Baśń o Michaelu Jacksonie


Nowy film o Królu Popu nie jest biografią artysty, lecz trwającym przeszło dwie godziny, teledyskiem. Zbieranina największych hitów, poukładanych chronologicznie - od występów w The Jackson 5 aż do Bad, czyli siódmy solowy album piosenkarza - elektryzuje. Michael (2026, reż. Antoine Fuqua) jest czymś na kształt Moonwalkera (reż. Jerry Kramer, Colin Chilvers), czyli filmu muzycznego stworzonego na potrzeby Michaela Jacksona pod koniec lat 80.

Antoine Fuqua w swoim nowym filmie może i nie powie nam prawdy o człowieku, ale już dorobek artysty zaprezentuje w sposób brawurowy. Wszystkie partie muzyczne zrealizowano "koncertowo" - co prawda wyrwano je z kontekstu całego życiorysu piosenkarza, ale ukazują jego najlepsze momenty. Szkoda, że obejmują zaledwie kilka (najwyżej kilkanaście) utworów z bogatej dyskografii artysty. W tym miejscu należy od razu zaznaczyć, że jeśli oglądać Michaela, to tylko w kinie. Jedynie duży ekran i dobre nagłośnienie są w stanie sprostać sile oddziaływania utworów realizowanych z takim rozmachem. Wielkie widowiska winny być oglądane na wielkim ekranie.

Na końcu warto wspomnieć o elemencie, bez którego film Michael nie mógłby się udać i który jednocześnie od początku budził moje największe obawy. W każdej biografii problem stanowi główny aktor. Taka osoba musi zmierzyć się z wyobrażeniem o artyście istniejącym w świadomości fanów. Bardzo łatwo nie wpisać się w ramy indywidualnego postrzegania hołubionej postaci, a przez to zaprzepaścić cały projekt. W przypadku Michaela na szczęście tak się nie stało. Jaafar Jackson wciela się w rolę swojego wuja wręcz koncertowo. Widać ogrom przygotowania oraz, co najważniejsze, brak kompleksów w interpretacji jednej z najbardziej wyrazistych ikon współczesnej muzyki pop.

Nowy film Antoine’a Fuquy stanowi piękną laurkę, czy też "pieśń pochwalną", na cześć artysty skrojoną stricte pod gusta fanów. Czy jest w tym coś złego? Zależy, na co się nastawialiśmy. Osobiście nie łudziłem się, że Hollywood ukaże nam "prawdziwą twarz" artysty - nie w tym się specjalizuje. Zamiast tego twórcy umiejętnie snują muzyczną opowieść, a może nawet swoistą bajką na kształt Piotrusia Pana czy Czarnoksiężnika z Krainy Oz - czyli książek, które towarzyszyły twórcy Billie Jean na co dzień. Gdy to się zaakceptuje, to można na Michaelu bawić się niezgorzej.

Komentarze