wtorek, 17 października 2017

Nienawistna czwórka – wrzesień






Baby Driver /2017/– reż. Edgar Wright

Nieczęsto kinomani mają okazję obcować z musicalem ubranym w płaszcz thrillera sensacyjnego o lekkim (w zależności od poczucia humoru) zabarwieniu komediowym. Taki jest właśnie nowy film Edgara Wrighta. Dla wielu twórców współczesnego kina muzyka gra niebagatelną rolę (żeby wspomnieć tylko Nicolasa Windinga Refna, czy Quentina Tarantino), jednak żaden z nich nie prezentuje jej w taki sposób. W filmach rzeczonych reżyserów widzimy (czy raczej słyszymy) muzykę "ukazaną" w oczach twórcy. Inaczej jest w Baby Driver. Tutaj, to postacie kreują ścieżkę dźwiękową, więcej nawet, oni tą muzyką żyją. Główny bohater w jej rytmie je, pracuje, kocha oraz walczy o życie swoje i ukochanej. Praktycznie cały film, to muzyka, gdzie cięcia montażowe, jak również cały ruch kamery wydają się być montowane pod ścieżkę dźwiękową.


Cudownie to się oglądało w słuchawkach na uszach  i z odpowiednio podkręconym dźwiękiem. Już dla samej harmonii pomiędzy obrazem i fonią warto ten film obejrzeć. Pomimo tego, że obraz czerpie z wielu gatunków filmowych (thriller, sensacja, dramat, romans, a nawet western) charakterem należy do musicalu. "Lekko" odrealniony niczym kolorowa ballada przemocy, uśmiecha się czule i kłania z szacunkiem starszemu i poważniejszemu dziełu Nicolasa Windinga Refna pt. Drive (2011). Nie tylko tematycznie ale również formalnie i inspiracyjnie oba dzieła wydają się do siebie niesamowicie podobne. Na szczęście jest to twórcza inspiracja, a nie odtwórcze naśladownictwo. Ogromne brawa należą się za scenę finałowego napadu będącą kwintesencją oryginalności autorów. Rewelacyjna zabawa na kilku płaszczyznach interpretacyjnych i "piekielnie" inteligentne kino.
Ocena 8/10





Zabójcza ziemia (Killing Ground) /2016/ - reż. Damien Power

Po pierwsze, sugestywna atmosfera zagrożenia skutecznie igrająca z nerwami i niepewnością widzów, aż do drugiej połowy filmu. Po drugie, niestandardowa, jak na kino tego gatunku, narracja podglądająca wydarzenia dziejące się w dwóch różnych przestrzeniach czasowych (przez co mamy możliwość zapoznania się z naturą pojawiającego się zła). Po trzecie i najważniejsze, niesztampowa obserwacja poczynań jednostki w sytuacji zagrożenia - film zmusza do myślenia i do postawienia się na miejscu bohaterów.


Wiarygodne nakreślenie charakterów postaci czyni obraz bardzo realistycznym. Nieźle również twórcy rozwiązali problem nadmiernej brutalności, o którą film jest niesłusznie oskarżany. To co najgorsze (pobicie ojca, oraz gwałt na matce i córce) dzieje się poza oczami widzów. Obowiązuje zasada, że wyobraźnia może być największym z koszmarów. Mnie osobiście obrazy tego, co dokonało się poza obiektywem kamery prześladowały długo po zakończonym seansie. I to nie jest w stosunku do filmu zarzut.
Ocena 7/10





Uśpiony obóz (Sleepaway Camp)/1983/ - reż. Robert Hiltzik
 
Całkiem przyjemne rozczarowanie. Film jest reprezentantem typowego dla ówczesnych czasów gatunku młodzieżowego slashera i niestety w tym zakresie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Praktycznie wszystkie sceny zabójstw są marnie zrealizowane, nie wspomniawszy o tym, że niektóre w swoich założeniach są co najmniej mało prawdopodobne (pierwsze zabójstwo z wrzącą wodą, czy "akcja" pod przewróconym kajakiem). Najdziwniejsze jednak, że prawie wcale to nie przeszkadza, a już z pewnością nie denerwuje.

Największą zaletę filmu stanowi niepowtarzalny i niezbywalny klimat beztroskich lat 80. Czułem się jakbym oglądał kolejny młodzieżowy film z serii Pulpety (Meatballs) czy Zemsta frajerów (Revenge of the Nerds). Nie najgorzej również radzą sobie bohaterowie, zarówno ci główni, jak i drugoplanowi. Ich zachowanie, pomimo tego, że schematyczne, nie wpisuje się w standardy typowych idiotyzmów ery VHS (przynajmniej nie w taki sposób jaki można by się tego spodziewać). Moją faworytką w tym zakresie jest przecudnie wredna Judy (Karen Fields) - po prostu nie mogłem jej nie polubić. Jakbym miał komuś ten film polecać, to zdecydowanie nie fanom dobrego slashera. Wszyscy lubiący specyficzny klimat młodzieżowych filmów lat 80. nie powinni się jednak czuć zawiedzeni.
Ocena 6/10





Mroczna plaża (Lost Things) /2003/ - reż. Martin Murphy


Swojego czasu wydana w Polsce została seria "Horrory świata". Jej celem było, czytając ulotkę reklamową, zapoznanie widzów z najlepszymi horrorami pochodzącymi z różnych stron świata. Niestety, bardzo szybko okazało się, że jest to nic innego jak typowy "kok na kasę" oferujący co najwyżej popłuczyny (z małymi wyjątkami) po najlepszych horrorach świata. Kolekcja w swoim repertuarze zgromadziła pokaźną liczbę filmowych odpadków, często poniżej jakiegokolwiek poziomu np. Karma dla bestii (Flesh for the Beast, 2003, reż. Terry M. West). Po zapoznaniu się z kilkoma owymi "arcydziełami" bardzo szybko zaniechałem zakupów i postanowiłem zapomnieć o całej kolekcji. Niedawno jednak przypadkowo natknąłem się na jeden z nieobejrzanych tytułów i postanowiłem dać mu szansę... W sumie, to nie mam pojęcia dlaczego;).


Niestety, Mroczna plaża jest godnym reprezentantem rzeczonej kolekcji i w żadnym stopniu nie odstaje jakością od reszty. W filmie prawie wszystko szwankuje począwszy od scenariusza, poprzez dialogi, aktorstwo na reżyserii kończąc. Ogromnym mankamentem, szczególnie przeszkadzającym w ramach tego gatunku, jest brak atmosfery zagrożenia, czy paranoi, o którą film aż się prosi. Cały koncept i historia, pomimo, że niezbyt umiejętnie przedstawiona, jakoś by się jeszcze obroniła (idea "zamknięcia w piekle"), gdyby otrzymała "obudowę" atmosfery grozy i szaleństwa. W miarę miło, natomiast patrzyło się na młodą piosenkarkę Lenkę Kripac. Grać nie potrafi, ale przynajmniej zapewniła mi kilka przyjemnych doznań estetycznych. Podsumowując, omijać szerokim łukiem.
Ocena 3/10

czwartek, 28 września 2017

W poszukiwaniu ducha przeszłości





Po "pseudofilozoficznym" Prometeuszu (Prometheus, 2012) Ridley Scott zapowiedział powrót do korzeni serii. Jak obiecał, tak też uczynił. Jednak pojawienie się Obcego: Przymierze (Alien: Covenant, 2017, reż. Ridley Scott) wzbudziło momentalnie krytykę. Wypominano reżyserowi, między innymi, rzekomy prymitywizm filmu. Czy słusznie? Wszystko zależy od tego, co uznamy za prymitywne. Reżyser realizuje swój film wzorcowo dramaturgicznie. Akcja rozwija się z wolna, stopniowo coraz bardziej angażując uwagę widza.


Za podstawę fabularną posłużyła twórcom wyprawa kolonialnego statku "Przymierze" na odległą planetę. W wyniku "nieoczekiwanego przypadku" nadarza się okazja do eksploracji innej planety, która dobrze rokuje jako materiał dla przyszłych kolonistów. Bohaterowie bardzo szybko na własnej skórze przekonają się, dlaczego osiedlenie się na niej nie jest najlepszym pomysłem.


Nieprzypadkowo brzmi to jak fabuła filmów z lat 80. Reżyser za wszelką cenę próbuje przywrócić ducha pierwszej części Obcego (Alien, 1979) i do pewnego stopnia mu się to udaje. Oczywistym jest, że nie uświadczymy tutaj typowej "rzeźni"(chociaż to może nie do końca odpowiednie słowo) znanej z kolejnych części cyklu. Ambicje reżyser ma nieco większe. Będzie natomiast rozwinięcie rozważań filozoficznych rozpoczętych w Prometeuszu. Scott podejmuje polemikę w kwestii "człowieczeństwa" maszyn i ludzkich ograniczeń. Nie ma tutaj, rzecz jasna, niczego rewolucyjnego, albo chociażby intrygującego, jak to miało miejsce w innym, mało znanym szerokiej publiczności, rewelacyjnym filmie Maszyna (The Machine, 2013, reż. Caradog W. James). Wydaje mi się jednak, że nie o to reżyserowi chodziło. Jego zamierzeniem było dokończenie wizji, jaka zrodziła się w głowie twórcy wiele lat temu. I tak też się stało. Dzieje się to, na szczęście, bez fabularnych "fajerwerków" i zbędnych udziwnień. Można powiedzieć, że Scott serwuje widzom takie trochę klasyczne kino lat 80. w trzydzieści lat później.


Aktorsko, Katherine Waterston godnie zastępuje (chociaż zbyt wiele do zagrania nie ma) damskie bohaterki serii, ostatnią (wyjątkowo nielubianą przeze mnie Noomi Rapace) nawet przegoniwszy. Natomiast absolutną gwiazdą filmu jest oczywiście Michael Fassbender w podwójnej roli cyborga. Postacie przez niego kreowane z jednej strony są do siebie bardzo podobne, ale jednocześnie tak różne w środkach aktorskiego wyrazu. Walter jest posłuszny, stanowczy, ufny i zdolny do poświęceń. W jego postępowaniu nie dostrzeżemy nawet śladów wyrachowania. David jest jego charakterologicznym przeciwieństwem. Od samego początku dalece samoświadomy, kierujący się własnymi niejednoznacznymi intencjami - zupełnie jak ludzie czy może lepiej należałoby napisać: nadludzie? Z jego postaci bije takie "przerażające" spokojne zimno. Widać, że na tych postaciach Scott skupił większość swojej uwagi. Ogólnie, cały film wydaje się być nieźle przemyślany. Nawet przez wielu krytykowany "przewidywalny" finałowy "twist" jest w filmie całkowicie zamierzony. Twórca bezbłędnie pogrywa z widzem nie w kwestii: "czy to on?", tylko: "w którym momencie się ujawni?" i należy napisać, że czyni to po mistrzowsku.


Nowy film Ridleya Scotta wpisuje się w panującą dzisiaj w amerykańskim kinie modę na "odświeżanie" trendów z lat 80.  Moim zdaniem Przymierze na tym tylko zyskuje. Oczywiście, o żadnym przełomie mowy być nie może, jednak wciąż jest to kawał solidnie zrealizowanego kina dla ludzi spragnionych dobrej rozrywki oraz, co ważniejsze, naprawdę godna kontynuacja kultowej serii.

piątek, 15 września 2017

Nienawistna czwórka – sierpień






Zjedzeni żywcem (Eaten Alive) /1977/ - reż.Tobe Hooper

W 1974r. Tobe Hooper nakręcił kultowy już dzisiaj film: Teksańska masakra piłą mechaniczną (The Texas Chain Saw Massacre). Początkowa, drapieżna i duszna atmosfera filmu przemieniona zostaje w festiwal szalonej przemocy (w przeważającej części wyobrażonej), której uwieńczeniem jest finałowy taniec Leatherface’a z tytułową piłą mechaniczną. Trzy lata później powstają Zjedzeni żywcem, film który udanie kontynuuje ten szalony taniec psychola. Drugi film w karierze reżysera nie jest bezpośrednią kontynuacją opowieści o Skórzanej Twarzy, ale ma się wrażenie, że Hooper wszystko czego nie zdążył umieścić w historii z Teksasu, wypluwa z siebie w tym filmie, serwując widzom wyjątkowo intensywny obraz nieokiełznanej przemocy.


Mnogość zdarzeń zmusza reżysera do rezygnacji z mocno przytłaczającego klimatu na rzecz szalonej groteski. Zjedzeni żywcem odwołują się w warstwie formalnej do kina exploitation. Na ekranie, tak wiele i tak szybko się dzieje, że ciężko o jakiekolwiek wytchnienie. Trochę szkoda, bo można byłoby trochę więcej czasu poświęcić na zagłębienie się w psychikę bohaterów (przykładowo, w fajną, a niewykorzystaną postać psychotycznego ojca rodzinki). Ponownie natomiast (jak to było w części pierwszej) udała się sztuczka z niedookreślonym głównym bohaterem filmu. Nie jesteśmy pewni (przynajmniej przez większość seansu), który z bohaterów dożyje do finału. Dzięki temu zabiegowi widz jeszcze mocniej ściśnięty zostaje za gardło nieprzewidzianej przemocy. Pięknie szalony film.
Ocena 7/10 (i oczywiście film trafia do grona moich ulubionych)





Teksańska masakra piłą mechaniczną 2 (The Texas Chainsaw Massacre 2)/1986/ - reż.   
Tobe Hooper

Wspomniani powyżej Zjedzeni żywcem byli ideologiczną kontynuacja Teksańskiej masakry piłą mechaniczną z 1974 roku. Na jej prawdziwy sequel reżyser zdecydował się jednak dopiero w drugiej połowie lat 80. Decyzja zupełnie chybiona, bo z oryginalnego pomysłu nie pozostaje już nic, może poza niewielkimi skrawkami koncepcyjnymi, które w żadnym stopniu nie powinny przemienić się w obraz filmowy. Druga odsłona Teksańskiej masakry zrobiona jest w duchu Zjedzonych żywcem jednak tak formalnie, jak i tematycznie mocno rozczarowuje.


Tworząc pierwszą Teksańską masakrę reżyser wyposażył swój obraz w elementy, które zadecydowały o jego sukcesie. Jednym z nich była  niesamowicie drapieżna i zarazem duszna atmosfera pozaludzkiego zagrożenia. Od początku widz przewidywał, że losy bohaterów zostały już dawno przesądzone, a wypadki których doświadczają są jedynie tego smutnym potwierdzeniem. Ta beznadziejność przytłaczała widza, wywołując dające się we znaki przygnębienie. W nowej odsłonie przygód chorej rodzinki ludojadów, po rzeczonym klimacie nie ostało się nawet wspomnienie. Reżyser idzie w stronę ironii wyrażonej za pomocą groteski z jawnie przebijającymi się elementami autoparodii. Podobnie było we wspomnianych już Zjedzonych żywcem, ale tam owe elementy umiejętnie korespondowały z "pędzącymi na złamanie karku" wydarzeniami.
 

Nową odsłonę serii wydaje się jakby Hooper kręcił trochę na siłę. Całkowicie chybionym pomysłem było wprowadzenie postaci Porucznika "Lefty" Enrighta granej przez Dennisa Hoppera. Bardzo lubię tego aktora, ale jako mściciel, a zarazem wysłannik boga zwalczający "ogień ogniem" (piłami mechanicznymi), wypada już nawet nie groteskowo, a żałośnie (sceny burzenia kryjówki rodziny). Generalnie, cały scenariusz mocno kuleje. Dużym błędem, który popełnił reżyser, było oddarcie bohaterów z aury tajemniczości i zrobienie z nich bandy klaunów. Natomiast to, co zostało zrobione z Leatherface’em to już woła o pomstę do nieba. Z milczącego, psychopatycznego, brutalnego olbrzyma zrobiono idiotę biegającego dla zabawy z piłą mechaniczną  (o jego słabości do głównej bohaterki nie wspomnę). Na pocieszenie wypada napisać że w filmie, na szczęście, ostało się całkiem sporo nieograniczonego szaleństwa, zaczerpniętego z pierwowzoru. Chyba tylko dzięki temu film jest znośny. Ogólnie -  zmarnowany potencjał.
Ocena 5/10 





Teksańska masakra piłą mechaniczną 3 (Leatherface: Texas Chainsaw Massacre III) /1990/ - reż. Jeff Burr

Dwie poprzednie części serii o Skórzanej Twarzy (jeżeli nawet drugiej nie można uznać za udaną) cechowała specyficzna atmosfera szaleństwa. Wiązało się to po części z podjętym tematem, stworzonym klimatem, ale chyba przede wszystkim z podejścia reżysera do przedstawianej historii. Tam istotne były drobne szczegóły inscenizacyjne poszczególnych scen (przeciągająca się w nieskończoność scena błąkania się jednego z bohaterów po pokoju pełnym brudu, piór i kości – nie tylko kurzych, zakończona spektakularnym uderzeniem młota, najsugestywniejsza w historii kina, scen nabijania na hak, czy scena kolacji z szaloną rodzinką).


To wszystko razem, w oczach widzów, układało się w obraz na wskroś chory - żeby przytoczyć opinię jednego z moich znajomych. Trzecia część przygód psychopatycznej rodzinki wydaje się być filmem poprawnym, ba, nawet dobrym, ale trochę nazbyt "ugrzecznionym". Wszystkie elementy horroru powracają na swoje miejsce zastępując humorystyczny wydźwięk poprzedniej części. Mamy tutaj wartką akcję przeplataną mocniejszymi lub, częściej, słabszymi elementami gore. Ogólnie film może się podobać, ale ja osobiście miałem spory niedosyt. Twórcy pozbyli się wszelkich oznak, tak ulubionego przeze mnie szaleństwa, na rzecz elementów z klasycznego młodzieżowego slashera. Z tego powodu trzecia część Teksańskiej masakry podzieli losy większości średnich slasherów i najpewniej popadnie w zasłużone zapomnienie w odmętach mojej (nie)pamięci.
Ocena 6/10




Teksańska masakra piłą mechaniczną: Następne pokolenie (The Return of the Texas Chainsaw Massacre) /1994/ – reż. Kim Henkel

Cóż to za pokraczne dzieło jest! Wszystko w nim szwankuje. Głupkowata historia, dziurawy i w wielu momentach idiotyczny scenariusz (jakim cudem, dziewczynie nabitej na hak, udało się z niego zejść i uciec niezauważonej?), do tego dodajmy nadekspresyjne aktorstwo i mamy przepis na gniota perfekcyjnego. Jednak coś w tym wszystkim zgrzyta i nie chce się dopasować do tak spektakularnej porażki. Najgorszą rekomendacją dla filmu, w moim mniemaniu, jest sytuacja, w której w połowie seansu orientujemy się, że my ten film już przecież oglądaliśmy. Najzwyczajniej nic nam z niego  nie pozostało w pamięci.


Taki w sumie może nie najgorszy, ale również nic specjalnego - nijaki, letni, typowy przeciętniak. Następnemu pokoleniu Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, taka sytuacja z pewnością nie grozi. Pomimo tak dużego natłoku wad film posiadł zaletę, od której, formalnie lepsza, poprzednia odsłona serii była wolna. Mówię tutaj o owym pierwiastku szaleństwa, nieprzewidywalności, surowości i specyficznego odjechania, który jest tutaj obecny sprawiając, że film emocjonuje. Nie zmienia to, ma się rozumieć, faktu, że film jest kuriozalnie słaby. Pomimo to jednak bawiłem się na nim lepiej niż na poprzedniej części i to ona z pewnością zostanie dłużej w mojej pamięci.
Ocena 5/10 (obiektywnie dałem niższą ocenę niż poprzedniczce, ale subiektywnie powinno być wyżej)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Giallo na plakacie


Wakacje, wakacje… i po wakacjach. W ramach letniego rozprężenia galeria kilkunastu świetnych plakatów z włoskich horrorów giallo (w większości).










































piątek, 11 sierpnia 2017

Nienawistna czwórka – lipiec






Tuż przed świtem (Just Before Dawn) /1981) – reż. Jeff Lieberman

Bardzo podoba mi się w tym filmie zakończenie. Kobieta zyskuje status "przewodnika stada", podczas ewidentnej i nieprzypadkowej niemocy mężczyzny. Wyprawa do leśnej głuszy, która stanowi podstawę fabularną filmu, krystalizuje osobowość bohaterów. Pewny siebie i swojego statusu mężczyzna zostaje poniżony, a obawiająca się wszystkiego kobieta (często z racji przyjętej roli społecznej), odkrywa w sobie pokłady odwagi. 


Znamienne jest, że bohaterka w ostatecznym starciu z przeciwnikiem, nie szuka oparcia w mężczyźnie, bo wie, że nie może na niego liczyć (feministki pieją z zachwytu;). Ten odcięty od cywilizacji skrawek dzikiego świata odsłania pierwotne instynkty człowieka. Pomimo pewnych uproszczeń psychologicznych (przemiana głównej bohaterki), Tuż przed świtem, to całkiem zgrabnie opowiedziany survival horror z "odmieńcami" w roli psychopatów.
Ocena 7/10





Biała dziewczyna (White Girl) /2016/ - reż. Elizabeth Wood

Tego, czego z całą pewnością filmowi odmówić nie można, to intensywność. Widz czuje się jakby był w samym środku bagna, które główna bohaterka nazywa swoim życiem. Niestety, poza dusznym i przytłaczającym klimatem, film nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Historia realistyczna ale w żadnym względzie nie oryginalna. Tytułowa White Girl, jako antybohaterka, której zachowanie w dużej mierze odpowiada za sytuacje których jesteśmy świadkami. Hymn na temat niesprawiedliwości pośród ogólnego zepsucia, wydaje się być przesadzony, bo nazbyt intensywny. Przez cały seans nie opuszczało mnie wrażenie banalności. Niby wszystko jest na swoim miejscu ale jakieś takie wtórne.


Natomiast, zdecydowanym atutem filmu jest sama główna bohaterka. Aktorka bardzo przekonująco kreuje postać, która pod maską delikatnej, na pierwszy rzut oka nieporadnej i niewinnej dziewczyneczki z dobrego domu, kryje wyuzdanie, hedonistyczne podejście do życia, narkomanie oraz brak samokontroli i jakiegokolwiek odpowiedzialności za własne czyny. Leah (Morgan Saylor), to taki modelowy zepsuty bachor, który korzysta ze swojej powierzchowności, by cokolwiek nie zrobić, zawsze spaść na cztery łapy. Film nie jest zły, ale brakuje mu ognia i siły, które powinny cechować debiut.
Ocena 6/10





Powrót ślepej śmierci (El ataque de los muertos sin ojos) /1973/ - reż. Amando de Ossorio

Pierwsza część cyklu o ślepych zombie broniła się trzema atutami: 1) bardzo dobrze zrealizowaną pierwszą sceną zabójstwa dokonaną przez templariuszy, 2) pomysłem na zombie jeżdżących końmi, oraz 3) atrakcyjną bohaterką (która, niestety staje się pierwszą ofiarą zombie). Łudziłem się, że reżyser, i zarazem scenarzysta, poprawi się w drugie odsłonie serii. Na próżno. Powrót ślepej śmierci nie stanowi progresu, i jest bardziej regresem opowieści o przeklętych templariuszach. Ma się wrażenie, że twórca uznał, że skoro z pierwszą częścią się udało, to dlaczego by nie spróbować tego powtórzyć? Problem polega na tym, że koncentruje się jedynie na odtwórczych powtórzeniach nie oferując nic ponadto.


Powoduje to u odbiorcy dziwne wrażenie Deja vu, tak jak w pierwszej scenie zabójstwa, w której bohaterka postępuje identycznie jak jej odpowiedniczka z części pierwszej serii (wyskakuje przez okno, wsiada na konia i ucieka). Niestety brakuje tej scenie klimatu, no i urodziwej aktorki. Reszta filmu, to już tylko większe, lub mniejsze idiotyzmy scenariuszowe niewsparte nawet przez cień napięcia wynikającego z zaistniałej sytuacji. Trzecia część sagi rozgrywa się podobno na statku. Całkiem dobry pomysł. Ciekawe mnie tylko jak bardzo reżyser i to będzie w stanie zepsuć;)
Ocena 3/10





Wonder Woman /2017/ - reż. Patty Jenkins

Główną zaletę filmu stanowi Gal Gadot, czyli tytułowa Wonder Woman. Zadziwia to tym bardziej ponieważ jej gościnny występ w Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice, 2016, reż. Zack Snyder) aktorsko był raczej średni. W swoim filmie bohaterka kradnie całe show i to jej charyzmie właśnie należy przypisać udany seans. Niestety poza bohaterką i jej "heroicznymi" wyczynami nie ma się nad czym specjalnie zachwycać. Prościusieńka historia, która na kartach komiksu spisuje się znośnie, w zetknięciu z dużym ekranem odsłania swój prymitywizm i denerwującą płaskość. Zack Snyder powinien pisać scenariusze do komiksów, bo jego uwielbienie do rozbuchanego patosu tylko tam znalazłyby odpowiednie ograniczające go ramy (zamykające się w obrębie jednej strony).


Wielu rzeczy muszą się jeszcze twórcy filmowi z DC Comics nauczyć od swoich kolegów z konkurencyjnego MARVEL’a. Dochodzimy w tym miejscu, w pewnym stopniu, do meritum sprawy: okraszanie opowiadanej historii "mrokiem" na nic się zda, gdy kłócą się z tym szczegóły fabularne. Zupełnie twórcy mogli odpuścić sobie pobudki dla których główna bohaterka postanowiła jednak, pomimo wszystko, poświęcić się dla obrony ludności. Lakoniczne (bo nic nie znaczące) motto: "walczę dla miłości" brzmiałoby wiarygodniej w ustach gogusiowatego kosmity, takiego jak Superman, niżeli amazonki hołdującej prawom boskim. Duży zawód.
Ocena 5/10