piątek, 9 lutego 2018

Wybudzając się w deszczu




(pierwotnie tekst w skróconej formie ukazał się na stronie kinomisja.pl: http://kinomisja.pl/na-celowniku-shinya-tsukamoto/)


Rinko pracuje jako doradca w telefonicznej centrali w instytucji podobnej do rodzimego telefonu zaufania. Na co dzień udziela porad zagubionym obywatelom, namawiając ich do podążania za swoimi pasjami – odkrywania samego siebie. Problem polega na tym, że sama Rinko potrzebuje pomocy. Stłamszona przez społeczne, współczesne konwenanse egzystuje w skorupie nieakceptowanych, jednak ślepo przestrzeganych, norm. Jej frustracja dotycząca sfery seksualnej pogłębia się wraz z całkowitą biernością jej męża, którego chorobliwy pedantyzm całkowicie usuwa z pożycia małżeńskiego. Wszystko ulega zmianie, gdy do bohaterki zgłasza się mężczyzna szantażując ją kompromitującymi fotografiami.


Wąż czerwcowy (Rokugatsu no hebi, 2002) jest ostatnim "dzikim", naprawdę dobrym filmem Shinya Tsukamoto. Reżyser w żadnym ze swoich poprzednich filmów tak mocno nie eksponował sfery seksualnej swoich bohaterów. Widać tutaj wzrok twórcy zwrócony ewidentnie w stronę filmów z gatunku pinku eiga, ukryty pod płaszczykiem thrillera erotycznego. W Wężu czerwcowym Tsukamoto powraca do swojego ulubionego tematu: odkrywania przez jednostkę własnego, prawdziwego ja. Na ogół bohaterami filmów reżysera są zamknięci w sobie introwertycy, funkcjonujący w społeczeństwie niczym rośliny – egzystują, a nie żyją. Nie inaczej jest w przypadku Rinko. Zamknięta we własnej "złotej klatce" jest niczym tykająca bomba (świetna Asuka Kurosawa) taplająca się w swojej kobiecej zmysłowości (kąpiele w strumieniach deszczu).


Swoistym novum jest uczynienie postaci żeńskiej główną bohaterką dramatu. Co prawda, do tej pory kobiety w filmach reżysera często stanowiły istotny element wpływający na rozwój fabuły, nigdy jednak nie były to role główne. Tak było w przypadku: Kany z Tetsuo II: Body Hammer (1992), Hizuru z Tokyo-ken (1995) czy Chisato z Bullet Ballet (1998). W tym kontekście wydaje się  interesującym fakt, że pomimo, iż Rinko  jest główną postacią dramatu, to jednak widz patrzy na nią oczyma mężczyzn: najpierw fotografa szantażysty, potem męża, a na końcu przypadkowych przechodniów będących świadkami jej wymuszonego "marszu wyzwolenia".


Beznadziejny los bohaterów filmów Tsukamoto odmienia się wraz z pojawieniem się czynnika zewnętrznego, najczęściej całkowicie "obcej", fizycznej rzeczy lub za sprawą elementów przemocy. Rinko "budzi się" na skutek działania, początkowo niechcianego aparatu fotograficznego, który to z czasem stanie się dla niej wyzwoleniem z piekła, jakim jest zewnętrzny świat wytworów współczesnej cywilizacji. Większość ludzi niebędących w stanie oswobodzić się z pętających ich oków, skazana będzie na uduszenie w przezroczystych akwariach, w których poprzez lata nauczyli się egzystować. Woda nie obmywa bohaterów, tylko zalewa, zatapiając ich "zewnętrzną skorupę".


- Narodź się na nowo, lub giń! - mógłby wykrzyczeć bohater grany przez reżysera w jednej z ostatnich scen, dusząc doczepianym, metalowym, sztucznym wężem (członkiem?) szyję męża Rinko. Czyżby obcość została w końcu przezwyciężona?

piątek, 26 stycznia 2018

Włoska perła





W morzu przeciętnych i kiepskich giallo lat 70. Torso (reż. Sergio Martino, 1973) wyróżnia się,nie poprzez bezkompromisowość w ukazywaniu przemocy czy erotyki, ale poprzez rozwiązania inscenizacyjne przypisane ściśle temu gatunkowi. Początek filmu nie zwiastuje niczego dobrego. Chaotyczne sceny ze studentami przeplatane są wstawkami rozwiązłości erotycznej lat 70. Pomiędzy tym wszystkim pojawia się morderca, który rozpoczyna krwawe żniwa. Fabuła filmu jest całkowicie pretekstowa i to jest właśnie w niej piękne. Nikt tutaj na siłę nie próbuje komplikować czegoś, co z założenia ma być nieskomplikowane. Jest grupa bohaterek, na które ktoś zaczyna polować, jest sztuczna panika, która spełnia rolę przyczyny ich wyjazdu do oddalonej od miasta, opuszczonej posesji (sic!) i jest beztroska zabawa dziewcząt wśród ogólnego zainteresowania miejscowej ludności. Prostota w formie czystej. Dodatkowo, braki fabularne dopełniane są groteskowo śmiesznymi dialogami, ale wszystko to pasuje, ku mojemu zaskoczeniu, do - cokolwiek pokracznych ale jednak - ram przyjętej konwencji.


Nie o fabułę w takich filmach jednak chodzi. Ma być krwawo, brutalnie, pomysłowo, nieprzewidywalnie i ze szczyptą nagości. Torso spełnia wszystkie te wymienione warunki wręcz modelowo. Scena morderstwa na bagnach, do której nawiązuje plakat filmowy, winduje opowieść włoskiego twórcy do poziomu najlepszych dzieł tego gatunku. Klimatyczny i upiorny charakter otoczenia współgra w niej z sytuacją i odczuciami bohaterki, znajdującej się pod wpływem środków odurzających. Mocna ale i zarazem bardzo stylowa scena. Od niej seans Torso staje się naprawdę przyjemny.


O wyjątkowości filmu świadczy jednak inna scena. Cztery bohaterki przebywają w błogiej nieświadomości istniejącego zagrożenia, na terenie wiejskiej posiadłości. W pewnym momencie słychać pukanie do drzwi. Jedna z dziewcząt idzie otworzyć i kogo widzi? Tak, mordercę! Rewelacyjny zabieg inscenizacyjny. Od tego momentu film przeobraża się w rasowe homeinvasion. Ale nie w "jakieś tam" kolejne homeinvasion, tylko jedno z najlepszych, jakie dane mi było oglądać. To, w jaki sposób reżyser rozgrywa tę scenę, poprzez przemyślane ujęcia wewnątrz domu, sposób postępowania, tak ofiary jak i oprawcy, kontrastują jedynie z mało przekonującymi scenami przemocy, co jednak, zważywszy na gatunek i wszechobecne braki budżetowe, można filmowi w zupełności wybaczyć. Ponadto zadziwiającą świeżość da się zauważyć w sposobie ukazania wszystkich morderstw, jak również w ostatecznej potyczce z oprawcą (która przybiera lekko groteskowy charakter, poprzez wprowadzenie elementów  kina "kopanego"). Słowa uznania należą się również twórcom za skuteczne ukrycie przed widzem głównej bohaterki dramatu – z tego powodu początkowo boimy się i jesteśmy zaskoczeni każdym kolejnym morderstwem.


Sergio Martino filmem Torso potwierdza znaną od dawna oczywistość, że do zrobienia dobrego horroru nie potrzeba wcale skomplikowanej historii. Należy skupić się na szczegółach definiujących gatunek, tchnąć w nie odrobinę świeżości i groteskowego szaleństwa, a dadzą one przyjemność i wielką frajdę wszystkim oczekującym tego widzom.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Podsumowanie filmowe A.D. 2017






Poniżej, jak co roku, moja ulubiona dziesiątka (a nawet jedenastka;)



1&2.
Outsiderka (The Bad Batch) – reż. Ana Lily Amirpour


Rewelacyjny pomysł na przykucie uwagi poprzez zastosowanie już na samym początku filmu "twista", który zmusza widza do zrewidowania wyobrażenia na temat przyszłych losów bohaterki. Reżyserka wprowadza elementy horroru tylko po to, by je odrzucić na rzecz innego gatunku, którego ostatecznie również do końca nie będzie się trzymać. Wszystko to zostało bardzo dobrze przemyślane i zrealizowane. Ana Lily Amirpour uwielbia "taplać się" w wybranych przez siebie elementach współczesnej kultury popularnej, czego przedsmak mieliśmy okazję podziwiać we wcześniejszym jej anty-horrorze wampirycznym: O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu (A Girl Walks Home Alone at Night, 2014). Jednak to w The Bad Batch ten mix gatunkowo-tematyczny osiąga swój pełny wymiar. Duża rola muzyki, interesujące kreacje aktorskie (Jason Momoa, Keanu Reeves, Suki Waterhouse a przede wszystkim Jim Carrey) i wiele innych "drobnych smaczków" składają się na tę niesamowicie smaczną strawę.



1&2.
Blade Runner 2049 – reż. Denis Villeneuve


To się musiało tak skończyć. Jak trafi się na odpowiednich ludzi, to nawet dobry sequel uznanego arcydzieła jest możliwy. Denis Villeneuve miał zadanie wręcz niemożliwe. Jak udźwignąć ciężar trzydziestu pięciu lat wzrastającego "kultu"? Nic prostszego, wystarczy pomysł, historia, scenariusz, zdjęcia, scenografia, aktorzy, muzyka i voila gotowe…;) Acha, bo bym zapomniał, jeszcze Denis Villeneuve jest potrzebny;) Gdy to wszystko już mamy, o arcydzieło (tak, nie boję się tego słowa użyć) już nietrudno;) Nie ma co słuchać ględzących, że rozwlekły, że się nie sprzedał i takie tam. Z takimi samymi problemami, o których dzisiaj nikt już nie pamięta, borykał się film Scotta. Dlatego nie ma się co czepiać, tylko wrócić do zastanawiania "czy androidy śnią o elektrycznych dzieciach"? Mnie z pewnością śnią się właśnie takie filmy!



3.
Zło we mnie (February) – reż. Oz Perkins


Przejmujący obraz samotności obleczony w szaty nastrojowego horroru satanistycznego. Gdy tracimy sens, celem egzystencji stać się może dosłownie wszystko, szczególnie to, co daje nam ułudę pełnej akceptacji naszej osoby. Obraz usypia czujność widza powolną narracją, długimi ujęciami, by w odpowiednim momencie ze zdwojoną siłą uderzyć nas po głowie niczym "obuchem". Zostajemy w tym "zamroczonym" stanie już do końca seansu, nie chcąc się z niego wybudzić – zupełnie jak główna bohaterka. Horror roku!



4.
Mięso (Grave) – reż. Julia Ducournau


Ten film najzwyczajniej nie mógł nie znaleźć się w moim tegorocznym zestawieniu. Niepokojący, bardzo mocny, nie tyle wizualnie (chociaż i w tym elemencie wielu zaszokuje), co ideologicznie - bohaterowie jako zasadę traktują coś, co wymyka się poza zakres postrzegania normy "zwykłego" człowieka. Historia o próbach wyzwolenia się z oków narzucanych przez społeczeństwo można odczytywać w najróżniejszy sposób  (np. w kluczu feministycznym). Ja lubię traktować tę opowieść bardziej uniwersalnie, jako oryginalną przypowieść o dojrzewaniu do bycia samym sobą, o dążeniu do indywidualnej wolności. Opowiedziane to jest drapieżnie i szorstko, jak na prawdziwy debiut przystało. Reżyserka nie bawi się w półśrodki prowadząc historię na antypody groteski, która niepokoi i zarazem zastanawia. Wielkie brawa za oprawę muzyczną, bezkompromisowość wizualną ale przede wszystkim dla głównej bohaterki. Młoda aktorka udanie oddaje przemianę jaka w niej zachodzi. Ważniejsza jest jednak jej siła charakteru bijąca z ekranu przekonująca mnie jako widza bym jej uwierzył. Niebanalne i kontrowersyjne kino – takie lubię!



5. 
Cień (Maryland) – reż. Alice Winocour


Modelowy przykład na to, że można zrobić niebagatelną opowieść o uzdrawiającej sile uczucia nie popadając przy tym w banał. Więcej tutaj.



 6. 
Dzikie łowy (Hunt for the Wilderpeople) – reż. Taika Waititi


W tym przypadku mamy do czynienia z przejmującym, iskrzącym inteligentnym dowcipem, kinem dla całej rodziny – doprawdy gatunek na wymarciu. Film opowiada o poznawaniu samego siebie, przyzwyczajaniu się do drugiego człowieka, uczeniu się ojcostwa ale również o poznawaniu smaku bycia dzieckiem, nad którym zawsze ktoś czuwa. Jest to przejmująca opowieść  o godzeniu się  z bolesna stratą bliskiej osoby. Opowiedziane jest to  pod "płaszczykiem" przygodowego kina drogi, ze świetnymi kreacjami aktorskimi dwóch głównych bohaterów. Szczególnie zaskakuje Sam Neill, który generalnie jest mocno przereklamowany. W tej kreacji jednak sprawdza się wyśmienicie. Gra w sposób bardzo stonowany, z dystansem do siebie i swojej roli. Idealnie wpasowuje się pod młodzieńczą aktorską niedojrzałość jego niepełnoletniego partnera. Radosny film.



7.
Broken (Bang-hwang-ha-neunkal-nal) – reż. Jeong-ho Lee


Nietuzinkowe koreańskie kino zemsty deklasujące japońskiego konkurenta powstałego na kanwie tego samego materiału literackiego. Więcej tutaj.



8.
The Devil's Candy – reż. Sean Byrne


Nie dziwie się, że po rewelacyjnym debiucie (The Loved Ones, 2009) reżyser zamilkł aż na siedem lat (ciężko uniknąć porównań). Na szczęście powraca z filmem, któremu, co prawda, nie udało się zdetronizować poprzednika, ale może bez wstydu stanąć przy nim z "podniesionym czołem". Najważniejsze jest to, że w The Devil's Candy cały czas czuć tę niesamowitą przyjemność, zabawę twórcy z kinem. Gatunkowo reżyser pozostaje sobie wierny kręcąc horror o outsiderach, ludziach funkcjonujących na pograniczu społecznym. Mowa tutaj nie tyle o głównym antagoniście słyszącym "głosy", a o protagoniście, który nie dość, że jest "wyobcowany" z racji zawodu jaki wykonuje (malarz sztuki współczesnej), to jeszcze z racji stylu życia jaki prowadzi (heavy metalowiec). Rzecz jasna spuścizna rodzica musi przejść na dziecko, w tym przypadku na zapatrzoną na swojego ojca córkę. Reżyser rozpycha się w obrębie przyjętych schematów gatunkowych poszerzając je o subiektywne elementy czyniąc obraz świeżym, a poprzez to cholernie interesującym. Film z wielkim pazurem.



9.
To przychodzi po zmroku (It Comes at Night) – reż. Trey Edward Shults


To co zachwyca w nowym obrazie Shultsa nie wynika z oryginalności konceptu opowiadanej historii, tylko ze sposobu w jaki została przedstawiona. Ten oszczędny w środkach filmowych dramat ludzi za wszelką cenę walczących o przeżycie, zaskakuje głębią psychologicznych obserwacji. Jestem pełen podziwu dla twórców, którzy przy pomocy jedynie środków wizualnych (obraz) potrafią "zawędrować" bardzo daleko w głąb psychiki bohaterów. Najciekawsze jest to, że pomimo niedługiego seansu (90 min) znajdują czas, by zagłębić się w zwyczajne aspekty egzystencji człowieka. Strach, poczucie zagrożenia, wściekłość, wszechogarniająca beznadzieja, swobodnie zderzone zostają z zaciekawieniem, fascynacją i erotycznym napięciem. Minimalizacja dialogów zastąpionych obrazami odpowiada za uderzającą wiarygodność filmu, który wybija się oryginalnością.



10.
Smak curry (The Lunchbox) – reż. Ritesh Batra


Można jednak zrobić film o uczuciu bez używania wzniosłych słów i pompatycznych gestów. Więcej tutaj.



Dodatkowo "czarna owieczka rodziny" (przez wszystkich krytykowana), nie mniej kochana;)



11.
Ghost in the Shell – reż. Rupert Sanders


Oczywiście mój ranking nie byłby do końca 'mój' bez czarnej perły, czyli filmu niedocenionego. Dosłownie wszystko mi się w tym filmie podobało, począwszy od niewyszukanej ale spójnej historii, poprzez świat przedstawiony, na aktorach kończąc. Michael Pitt kupił mnie całkowicie jako Kuzo, Takeshi Kitano, to swoista perełka, a najbardziej kontrowersyjna Scarlett Johansson daje radę. Nie przemawiają do mnie głosy  krytyki jakoby Major powinna być Japonką. Korporacja zatrudniała ludzi z całego świata jak Dr Ouelet (Juliette Binoche), więc nie dziwi mnie, że za "pancerz" obrana mogła zostać osoba z "zachodu". Osobiście cieszę się, że całość nie była tylko wierną kopią filmu animowanego (jak w przypadku nowej Pięknej i Bestii z Emmą Watson), bo dzięki temu człowiek cieszyć się może z dwóch osobnych opowieści.



Dodatkowo 5 najlepszych filmów sprzed roku 2000:




1. 
Kobieta znad jeziora (Onna no mizumi) - reż. Yoshishige Yoshida


2. 
Torso - reż. Sergio Martino


3.
Ogień i lód (Fire and Ice) - reż. Ralph Bakshi


4. 
Zjedzeni żywcem (Eaten Alive) - reż. Tobe Hooper


5. 
Godziny rozpaczy (The Desperate Hours) - reż. William Wyler



Ponadto, 25 filmów, które było warto (kolejność przypadkowa):


- Piekło (Die Hölle) – reż. Stefan Ruzowitzky
- Desierto – reż. Jonás Cuarón
- Lady M. (Lady Macbeth) – reż. William Oldroyd
- Baby Driver – reż. Edgar Wright
- John Carter – reż. Andrew Stanton
- Krew na piasku (It Stains the Sands Red) – reż. Colin Minihan
- Zabójcza ziemia (Killing Ground) reż. Damien Power
- Berlin Syndrome – reż. Cate Shortland
- Message from the King – reż. Fabrice Du Welz
- Fatamorgana (Mirage) – reż. Bill Crain
- Matka (Madeo) – reż. Joon-ho Bong
- Mroczna pieśń (A Dark Song) – reż. Liam Gavin
- T2: Trainspotting – reż. Danny Boyle
- Ostatnie dni Emmy Blank (De Laatste dagen van Emma Blank) – reż. Alex van Warmerdam
- Ludzie za mgłą (Le quai des brumes) – reż. Marcel Carné
- Z jak Zachariasz (Z for Zachariah) – reż. Craig Zobel
- Uniwersalny żołnierz: Dzień odrodzenia (Universal Soldier: Day of Reckoning) – reż. John Hyams
- Lewy sercowy (Punch-Drunk Love) – reż. Paul Thomas Anderson
- Moonlight – reż. Barry Jenkins
- Manchester by the Sea – reż. Kenneth Lonergan
- The Neighbor – reż. Marcus Dunstan
- O dziewczynie skaczącej przez czas (Toki wo kakeru sojo) – reż. Mamoru Hosoda
- Too Late – reż. Dennis Hauck
- Hae-mu – reż. Sung Bo Shim
- Odsłony (Curtains) – reż. Richard Ciupka




Najlepsze seriale:


Mad Men


Swojego czasu, z różnych przyczyn, przerwałem oglądanie tego serialu na sezonie trzecim. Jest to jednak jedna z tych produkcji, z którymi "musisz za wszelka cenę się zapoznać". Dlatego w ubiegłym roku do niego powróciłem i "połknąłem" od nowa wszystkie siedem rewelacyjnych sezonów. Wszystkim polecam, bo jest czego. Uwielbiane przez mnie lata 60., tajemnica, dramat, Don Draper, dogłębna analiza zachowań postaci, no i przenikliwy portret mężczyzn ale przede wszystkim kobiet na progu boomu emancypacyjnego. Rewelacja!!!



Kill la Kill


Jak to ktoś gdzieś napisał: "normalny to ten serial nie jest". Kwintesencja japońskości, dziwności i odjechania. Całkowicie odrealniony, groteskowy, perwersyjny, silny w postaciach i zaskakujący (przez większą część) w treści serial. Prawdziwa mozaika gatunkowo-stylistyczna, od filmu samurajskiego, dramatu obyczajowego, komedii, horroru, science-fiction aż do mecha movie i wiele, wiele więcej! Dawno nie polubiłem tak mocno głównej bohaterki (a nawet dwóch) serialu anime. Panie są dumne, uparte, seksowne, na swój sposób delikatne i na wskroś przepełnione samurajskim duchem (szczególnie Satsuki). Tylko w Japonii mógł powstać taki serial i właśnie za to (również;) ten kraj uwielbiam. Prawdziwa petarda!





Rozczarowanie roku:



Mother! – reż. Darren Aronofsky


Nie tyle najgorszy film, co najbardziej rozczarowujący. Po pierwszych pochlebnych recenzjach spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Symbolika stosowana w filmie jest trywialna, a co najgorsze, niczego odkrywczego nie oferuje. Z tego powodu film bardzo szybko zaczyna się niemiłosiernie dłużyć. Ostatecznie otrzymujemy garść nieźle sfilmowanych banałów na temat determinizmu natury ludzkiej. To zwykła wydmuszka, a reżyser pręży się przy niej co najmniej jak gdyby jakąś epopeje narodową ekranizował. Kolorowa, to trzeba przyznać, ale niezwykle krucha skorupka, która bardzo szybko pęka, odsłania swoje puste wnętrze. Szkoda czasu.




Ponadto, 25 największych rozczarowań (kolejność przypadkowa):


- Autopsja Jane Doe (The Autopsy of Jane Doe) – reż. André Øvredal
- Poziom -2 (P2) – reż. Franck Khalfoun
- Czego dusza zapragnie (Absolutely Anything) – reż. Terry Jones
- Doktor Strange (Doctor Strange) – reż. Scott Derrickson
- Bridget Jones 3 (Bridget Jones's Baby) – reż. Sharon Maguire
- Underworld: Wojny krwi (Underworld: Blood Wars) – reż. Anna Foerster
- Antisocial – reż. Cody Calahan
- Styczniowy człowiek (The January Man) – reż. Pat O'Connor
- Resident Evil: Ostatni rozdział (Resident Evil: The Final Chapter) – reż. Paul W.S. Anderson
- From a House on Willow Street – reż. Alastair Orr
- Wybawienie (Flaskepost fra P) – reż. Hans Petter Moland
- Zaproszenie (The Invitation) – reż. Karyn Kusama
- Szaleni w miłości (Eperdument) – reż. Pierre Godeau
- Nude... si muore – reż. Antonio Margheriti
- xXx: Reaktywacja (xXx: Return of Xander Cage) – reż. D.J. Caruso
- Powrót ślepej śmierci (El ataque de los muertos sin ojos) – reż. Amando de Ossorio
- Łowcy potworów (The Monster Squad) – reż. Fred Dekker
- Mroczna plaża (Lost Things) – reż. Martin Murphy
- Księgowy (The Accountant) – reż. Gavin O'Connor
- Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales) – reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg
- Cult of Chucky – reż. Don Mancini
- Liga Sprawiedliwości: Mrok (Justice League Dark) – reż. Jay Oliva
- LEGO® NINJAGO: FILM (The LEGO NINJAGO Movie) – reż. Charlie Bean i inni
- Piękna i Bestia (Beauty and the Beast) – reż. Bill Condon
- Gatunek 2 (Species II) – reż. Peter Medak

niedziela, 10 grudnia 2017

Nienawistna czwórka – październik/listopad






Leatherface /2017/ - reż. Alexandre Bustillo, Julien Maury

Ziściły się moje obawy, co do pierwszego amerykańskiego filmu francuskich reżyserów. Twórcy Najścia (A l'interieur, 2007) zabierają się za obraz do którego nie napisali scenariusza i to da się, niestety odczuć. Po pierwsze, historia jest zbyt krótka. Obraz jest nazbyt (sam nie mogę uwierzyć, w to, co piszę) dynamiczny i brakuje w nim chwili wytchnienia - momentu na zastanowienie. Nie byłoby to może mankamentem, gdyby nie pociągało za sobą uproszczeń w zakresie opowiadanej historii. Te uproszczenia są szczególnie widoczne, gdyż odnoszą się do postaci głównego bohatera.


Początkowo twórcy serwują nam fajny "twist" w zakresie tożsamości tytułowej "Skórzanej twarzy", by zaraz potem popsuć go zupełnie nieprzekonującą psychologicznie, przemianą w milczące monstrum z piłą mechaniczną. Ostatecznie jednak film broni się sporą dawką fajnego szaleństwa, nieźle nakreślonymi postaciami drugoplanowymi oraz przeuroczą i przesłodką główna bohaterką. Młodziutka siostra Elizabeth (Vanessa Grasse) wyposaża obraz w potrzebny pierwiastek delikatności i normalności, który ostatecznie czeka jednak (znając późniejszą historię Leatherface’a ) wiadomy los.
Ocena7/10





Revolt /2017/ - reż. Joe Miale

Przybysze spoza ziemi, z mniej lub bardziej wiadomych przyczyn, najeżdżają naszą planetę. Rasa ludzka zmuszona jest zjednoczyć siły, by wspólnie podjąć walkę z najeźdźcą. Okazuje się jednak, jak zwykle zresztą, że naszym największym wrogiem nie są "obcy" z zaświatów, a same istoty ludzkie. Motyw "radzenia sobie" z najazdem "obcych" jest w ostatnim czasie częstym motywem w filmach sf, np.: Strefa X (Monsters, 2010, reż. Gareth Edwards), Projekt: Monster (Cloverfield, 2008, reż. Matt Reeves), Cloverfield Lane 10 (10 Cloverfield Lane, 2016, reż. Dan Trachtenberg). Wszystkie te obrazy "obijają się" tematycznie po najróżniejszych terenach, jednak łączy ich jeden wspólny mianownik: koncentrują się nie na bezpośrednim ataku najeźdźców (którego często nie widzimy), tylko na egzystencji bohaterów w zaistniałej sytuacji.


Revolt nie wnosi niczego oryginalnego do gatunku, jednak pomimo tego jego seans mogę zaliczyć do całkiem udanych. Zdecydował o tym jeden element - bohaterowie. Pomiędzy Nadią (Bérénice Marlohe) i Bo (Lee Pace) istnieje ta nieokreślona i tak pożądana na ekranie "chemia", która przyciąga. Po pierwsze, dobrze te postacie zostały napisane, ale co ważniejsze, właściwie aktorsko zinterpretowane. O tym jak bardzo istotny był to element, widz przekona się pod koniec seansu, gdy bohaterowie zostaną rozdzieleni. Pomimo natłoku akcji dramaturgia "siada" i już nie odzyskuje swojej dynamiki. Końcówka filmu to już tylko typowa, nic nie wnosząca do gatunku, strzelanina.
Ocena 6/10





The LEGO Ninjago Movie /2017/– reż. Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan

Nie może opuścić mnie wrażenie, że najnowszy tytuł spod marki Lego próbuje prześlizgnąć się gładko i niezauważenie po popularności swoich udanych poprzednikach samemu nie oferując niczego interesującego. Największy problem Ninjago tkwi w fabule, która jest wyjątkowo idiotyczna (nawet jak na rozrywkową animację tego typu). Wcześniejsze filmy kinowe Lego (w szczególności The Lego Movie, 2014, reż. Phil Lord, Christopher Miller) wręcz iskrzyły prześmiewczymi elementami fabuły dosadnie,


często bezwzględnie i, co najważniejsze, trafnie komentującymi współczesny świat popkultury. Ponadto miało to groteskowy, ale jednak, sens. W Ninjago tego zabrakło. Fabuła "leży" na całej linii, a prześmiewczego tonu jest jak na lekarstwo. Wszystko to sprawia, że film bardzo szybko nuży, zapewniając wyjątkowo marnej jakości rozrywkę (przynajmniej dla rodzica, który udał się na seans z dzieckiem).
Ocena 3/10




Pokot /2017/ - reż. Agnieszka Holland, Kasia Adamik

Problemem polskiego kandydata do Oscara jest brak zgody pomiędzy tym co symboliczne, a rzeczywiste. Historia biorąca w obronę świat zwierząt, na każdym kroku niszczonym przez ludzi, "zgrzyta" w posadach z powodu obrania przez twórców nazbyt moralizatorskiego tonu. Wskazywanie i grożenie palcem jest przyjętym i sprawdzonym sposobem nauczania, jednak nie w kinie, a w szkole. Problemem jest scenariusz, który powinien pójść, albo w całkiem odrealnioną, groteskową stronę, gdzie nie przeszkadzałoby skrajne moralizatorstwo ani cukierkowe zakończenie - jako elementy świata nierzeczywistego.



Albo twórcy powinni wybrać bezwzględnie realistyczną, "szorstką" formę, wyzbywszy się wszelkich załagodzeń, czy półśrodków w rodzaju: i żyli wszyscy (w komunie) długo i szczęśliwie. Niestety, dzieło pozostało niespełnione, rozdarte twórczo, nie bez walorów, ale stłamszone niespełnionymi ambicjami, które wpływają negatywnie na całość – niestety.
Ocena 5/10

środa, 22 listopada 2017

Jak w (znajomym) zwierciadle





Kino to zwierciadło, w którym odbijają się pragnienia, strach, obawy, uczucia i marzenia przeglądających się w nim widzów. Im  bardziej identyfikujemy się tym, co widzimy na ekranie, tym bardziej przejrzysty obraz nas samych obserwujemy. Lubimy "patrzeć" na  "samych siebie", dlatego tak ważna jest identyfikacja z bohaterami (chociażby w najmniejszym zakresie).


Pierwszy Trainspotting (1996, reż. Danny Boyle) był mi zupełnie obcy. Lata 90., problematyka uzależnienia od narkotyków oraz wchodzenia w dorosłość, nie trafiały do mojej ówczesnej wrażliwości. Może to przez styl, może przez odmienność problemów, a może przez mój młody wiek? Istotnym pozostaje, że nie poczułem jakiejś szczególnej (żadnej)więzi z bohaterami. Film wówczas mi się nie spodobał i cały czas zastanawiałem się dlaczego otrzymał status dzieła kultowego. Od tego czasu nie miałem z nim żadnej styczności. Pretekstem do jego powtórnego seansu była premiera drugiej odsłony przygód przyjaciół z Manchesteru.


Muszę przyznać, że seans po dwudziestu latach zmienił (lub lepiej napisać – zmodyfikował) do pewnego stopnia moją ówczesną opinię. Nadal nie jest to film, którego mógłbym zaliczyć do grona moich ulubionych, ale teraz bardziej rozumiem, co się mogło w nim ludziom podobać. Druga część pt: T2: Trainspotting (2017, reż. Danny Boyle) jest, pomimo wszystko i wszystkich, zupełnie inna. Wyróżniki stylu pozostały niezmienne, ale reżyser zmodyfikował ton opowiadanej historii. W pierwszej części poprzez kontakt z narkotykami opowiadana była historia o wchodzeniu w dorosłość. W drugiej, narkotyków właściwie nie ma - dwie dekady sprawiły, że zmieniło się do nich podejście i, okazuje się, że nie są już głównym problemem współczesnego świata. Nawiązuje się do nich, bo Simon (Jonny Lee Miller) i Spud (Ewen Bremner) nadal biorą, ale pokazane to jest w zupełnie inny sposób - na marginesie i mimochodem. Inne problemy przesunęły się na plan pierwszy.


Historia koncentruje się ponownie na losach Rentona (EwanMcGregor), który powraca w rodzinne strony pod pretekstem śmierci matki. Tak naprawdę jednak celem bohatera jest odzyskanie swojego dawnego życia sprzed dwudziestu lat. Renton spostrzega, że wybór, którego dokonał przed laty niczego w jego życiu nie zmienił, w żaden sposób go nie uszczęśliwił i tylko pozostawił samotnego w zupełnie obcym środowisku (Londyn). Dzięki wyjazdowi bohater wyszedł z narkotykowego nałogu, ale nie zdołała wypełnić pustki po kumplach z młodości. Co do tych "kumpli" natomiast, okazuje się, że od tamtego czasu znajdują się w dziwnym letargu, stoją w miejscu nie potrafiąc w żaden sposób ruszyć ze swoim życiem naprzód. Teraz główny bohater, przybywający jakoby z "zewnętrznego świata", odegra rolę "obcego", który przyczyni się do zmiany w ich życiu.


Reżyser rozmyślnie wprowadza do filmu uproszczenia i schematy oraz trochę banałów jednak robi to tak umiejętnie i z takim szacunkiem i sympatią dla bohaterów, że nie sposób mu to mieć za złe. Stara gwardia znanych aktorów wywiązuje się ze swoich ról wyśmienicie (czuć przyjemność z grania) sprawiając, że bohaterowie na powrót zaczynają budzić sympatię. Reżyser nie zapomina również o wpuszczeniu do krwiobiegu (filmowego) nieznacznej dawki świeżej krwi. Szczególną sympatię w tej kwestii zaskarbiła sobie u mnie Veronika (Anjela Nedyalkova), seksowna dziewczyna Simona. Wyposażona w dużą charyzmę aktorka stanowi uzupełnienie i godnie(zjawiskowo) reprezentuje na ekranie słabą płeć.


Tak jak w części pierwszej, również i tutaj, ogromną rolę pełni muzyka. I nie chodzi tylko o to, że jest doskonale dobrane, ale przede wszystkim, że nie stanowi jedynie tła dla opowiadanej historii. Funkcjonuje jako niezbywalny element obrazu sprawiając, że niektóre sceny wydają się kręcone jedynie po to, by ją odpowiednio wyeksponować.


O ile pierwsza część Trainspotting była mi zupełnie obca, sterylna, bez krzty osobistych odczuć, tak w kontynuacji "przeglądam się" niczym w lustrze mojej prywatnej garderoby. Pomimo, że jestem młodszy od bohaterów o blisko dekadę, ich dzisiejsze problemy są moimi – nawet jeżeli tylko część z nich doświadczyłem osobiście. Poza tym nowy Trainspotting to bardzo przyzwoite męskie kino jest.

niedziela, 29 października 2017

Mrok pokaleczonej duszy





- Moja żona dość długo chorowała. Po tym jak stwierdzono u niej raka, męczyła się trzy lata. Potem odeszła. To był taki ból. Nic nie mogłem zrobić dla Su-jin (córka). Nic.
- Wracaj do domu. To najlepsze, co możesz zrobić.
- Najlepsze? To? Siedzieć na tyłku i nic nie robić… Tak najlepiej? Tak? Jak niepełnosprawny?


Powyższy dialog stanowi klucz do zrozumienia postępowania głównego bohatera filmu Broken (Bang-hwang-ha-neunkal-nal, 2013, reż. Jeong-ho Lee). Sang-hyeon Lee (Jae-yeong Jeong) pracuje w fabryce włókienniczej. Po śmierci żony samotnie wychowuje córkę. Zapracowany, nie może spędzać wiele czasu z najbliższą mu osobą. Pewnego dnia, gdy jest jak zwykle w pracy, otrzymuje telefon. Jego córka została napadnięta i zamordowana, wcześniej jednak sprawcy dziewczynę odurzają i gwałcą. W jednej sekundzie cały świat Sang-hyeona rozpada się na drobne kawałki i wszystko przestaje się liczyć. Życie dla niego się kończy.


Od tego momentu bohater w swoich działaniach motywowany będzie siłą woli rozbudzoną poprzez poczucie winy. Co jest ważne, Sang-hyeon Lee swoimi desperackimi czynami chce odpokutować, nie tylko brak czasu, który doprowadził pośrednio, w oczach bohatera, do śmierci córki (oczywiście, to również) ale przede wszystkim niemoc w załagodzeniu jej bólu po stracie matki. Bohater zdaje sobie sprawę, że po śmierci córki nie będzie w stanie już tego nigdy naprawić. Z tego powodu wyzywa los, a z nim cały świat, na pojedynek. Postanawia działać na przekór społeczeństwu, a w zgodzie z własnym sumieniem, nakazującym sprowadzenie na sprawców ślepej (na prawo) sprawiedliwości. Interesująco twórcy przedstawiają problem karania niepełnoletnich morderców (szerzej – przestępców), którzy zdają sobie sprawę ze swojej bezkarności. Odwieczna walka prawo vs sprawiedliwość pozostawia w występujących w filmie policjantach stale jątrzącą się ranę, której nie będą mogli już nigdy wyleczyć (oznaką tego jest ciągłe śledzenie, lub lepiej napisać – pilnowanie, młodocianych sprawców groźnych przestępstw, którzy odsiedzieli swój niewspółmiernie niski, w stosunku do popełnionych przestępstw, wyrok). Dobrze złożoność  tego moralnego problemu pokazuje zachowanie jednego ze stróżów prawa, który pomimo deklaracji i niestrudzonej pogoni za "przestępcą" (głównym bohaterem) oddaje mu ostatecznie prawo do własnego, w tej kwestii, wyboru (poinformowanie Sang-hyeon o finałowym spotkaniu).


W warstwie ideologicznej film koreańskiego twórcy zbliża się zauważalnie (po części) do ubiegłorocznego, Oskarowego, również rewelacyjnego, obrazu z Leonardo DiCaprio pt. Zjawa (The Revenant, 2015, reż. Alejandro Gonzalez Inarritu). W obu obrazach bohaterowie dążą do wymierzenia sprawiedliwości, a tym co ich w tych działaniach najbardziej do siebie zbliża, jest desperacja i przekraczanie granic wytrzymałości ludzkiego organizmu. Wzniesienie się ponad fizyczne możliwości człowieka i pozwolenie, by prowadziła ich czysta siła woli (duch ponad materię) nadaje sens ich istnieniu. Ostatecznie obydwóm bohaterom zagwarantuje to wewnętrzne spełnienie.



Film Broken jest ekranizacją powieści: The Hestitating Blade japońskiego pisarza Keigo Higashino. W 2009 roku powstaje japońska wersja historii (Samayou Yaiba, 2009, reż. Shoichi Mashiko) jednak jest to film zupełnie nieudany. Już nawet nie chodzi o dłużyzny, czy brak dynamiki w kluczowych dla filmu scenach (np. w finałowej). Najgorzej w obrazie japońskim wypada wydźwięk całej historii, która sprowadzona zostaje do garści banałów, zapominając o jakiejkolwiek wiarygodności psychologicznej postaci.



Koreańska, młodsza wersja filmu jest od japońskiej skrajnie różna (aż dziw bierze, że za podstawę ekranizowanej historii obu twórcom posłużyła ta sama książka). Wspólny ostał się tylko szkielet fabularny,jednak "obudowany" jest w zupełnie inny sposób. Jeong-ho Lee w swoim filmie pogłębia portrety psychologiczny bohaterów nie idąc na żadne kompromisy. Nie zadowala się utartymi schematami, tylko szuka skrywanych na pierwszy rzut oka powodów postępowania bohaterów. Tutaj nic nie jest jednoznaczne i oczywiste, a tym bardziej proste.Koreański twórca radzi sobie również o wiele lepiej z dynamiką opowiadanej historii. Wie, kiedy przyspieszyć akcję, ale również kiedy należy ją zwolnić, by dać widzom możliwość zastanowienia się nad postępowaniem bohaterów. Nie szarżuje z wykorzystaniem środków filmowego wyrazu, a raczej skupia się na optymalizacji efektów przyjętych założeń. Trafia tym w sedno, przez co wygrywa cały film.

wtorek, 17 października 2017

Nienawistna czwórka – wrzesień






Baby Driver /2017/– reż. Edgar Wright

Nieczęsto kinomani mają okazję obcować z musicalem ubranym w płaszcz thrillera sensacyjnego o lekkim (w zależności od poczucia humoru) zabarwieniu komediowym. Taki jest właśnie nowy film Edgara Wrighta. Dla wielu twórców współczesnego kina muzyka gra niebagatelną rolę (żeby wspomnieć tylko Nicolasa Windinga Refna, czy Quentina Tarantino), jednak żaden z nich nie prezentuje jej w taki sposób. W filmach rzeczonych reżyserów widzimy (czy raczej słyszymy) muzykę "ukazaną" w oczach twórcy. Inaczej jest w Baby Driver. Tutaj, to postacie kreują ścieżkę dźwiękową, więcej nawet, oni tą muzyką żyją. Główny bohater w jej rytmie je, pracuje, kocha oraz walczy o życie swoje i ukochanej. Praktycznie cały film, to muzyka, gdzie cięcia montażowe, jak również cały ruch kamery wydają się być montowane pod ścieżkę dźwiękową.


Cudownie to się oglądało w słuchawkach na uszach  i z odpowiednio podkręconym dźwiękiem. Już dla samej harmonii pomiędzy obrazem i fonią warto ten film obejrzeć. Pomimo tego, że obraz czerpie z wielu gatunków filmowych (thriller, sensacja, dramat, romans, a nawet western) charakterem należy do musicalu. "Lekko" odrealniony niczym kolorowa ballada przemocy, uśmiecha się czule i kłania z szacunkiem starszemu i poważniejszemu dziełu Nicolasa Windinga Refna pt. Drive (2011). Nie tylko tematycznie ale również formalnie i inspiracyjnie oba dzieła wydają się do siebie niesamowicie podobne. Na szczęście jest to twórcza inspiracja, a nie odtwórcze naśladownictwo. Ogromne brawa należą się za scenę finałowego napadu będącą kwintesencją oryginalności autorów. Rewelacyjna zabawa na kilku płaszczyznach interpretacyjnych i "piekielnie" inteligentne kino.
Ocena 8/10





Zabójcza ziemia (Killing Ground) /2016/ - reż. Damien Power

Po pierwsze, sugestywna atmosfera zagrożenia skutecznie igrająca z nerwami i niepewnością widzów, aż do drugiej połowy filmu. Po drugie, niestandardowa, jak na kino tego gatunku, narracja podglądająca wydarzenia dziejące się w dwóch różnych przestrzeniach czasowych (przez co mamy możliwość zapoznania się z naturą pojawiającego się zła). Po trzecie i najważniejsze, niesztampowa obserwacja poczynań jednostki w sytuacji zagrożenia - film zmusza do myślenia i do postawienia się na miejscu bohaterów.


Wiarygodne nakreślenie charakterów postaci czyni obraz bardzo realistycznym. Nieźle również twórcy rozwiązali problem nadmiernej brutalności, o którą film jest niesłusznie oskarżany. To co najgorsze (pobicie ojca, oraz gwałt na matce i córce) dzieje się poza oczami widzów. Obowiązuje zasada, że wyobraźnia może być największym z koszmarów. Mnie osobiście obrazy tego, co dokonało się poza obiektywem kamery prześladowały długo po zakończonym seansie. I to nie jest w stosunku do filmu zarzut.
Ocena 7/10





Uśpiony obóz (Sleepaway Camp)/1983/ - reż. Robert Hiltzik
 
Całkiem przyjemne rozczarowanie. Film jest reprezentantem typowego dla ówczesnych czasów gatunku młodzieżowego slashera i niestety w tym zakresie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Praktycznie wszystkie sceny zabójstw są marnie zrealizowane, nie wspomniawszy o tym, że niektóre w swoich założeniach są co najmniej mało prawdopodobne (pierwsze zabójstwo z wrzącą wodą, czy "akcja" pod przewróconym kajakiem). Najdziwniejsze jednak, że prawie wcale to nie przeszkadza, a już z pewnością nie denerwuje.

Największą zaletę filmu stanowi niepowtarzalny i niezbywalny klimat beztroskich lat 80. Czułem się jakbym oglądał kolejny młodzieżowy film z serii Pulpety (Meatballs) czy Zemsta frajerów (Revenge of the Nerds). Nie najgorzej również radzą sobie bohaterowie, zarówno ci główni, jak i drugoplanowi. Ich zachowanie, pomimo tego, że schematyczne, nie wpisuje się w standardy typowych idiotyzmów ery VHS (przynajmniej nie w taki sposób jaki można by się tego spodziewać). Moją faworytką w tym zakresie jest przecudnie wredna Judy (Karen Fields) - po prostu nie mogłem jej nie polubić. Jakbym miał komuś ten film polecać, to zdecydowanie nie fanom dobrego slashera. Wszyscy lubiący specyficzny klimat młodzieżowych filmów lat 80. nie powinni się jednak czuć zawiedzeni.
Ocena 6/10





Mroczna plaża (Lost Things) /2003/ - reż. Martin Murphy


Swojego czasu wydana w Polsce została seria "Horrory świata". Jej celem było, czytając ulotkę reklamową, zapoznanie widzów z najlepszymi horrorami pochodzącymi z różnych stron świata. Niestety, bardzo szybko okazało się, że jest to nic innego jak typowy "kok na kasę" oferujący co najwyżej popłuczyny (z małymi wyjątkami) po najlepszych horrorach świata. Kolekcja w swoim repertuarze zgromadziła pokaźną liczbę filmowych odpadków, często poniżej jakiegokolwiek poziomu np. Karma dla bestii (Flesh for the Beast, 2003, reż. Terry M. West). Po zapoznaniu się z kilkoma owymi "arcydziełami" bardzo szybko zaniechałem zakupów i postanowiłem zapomnieć o całej kolekcji. Niedawno jednak przypadkowo natknąłem się na jeden z nieobejrzanych tytułów i postanowiłem dać mu szansę... W sumie, to nie mam pojęcia dlaczego;).


Niestety, Mroczna plaża jest godnym reprezentantem rzeczonej kolekcji i w żadnym stopniu nie odstaje jakością od reszty. W filmie prawie wszystko szwankuje począwszy od scenariusza, poprzez dialogi, aktorstwo na reżyserii kończąc. Ogromnym mankamentem, szczególnie przeszkadzającym w ramach tego gatunku, jest brak atmosfery zagrożenia, czy paranoi, o którą film aż się prosi. Cały koncept i historia, pomimo, że niezbyt umiejętnie przedstawiona, jakoś by się jeszcze obroniła (idea "zamknięcia w piekle"), gdyby otrzymała "obudowę" atmosfery grozy i szaleństwa. W miarę miło, natomiast patrzyło się na młodą piosenkarkę Lenkę Kripac. Grać nie potrafi, ale przynajmniej zapewniła mi kilka przyjemnych doznań estetycznych. Podsumowując, omijać szerokim łukiem.
Ocena 3/10