcowy ich pracy, bardziej niż konkretne danie przypomina pomyje, smrodem ostrzegające widzów o swojej nieświeżości. Nie rozczulałbym się zbytnio nad tym gniotem, gdyby nie Walton Goggins. Jakimś nieszczęśliwym trafem jeden z moich ulubionych aktorów wkręcił się do tej wątpliwej jakości produkcji - próbując zapewne dotrzeć do większej ilości widzów. Niestety, wybrał film, który zawodzi niemalże w każdym filmowym elemencie (również aktorskim). Jego kreacja jest nijaka, jak cały obraz, ale zważywszy na materiał na którym musiał pracować, nie stanowi to zbyt mocnego zarzutu. Mam nadzieje, że kolejne jego wybory aktorskie będą bardziej interesujące, a o nowym Tomb Rider chcę jak najszybciej zapomnieć.
Ocena 3/10

sobota, 11 sierpnia 2018

Na gorąco: Calibre /2018/ - reż. Matt Palmer




Niezwykle udany, bo zaskakujący to był seans. Zaczęło się jak typowy thriller z wielkomiejskimi chłopakami wybierającymi się na polowanie do odległej głuszy. Zderzenie "cywilizacji" z "tradycją" zdaje się być nieuniknione. Reżyser i zarazem scenarzysta bardzo udanie zwodzi tropy, mieszając w głowach widzów. Podrzuca stereotypowe zachowania "szukających zaczepki" zacofanych miejscowych, by tym mocniej uderzyć w przyzwyczajenia widza, zmuszając go do rewizji własnych poglądów. Pierwszy zwrot akcji sprawia, że stajemy się zaangażowani w sytuację, która wydaje się nad wyraz prawdziwa. Jako widzowie czujemy się usprawiedliwieni, bo wydaje się, że opowiedzieliśmy się po właściwej stronie. Wszakże to wszystko tyko nieszczęśliwy wypadek był, a reszta, to niespodziewane, ale nieuniknione, konsekwencje tego czynu… Czy jednak na pewno?


Matt Palmer bardzo pomysłowo przemyca krytykę współczesnego społeczeństwa wyzutego z jakichkolwiek zasad - Marcus (Martin McCann) lub kompletnie niedojrzałego/niezdolnego do podejmowania jakichkolwiek właściwych (podtrzymujących status quo społeczeństwa) decyzji - Vaughn (Jack Lowden). To drugie nie dziwi, gdy uznamy, że stanowi preludium do tego pierwszego. To jednak ta zacofana  i "upadająca" społeczność pokaże bohaterom "właściwą drogę" jaką powinien kroczyć mężczyzna, przyjaciel, ojciec czy, po prostu, człowiek. W obrębie tej społeczności i dzięki jej "nauce" jeden z bohaterów sprowadzony zostanie na tą "właściwą drogę", którą od teraz świadomie będzie kroczyć. Czy będzie to droga słuszna? To pytanie bohater, a przez niego i twórcy filmu, kierują do widza.
Ocena 8/10

czwartek, 26 lipca 2018

Uszczęśliwić dziecko





Od samego początku seansu O czym wiedziała Maisie (What Maisie Knew, 2012, reż. Scott McGehee, David Siegel) widz przyjmuje punkt widzenia tytułowej bohaterki. Kamera podąża za Maisie, rzadko kiedy pozostawiając ją zupełnie poza kadrem. Oko kamery to oczy bohaterki. Uczestniczymy w jej zwykłych i niezwykłych zajęciach dnia codziennego, podglądamy zarówno z rówieśnikami w przedszkolu, na placu zabaw, jak i w domu z rodzicami.


Maisie, to zwyczajne, mądre dziecko, które widzi, rozumie, a co najważniejsze, czuje więcej niżby się to dorosłym wydawało. Ze strzępków niechcąco podsłuchanych rozmów wyłania się dramat dziecka postawionego pomiędzy walczącymi o nią rodzicami. Oczy dziecka bezlitośnie odsłaniają obłudę dorosłych, których deklarowane intencje w żadnym stopniu nie pokrywają się z ich realnymi działaniami. Walczą o prawo opieki nad Maisie, ale gdy już z nią zostają, uciekają od niej, traktując niczym przerywnik swojego wypełnionego po brzegi dnia pracy. Będąc w ciągłej pogoni za samorealizacją, niezdolni są do przebicia się przez własny egoizm. Maisie nie jest ich jedyną "ofiarą". Twórcy filmu kreślą obraz ludzi "niedorosłych" do wychowywania dziecka, ale również, niedorosłych do wchodzenia w jakiekolwiek związki z drugim człowiekiem. Nie są zdolni ofiarować niczego z siebie. O czym wiedziała Maisie jest filmem pogłębiającym problem "dużych dzieci". Ludzie ci są sfrustrowani i nigdy niezadowoleni z życia, bo gonią za fantomem, ułudą wymarzonego życia nie dostrzegając, że to, co posiadają najcenniejszego, przemija tuż obok nich.


Na boku dramatu głównej bohaterki twórcy kreślą przepiękną opowieść miłosną, rodzącą się w sercach dwójki porzuconych i traktowanych przedmiotowo partnerów rodziców Maisie. To miłość do tej małej dziewczynki zbliża Lincolna (Alexander Skarsgard) i Margo (Joanna Vanderham) do siebie. Może w definicji współczesnego świata są życiowymi przegranymi (on barman w nocnym klubie, ona była opiekunka do dzieci), jednak posiedli coś, czego nie jest w stanie zapewnić nawet największy sukces zawodowy. Mają bliskość drugiego człowieka, szczere uczucie, które ma szanse stać się trwałym. Zaskakujące kreacje aktorskie uwierzytelniają ten romans dodając mu dodatkowej magii. Alexander Skarsgard łamie swoje ówczesne emploi zbudowane w serialu Czysta krew (True Blood, 2008-2014) tworząc gamoniowatą, ale bardzo ciepłą postać w ciele blondwłosego przystojniaka. Co by jednak nie napisać, prawdziwą gwiazdą błyszczącą najjaśniejszym blaskiem jest Joanna Vanderham, czyli filmowa Margo. W swojej roli jest przesympatyczna i tak bardzo różna od, tworzonych w podobnym kluczu, postaci dziecięcych opiekunek. Jestem pewny, że rozkochała w sobie większą część męskiej widowni filmu. Ważniejsze jednak, że nie uczyniła tego sama urodą (chociaż tym również), ale charakterem kobiety, dla której mężczyzna zrobiłby wszystko.  Nie wolno oczywiście zapominać o Maisie, tytułowej bohaterce obrazu. Bez jej "prawdziwej" interpretacji postaci, film nie mógłby być tym, czym jest teraz, czyli krytyką współczesnego świata oraz pochwałą dla trwałych więzi, które mogą wytworzyć się jedynie poprzez, przepełniony empatią, bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem.


Pomimo na pozór bardzo pozytywnej końcówki, obraz Scotta McGehee i Davida Siegela na wskroś przepełniony jest gorzkim pesymizmem. Finałowy "szczęśliwy" bieg Maisie jest – niestety - jednym z ostatnich i po tych krótkich chwilach szczęścia bohaterka zmuszona będzie do powrotu na łono swojej rozbitej rodziny. Nie łudźmy się, przebłyski zrozumienia ze strony jej rodziców (deklarowana chwilowo przez ojca chęć wyjazdu z dzieckiem do Anglii, czy też "otwarcie oczu" matki po wizycie w domku na plaży) są chwilowe i tylko utwierdzają widza, bacznie przyglądającego się oczami bohaterki poprzednim ich zachowaniom, że w życiu dziewczynki nic się nie zmieni. Życie to nie film, niestety, a szkoda.

środa, 11 lipca 2018

We dwoje łatwiej





W swoich filmach Lynne Ramsay zawsze interesowała się ludźmi funkcjonującymi na pograniczu społeczeństwa – odmieńcami. Często przygląda się ich działaniom, analizuje przyczyny zachowania, rozpatruje różne punkty widzenia. Jako artystka, ze wszystkich sił broni się przed jednoznacznymi interpretacjami. To widz ma zdecydować. W najnowszym filmie reżyserka nie porzuca ulubionego tematu, dodając do listy swoich bohaterów kolejne, wykolejone przez los, indywiduum.

W Nigdy cię tu nie było (You Were Never Really Here, 2017) główną postacią dramatu jest były żołnierz i policjant o dźwięcznym imieniu Joe (Joaquin Phoenix). Joe jest mężczyzną w średnim wieku, który został "zniszczony" przez sytuacje, w które rzucił go los. Aktualnie egzystuje na uboczu społeczeństwa, swoje działania podporządkowując precyzyjnie wykalkulowanej rutynie. Wszystko musi działać według założeń bohatera, koordynowane z dokładnością do jednej minuty (vide: awantura z powodu spóźnienia dealera). Świat zewnętrzny dla niego nie istnieje, a kontakt z ludźmi ograniczony jest do niezbędnego minimum. Nie jest to jednak żadna specjalna fanaberia bohatera. Joe cierpi. Prześladowany przez duchy przeszłości świadomie kroczy na pograniczu życia i śmierci. Jego żywot dawno dobiegłby końca, gdyby nie niedołężna matka. To za nią czuje się odpowiedzialny, to jedyna osoba, która do Joe potrafi dotrzeć. Z jej powodu (dzięki niej?) w bohaterze utrzymuje się trauma z przeszłości. To w opiece nad matką Joe próbuje odpokutować swoją bezradność, gdy jako dziecko był świadkiem brutalności ojca. 
 

Z tego zapewne powodu bohater zaciąga się do wojska, a później do policji. Paradoksalnie, niestety, wszystkie te zabiegi, mające na celu odcięcie go od bolesnych wspomnień z dzieciństwa, jeszcze bardziej je utrwalają, sprawiając, że Joe istotnie staje się "silniejszy", ale na wzór swojego bezwzględnego ojca. Zachowania męskiego rodzica zaadaptowane zostają przez syna, z tą różnicą, że ich ujście przesunięte zostaje z członka rodziny (matka) na innych ludzi. Joe jest najemnikiem specjalizującym się w "odzyskiwaniu" zaginionych dzieci. To w tej "pracy" daje upust swojej nabytej w dzieciństwie, i wzmocnionej w życiu dorosłym, traumie. To aktualny sposób zarobkowania dostarcza bohaterowi możliwość ujścia dla zakorzenionej w przeszłości brutalności (z którą ochoczo się dzieli, przy pomocy wiele znaczącego młotka). Życie Joego, to istny koszmar, bo w każdej kobiecie dostrzega ofiarę przemocy (turystki proszące bohatera o pamiątkowe zdjęcie czy wizja pobitej kobiety na stacji kolejowej). Wzmacniane jest to dodatkowo przez obrazy ofiar osób, z którymi zetknął się w życiu dorosłym.


Gdy Joe straci najbliższą osobę, zdecyduje wybrać się na pogrzeb. Pogrzeb ten  będzie wyjątkowy, bo zaplanowany dla dwóch osób. Bohater postanawia "dołączyć" do matki, ponieważ nie znajduje już powodu, by żyć - nie ma już nikogo do ochrony… Czy jednak na pewno? W jego głowie wizualizuje się postać Niny (Ekaterina Samsonov) – jego ostatniego zlecenia. Obraz jej osoby sprawia, że Joe na nowo postanawia "walczyć", a tym samym, żyć. Jeżeli dla niego jest za późno, to może chociaż Ninę uda mu się uratować. W młodej bohaterce widzi obraz samego siebie sprzed lat. Nietypowy "związek" Joe z Niną okaże się dla obu tych wykolejonych dusz zbawienny. On odnajdzie bratnią duszę, widok której nie przywołuje demonów z przeszłości, a ona, pod jego opieką, otrzyma bezpieczeństwo, którego nigdy nie zaznała przy swoim zdemoralizowanym ojcu.


Lynne Ramsay wykazała się niezwykłą intuicją w doborze aktorów. Joaquin Phoenix potrafi dźwignąć na swoich barkach cały film. Tylko aktor dużego formatu mógł podołać tak skomplikowanej postaci. W żadnym aspekcie jego gra nie trąci fałszem i nie ma znaczenia czy aktualnie śpiewa, opiekuje się czule matką, czy też wykonuje swój "brutalny" proceder. W każdym z tych działań jest równie przekonujący. Tym bardziej robi to wrażenie, gdy uświadomimy sobie, że reżyserka dała Phoenixowi dużą swobodę interpretacyjną. Wzorowo ze swojego zadania wywiązała się również aktorka wcielająca się w postać Niny. Pomimo, że w sumie niewiele czasu gości na ekranie, Ekaterina Samsonov potrafi być nieobecna, zagubiona i przestraszona. Najważniejsze jednak, że gdy zaistnieje taka potrzeba w jej zachowaniu dostrzec można tak ważny dla tej roli, stłumiony, pierwiastek przemocy (końcowa "krwawa" kolacja).


W filmie niezwykle interesująco przedstawiona jest przemoc, której z racji tematu, powinno być całkiem sporo. Twórcy jednak starają się od niej uciec stosując pomysłowe substytuty obrazu filmowego takie jak, robiące największe wrażenie, ujęcia z kamer monitoringu. Osiągnięty w ten sposób dystans z jednej strony naturalnie oddziela widza od pokazywanej przemocy, z drugiej nienachalnie ją estetyzuje.


Filmem Nigdy cię tu nie było Lynne Ramsay ma szansę dotrzeć do szerszej publiczności. Powodem jest zakończenie, które pomimo, że otwarte - to jednak kieruje w stronę tak przez widownię lubianego (bo pozostawiającego w dobrym nastroju) happy endu. Dwoje rozbitków życiowych, wspólnie, bez celu, przemierza świat – czy to jest szczęśliwe zakończenie? Dla bohaterów zdaje się być najlepszym z możliwych.

piątek, 29 czerwca 2018

Intruder - raz jeszcze





Kontynuując temat z poprzedniego posta prezentuję w kilkudziesięciu pięknych kadrach (wszak nazwa bloga zobowiązuje) świetną początkową scenę z filmu Intruder (Kong bu ji, 1997, reż. Kan-Cheung Tsang), w której rewelacyjna Chien-lien Wu wkupia się w łaski przypadkowo poznanej kobiety, by ją ostatecznie bezlitośnie i brutalnie "wykorzystać". Może w ten sposób uda mi się kogoś zachęcić (lub zniechęcić;) do seansu bo naprawdę warto.