czwartek, 3 stycznia 2019

Podsumowanie filmowe A.D. 2018




Poniżej moje podsumowanie filmowe ubiegłego roku. Ulubiona dziesiątka (11) ogranicza się do obrazów z okresu dziesięciu ostatnich lat.




Tym razem "wyliczankę" rozpocznę od miejsca ostatniego:



11.
Śmierć nadejdzie dziś (Happy Death Day) – reż. Christopher Landon


Co prawda nawiązania do Dnia świstaka i 12:01 są aż nazbyt oczywiste, jednak nie ujmuje to filmowi nadzwyczajnej świeżości albo, lepiej napisać, wyjątkowej witalności. Dziej się tak za sprawą trzech czynników: pierwszym jest konwencja horroru, która uzasadnia powroty do przeszłości bohaterki (śmierć z ręki mordercy), drugim, sama główna bohaterka (Jessica Rothe), swoją charyzmą mogąca zastąpić pozostałą część obsady, i na koniec, przywodzący na myśl nieme komedie, slapstickowy charakter obrazu. Niezwykle pozytywnie nastrajający obraz pomimo, konwencji horroru. Liczę na jeszcze więcej zabawy w zapowiedzianej na ten rok kontynuacji.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


10.
The Divide – reż. Xavier Gens

 

Jedno z moich filmowych odkryć a zarazem największych zaskoczeń roku. Gens, na co dzień najwyżej przeciętny twórca w tym jednym, konkretnym przypadku, wspina się na poziom bliski arcydziełu. Jego historia "inwazji" zachwyca surowością obserwacji człowieka postawionego w sytuacji kryzysowej (człowiek, człowiekowi wilkiem). Zamiłowanie twórcy do ekstremy nadaje obrazowi wymowny dekadencki sznyt. Przebłysk geniuszu albo splot różnych szczęśliwych sytuacji sprawiają, że Gens tworzy dzieło życia przy którym jego poprzednie/przyszłe porażki przestają mieć znaczenie. Trochę więcej tutaj.


9.
Little Sister – reż. Zach Clark


Niepozorny, stonowany, pozbawiony gwałtownych zwrotów akcji. Każda z przedstawionych postaci jest na zakręcie swojej drogi życiowej. Nieśpieszna narracja filmu współgra z procesami, które zachodzą we wnętrzu bohaterów. Opowieść o rodzinie, która rozdarta będzie do momentu, aż jej członkowie nie skonfrontują ze sobą drzemiących w nich demonów. Katharsis nadejdzie, ale bez spektakularnych fajerwerków, tak po prostu, po ludzku.


8.
Trzy billboard za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri) – reż. Martin McDonagh


Nie pamiętam już takiego roku, w którym w mojej pierwszej dziesiątce znalazłoby się aż dwa filmy z Oscarowego wyścigu. Trzy billboardy(…) to przede wszystkim świetnie nakreślone postacie. Ich charaktery, a poprzez to i postępowanie, z jednej strony wpisują się w ulubioną przez Hollywood poprawność polityczną, z drugiej jednak trochę się z niej naigrawają. Dobro ze złem walczą o duszę człowieka i od nas samych oraz ludzi z którymi zetknie nas los, zależeć będzie, która z tych "sił" wygra. Aktorsko, Sam Rockwell, pomimo sporej konkurencji, kopie wszystkim tyłki.


7.
Super Dark Times – reż. Kevin Phillips


Rozpoczyna się jak typowy teenage movie, po czym płynnie przechodzi w mroczny thriller psychologiczny kończąc z atmosferą zarezerwowaną dla horrorów. Bezpretensjonalna podróż do wnętrza umysłu, w którym kiełkuje ziarno przemocy. Twórcy bawią się przyzwyczajeniami widzów mieszając konwencję, a w powietrzu unosi się przyjemna aura dzieł Dostojewskiego.


6.
O czym wiedziała Maisie (What Maisie Knew) – reż. Scott McGehee, David Siegelb


Subtelnie o tym, co w życiu najważniejsze. Nierozłączny duet reżyserski tym razem opowiada o obcości wśród najbliższych i o bliskości wśród obcych. Trafionym zabiegiem jest wprowadzenie narracji subiektywnej poprowadzonej z punktu widzenia małej Maisie. Dziewczynka nie ocenia, nie potępia, obserwuje najbliższe jej osoby dostosowując się do ich zachowania. Jej miłość promieniuje na wszystkich, jednak nieliczni są w stania to czyste, pierwotne uczucie odwdzięczyć. Pozytywny w odbiorze, gorzki w znaczeniu, jeden z najpiękniejszych melodramatów jakie w ostatnich latach miałem okazję obejrzeć. Więcej tutaj.


5.
Miłość od pierwszego ugryzienia (Les combattants) – reż. Thomas Cailley


Polski tytuł filmu kojarzy się z jakimś wampirycznym romansem. Nic bardziej mylnego. Nietypowa opowieść miłosna lub bardziej opowieść o fascynacji drugim człowiekiem i jego "pewnością" życiową. Madeleine (Adele Haenel), to silna, młoda kobieta zawstydzająca mężczyzn w rzeczach typowo samczych (survival). Arnaud (Kevin Azais) to zagubiony chłopak poszukujący dla siebie miejsca we współczesnym świecie. Los przypadkowo zetknie bohaterów ze sobą. Mógł to być kolejny film o wyzwoleniu kobiet i o kryzysie męskości, ale to by było zbyt proste. Bohaterka, z jednaj strony, bezwzględnie upokarza instytucje zadufane w swojej błędnej pewności, co do zachowań człowieka (wykład o rzucaniu się, dla dobra ogółu, na odbezpieczony granat), z drugiej strony, poprzez swoją teoretyczną "samowystarczalność" nie nadaje się do życia w społeczeństwie. W finale, to "słaby" fizycznie i mentalnie mężczyzna okaże się silniejszy psychicznie ponieważ razem z pewnością kobiety pojawia się pycha, która zawsze kieruje ku zgubie.


4.
Nić widmo (Phantom Thread) – reż. Paul Thomas Anderson


Nawet mnie to zaskoczyło, że z Oscarowej konkurencji, to właśnie ten obraz wyrył się w mojej pamięci najmocniej. Anderson przemienia na pozór nieatrakcyjny towar (historia projektanta ubrań) w złoto. Rzecz jasna dzieje się tak dlatego, że interesuje się nie tyle opowiadaną historią, co bohaterami, a ci zarysowani są w iście mistrzowski sposób. Na plan pierwszy wysuwają się trzy postacie: główny bohater, jego podstarzała, zaborcza siostra, oraz "nowo nabyta" muza projektanta. Dużym zaskoczeniem jest, że z tego bardzo zaciętego i wyrównanego pojedynku aktorskiego zwycięsko wychodzi ta ostatnia postać. Grająca ją  Vicky Krieps deklasuje samego Daniela Day-Lewis, tworząc intrygującą kreacje osoby "wyszarpującej" sobie miejsce w nieprzyjaznym, męskim świecie. Bohaterka nie ma złudzeń, dlatego nie posiada skrupułów. Kolejny już raz obserwujemy, że za sukcesem mężczyzny kryje się silna kobieta.


3.

Sicario 2: Soldado (Sicario: Day of the Soldado) – reż. Stefano Sollima


Rzadka to rzecz, acz możliwa, by kontynuacja dogoniła jakościowo swój filmowy pierwowzór. Pomysł, pomysł i jeszcze raz pomysł, a do tego (co niezbędne) odpowiedni ludzie do jego realizacji. W taki oto sposób otrzymujemy mix gatunkowy, w którym twórcy kłaniają się z szacunkiem swojemu poprzednikowi, śmiało i pewnie krocząc własną, świadomie wybraną, ścieżką. Tak winny być robione kontynuacje. Więcej tutaj.


2.

Cisza niebios (O Silencio do Ceu) – reż. Marco Dutra


Dramat, który dotyka bezpośrednio kobietę (gwałt) ale odczuwamy go głównie z punktu widzenia mężczyzny. "Głowa rodziny" – mężczyzna - nie potrafi sprostać oczekiwaniom, które stawia mu współczesny świat (obrona, a później pomsta za naruszenie "cnoty"). Słabość jego charakteru uwidocznia się tym mocniej, gdy zestawimy go z dominującą osobowością kobiety. Reżyser zagłębia się w problemy współczesnej rodziny, w której tradycyjne role społeczne zanikają lub zostają odwrócone. Duża przewrotność w filmie wynika z naszych przyzwyczajeń (nie tylko filmowych), które reżyser brutalnie obnaża. Niesamowita rola Caroliny Dieckmann, która pociąga seksualnością kobiety spełnionej  oraz wzbudza szacunek emanującą z jej wnętrza siłą charakteru.



1.

Nigdy cię tu nie było (You Were Never Really Here) – reż. Lynne Ramsay


W tym roku film Lynn Ramsey nie miał dla siebie żadnej konkurencji. Podobało mi się w nim praktycznie wszystko: świetnie napisani główni bohaterowie, ich aktorskie interpretacje, niejednoznaczna historia, sposób prowadzenia narracji, muzyka itd. Czuć w nim pewną rękę kobiety, która dosłowną brutalność zastępuje senną sugestywnością. Sugeruje tym wyprawę do wnętrza głowy głównego bohatera, który na swój własny sposób musi radzić sobie z pochłaniającą go traumą. Film do wielokrotnego stosowania – z przyjemnością. Więcej tutaj.




Dodatkowo 5 najlepszych filmów sprzed roku 2000:


5.
Noc komety (Night of the Comet) – reż. Thom Eberhardt




4.
The Rocky Horror Picture Show – reż. Jim Sharman




3.
Empire Records – reż. Allan Moyle




2.
Kochiyama soshun – reż. Sadao Yamanaka



1.
Kong bu ji – reż. Kan-Cheung Tsang





Ponadto, 25 filmów (bez względu na rok powstania), które zdecydowanie było warto (kolejność przypadkowa):


- Rust and Bone (De rouille et d'os) – reż. Jacques Audiard
- Opiekunka (The Babysitter) – reż. McG
- Kung Fu Szał (Kung fu) – reż. Stephen Chow
- W ułamku sekundy (Aus dem Nichts) – reż. Fatih Akin
- Verónica – reż. Paco Plaza
- Zabicie świętego jelenia (The Killing of a Sacred Deer) – reż. Yorgos Lanthimos
- Anihilacja (Annihilation) – reż. Alex Garland
- Hostiles – reż. Scott Cooper
- Calibre – reż. Matt Palmer
- Na samym dnie (The Deep End) – reż. Scott McGehee, David Siegel
- Ghostland – reż. Pascal Laugier
- Zemsta (Revenge) – reż. Coralie Fargeat
- Trans (Trance) – reż. Michael Almereyda
- Izolacja (Isolation) – reż. Billy O'Brien
- Upgrade – reż. Leigh Whannell
- Cienie śmierci (Jittemai) – reż. Hideo Gosha
- May – reż. Lucky McKee
- Efekty (Results) – reż. Andrew Bujalski
- Stephanie – reż. Akiva Goldsman
- Zimna wojna 2018- reż. Paweł Pawlikowski
- Lilie wodne (Naissance des pieuvres) – reż. Céline Sciamma
- Cała zima bez ognia (Tout un hiver sans feu) – reż. Grzegorz Zgliński
- Mandy – reż. Panos Cosmatos
- Pod ciemnymi gwiazdami (Beast) – reż. Michael Pearce
- W szklanej klatce (Tras el cristal) – reż. Agustín Villaronga




Najlepsze seriale:


Twin Peaks sezon 3 (2017)


Rewelacyjny powrót Lyncha do kultowego miasteczka, tym trudniejszy z powodu stworzenia nie tyle kolejnego niezależnego sezonu, co bezpośredniej, płynnie łączącej się z poprzednimi dwoma sezonami i filmem kinowym, kontynuacji. Niesamowita jak na nasze czasy produkcja, dopiero teraz nabierająca pełniejszego kształtu. Trochę więcej w następnym poście.


One-Punch Man sezon 1 (2015)


Rewelacyjna zabawa z konwencją filmów superbohaterskich. Główny bohater całkowicie przełamuje schemat, w którym progres postaci stanowi siłę napędową serii. Opowieść rozpoczyna się od poinformowania widza, że Saitama jest niepokonanym herosem (z każdym przeciwnikiem wygrywa tytułowym jednym uderzeniem). Czy z takiego punktu wyjścia można coś ciekawego wykrzesać? Oj, można, ze znudzeniem i depresją egzystencjalną głównego bohatera na czele - a to dopiero początek. Z nieudawaną niecierpliwością czekam na 2 sezon zapowiadany na kwiecień bieżącego roku. Więcej tutaj.



Rozczarowanie roku:


Tomb Raider – reż. Roar Uthaug/Nine - Dziewięć (Nine) – reż. Rob Marshall

 

Nie mogłem zdecydować się, który z tych dwóch filmów bardziej mnie zawiódł, dlatego postanowiłem "uhonorować" obydwa. Poziomowi mojego zażenowania podczas seansu dorównywała jedynie moja złość na twórców za tak wierutny gwałt na inteligencji widza. Dwa modelowe przykłady bezczelności twórców chcących prawdziwe kino zastąpić błyszczącymi fajerwerkami. Trochę więcej tutaj i tutaj.

piątek, 14 grudnia 2018

Niewinność dziecka




Tytułową bohaterkę poznajemy podczas wykonywania zwyczajnych zajęć domowych. Budzi się, bawi ze swoimi nieodłącznym pluszowym żółwiem, przygotowuje śniadanie. Ot, zwykły dzień. Mieszka w domu jednorodzinnym, za oknami szumią drzewa, jest piękny słoneczny dzień. Gdy bohaterce przyjdzie ochota na koktajl, sięgnie po mikser elektryczny i po kolei doda potrzebne składniki: wodę, miód, mrożone owoce… Czegoś jednak brakuje. Okazuje się, że słoik z interesującą konfiturą znajduje się na zawieszonej wysoko półce. Niezrażona pojawiającą się przeszkodą Stephanie (Shree Crooks) sięga po upragniony składnik.


Nie byłoby nic dziwnego w działaniu bohaterki, gdyby nie jej wiek. Dziewczynka ma około jedenastu lat. W głowie widza pojawia się nieuniknione pytanie: gdzie są jej rodzice? Stephanie wspina się na dwie ustawione z książek wieże, jednak zbudowana podstawa jest niewystarczającej wysokości. Dziewczynka próbuje sięgnąć jak najwyżej wspinając się na palce, ale to wciąż za mało. Już prawie go ma, dotyka dłonią, jednak ostatecznie słoik wyślizguje się jej z ręki i rozbija na kuchennej podłodze. Nie zraża to bynajmniej bohaterki, która podnosi największą z rozbitych części i przesypuje do miksera pozostałe na niej owoce. Na domiar złego Stephanie wylizuje ostry kawałek słoika (już na sam widok ciarki przechodzą).


Cała scena zbudowana jest w taki sposób, aby widz identyfikował się z realnym zagrożeniem czyhającym na małą bohaterkę. Co, gdyby spadła? Co, gdyby nadepnęła na szkło swoimi gołymi stopami? Co, gdyby przecięła sobie język? I w końcu, co gdyby kawałki szkła zmieszały się z przesypywaną konfiturą? To jeszcze nic. Nerwy widza za moment wystawione zostaną na jeszcze większą próbę. Stephanie w końcu uruchamia mikser, ale z powodu użytych zamarzniętych owoców silnik urządzenia wciąż się zacina. Bohaterka naprzemiennie wciska przycisk włączania i wyłączania. Po kolejnym zacięciu nie wyłączając maszyny, wkłada do niej swoją małą rączkę i próbuje zamieszać niepoddające się zmiksowaniu owoce. Jako widzowie siedzimy obgryzając ze zdenerwowania paznokcie, obserwując, jak ręka Stephanie sięga coraz to głębiej i głębiej do wnętrza maszyny, której silnik w końcu rusza...


Z czym widz w filmie Stephanie (2017, reż. Akiva Goldsman) ma do czynienia? Podrzucane tropy kierują nas w stronę kina katastroficznego. Ale czy to wirus? Inwazja? Czy może siły nadprzyrodzone? Polecam nie czytać zbyt dużo na temat fabuły filmu, by mieć tym większą frajdę z odkrywania jej kolejnych elementów. Reżyser myli tropy, bawiąc się z widzem, starając się go jak najdłużej dezorientować i - trzeba przyznać - robi to w iście mistrzowski sposób. Pomimo odkrywania kolejnych kart, historia gmatwa się coraz bardziej, zmuszając nas do rewizji filmowych przyzwyczajeń. Nie powinno to dziwić, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że ci sami twórcy odpowiadają za scenariusz do innego świetnego filmu: Super Dark Times (2017, reż. Kevin Phillips), który nawet w większym stopniu opierał się na umiejętnym żonglowaniu konwencjami i zabawą z przyzwyczajeniami widza.


Strach widza w Stephanie wynika z całkowitego utożsamienia się z główną bohaterką dramatu. Dziewczynka ma tylko jedenaście lat, ale zachowuje się racjonalnie i odpowiedzialnie, a do tego jest niesamowicie odważna. Wszystkie ewentualne irracjonalne działania z jej strony położyć można na kanwę jej młodego wieku. Nie udałoby się to w pełni, gdyby młoda aktorka nie udźwignęła roli. Nietrudno sobie wyobrazić, jak łatwo było ją zepsuć zbytnią oszczędnością(apatią) lub dziecięcą nadekspresją. Shree Crooks wcielająca się w rolę Stephanie, potrafi swoją wersją "bezbronnego" dziecka uderzyć we właściwy punkt, co tym bardziej potęguje zaskoczenie pod koniec filmu, gdy zasłona tajemnicy opadnie.


Jedyny niedosyt jaki poczułem po seansie, dotyczył samego finału opowieści. Z jednej strony jest całkiem zadowalający, jednak biorąc pod uwagę wielość stopniowanego zaskoczenia jakie zaserwowali nam wcześniej twórcy, okazał się nie do końca satysfakcjonujący. Liczyłem jednak na więcej. Nie zmienia to oczywiście faktu, że Stephanie, pomimo tego, że właściwie nieznany, jest murowanym kandydatem do miana pozytywnego zaskoczenia roku.

sobota, 1 grudnia 2018

Na gorąco: Downrange /2017/ - reż. Ryuhei Kitamura




Szóstka bohaterów podróżuje samochodem po wyludnionych bezdrożach Ameryki Północnej. Ich wyprawa przerwana zostaje gwałtownie z powodu przebitej opony. Nieświadomi przyczyny usterki bohaterowie ochoczo zabierają się do naprawy. Jakież ogromne zdziwienie odmaluje się na ich twarzach, gdy z przebitej opony wydobędą pocisk z karabinu snajperskiego… W tle słyszymy strzał i od tego momentu akcja w filmie nabiera zawrotnego tempa. Pretekstowa fabuła pozwala reżyserowi przyglądać się zachowaniom bohaterów postawionych w nietypowej sytuacji. Oczywiście, nie mamy do czynienia z dramatem psychologicznym więc próżno doszukiwać się w nim pogłębianej analizy osobowej na miarę filmów Bergmana. Pomimo tego uważam, że i tak jest nieźle. Kitamura dobrze radzi sobie w obrębie małych (sześć osób) przestrzeni społecznych. Nieźle sprawdzającym się rozwiązaniem było połączenie struktury typowego dramatu bohaterów próbujących przetrwać za wszelką cenę, z elementami kina gore, przynależącego do horroru.


Łamie to przyzwyczajenia widzów tworząc odświeżający mix gatunkowy. Równie dobrze wyszło twórcom uśmiercanie bohaterów. Robią to bez zbędnego schematyzmu, tak by każdy kolejny zgon zaskakiwał. Dodatkowo nad całym filmem unosi się przyjemny zapach groteski. Na szczególne uznanie zasługuje przerysowana, ale tak bardzo prawdziwa, uwzględniając całość, scena, w której jeden z bohaterów, ryzykując życiem, ze spokojem malującym się na twarzy, zakrywa zdeformowaną przez kulę twarz swojej ukochanej. Romantyzm podciągnięty do ekstremum. Pod koniec filmu, gdy na scenę wkracza "brygada ratunkowa" reżyser jeszcze mocniej przykręca śrubę groteski fundując widzowi iście spektakularny finał. Jeżeli miałbym filmowi Kitamury coś do zarzucenia, to brak hamulca, który, by go powstrzymał przed "ostatnim strzałem". Psuje to trochę pozytywne wrażenie pozostające po tym, bądź co bądź, sprawnie zrealizowanym i szalonym thrillerze.
Ocena 6-7/10

wtorek, 20 listopada 2018

Pięść i krew





Plakat promujący Przychodzi po nas noc (The Night Comes for Us, 2018, reż. Timo Tjahjanto) w pełni oddaje specyficzny charakter filmu. Główny bohater spogląda prosto w oczy widzów. Widzimy go w planie średnim, z poobijanej twarzy sączy się stróżka krwi. Rysunkowy charakter plakatu stanowi nawiązanie do komiksu i filmów animowanych, w szczególności mangi i anime. Rozszerza to twórcom tolerancję na nierealność poszczególnych scen, a tym samym filmu jako całości. Filmy animowane przez ogół widzów traktowane są jak opowieści "drugiej kategorii" - takie mniej wymagające historyjki dla dzieci (ewentualnie młodzieży). Często w rysunkowych historiach narzeka się na logikę i trywialność opowiadanej historii. Przychodzi po nas noc, swoją pretekstową fabułą, doskonale wpisuje się w te ramy. Skonstruowany w taki sposób scenariusz daje pole do popisu mistrzowsko zrealizowanej choreografii walk.


W Przychodzi po nas noc pojedynki są niezwykle spektakularne. Daleko im do rzeczywistości, ale trudno mówić o realizmie w filmach tego typu. Uwidocznia się to najbardziej w częstym schemacie, w którym to pojedynczy bohater mierzy się z przytłaczającą liczebnie siłą przeciwnika. Trup ściele się gęsto na kształt potyczek Czarnej Mamby (Uma Thurman)  z Tarantinowskiego Kill Billa (2003, 2004).  Co prawda dzieło Timo Tjahjanto nie może pochwalić się tak dużą ilością przeciwników zabitych przez jedną osobę, jednak z pewnością przebija film reżysera Pulp Fiction (1994) w zakresie ukazywanej brutalności. W tym aspekcie twórcy poszli na tyle daleko, że już mały krok dzieli ich od splatter movie – horrorów, które niejako za cel obierają sobie dokładne ukazywanie najbrutalniejszych aktów przemocy. Z tego powodu na porządku dziennym mamy odcinane kończyny, miażdżone członki oraz wybebeszone flaki. Absolutnym majstersztykiem w tej kwestii jest scena walki trzech przedstawicielek płci pięknej. Dosyć napisać, że na jej zakończenie jedna z bohaterek widowiskowo odrywa sobie podcięty palec, podczas gdy jej przeciwniczka musi kontynuować starcie podtrzymując wypadające z jej rozciętego brzucha jelita. Przed oczami jako żywo stają sceny (oczywiście nie tak groteskowe) z Ichiego Zabójcy i to zarówno wersji papierowej, jak i filmowej.


W nowej produkcji Netflixa ogromną przyjemność sprawia obserwowanie pomysłowych sposobów filmowania starć pomiędzy oponentami. Najciekawszy polega na umieszczeniu kamery tuż za głową jednego z bohaterów (w tym przypadku głównego), dzięki czemu czujemy się jak uczestnicy walki, lub co najmniej niczym w grze akcji z gatunku FPS (first-person shooter).


Co do obsady, fani z  łatwością rozpoznają znane twarze z Iko Uwais, Joe Taslim na czele. Do pewnego stopnia pewne novum stanowi fakt, że Iko Uwais gra w tym filmie postać negatywną. Osobiście natomiast strasznie cieszę się z roli tajemniczej "operator" kreowanej przez uroczą Julie Estelle znanej widzom szerzej jako "pani młotek" z drugiej odsłony Raidu (Serbuan maut 2: Berandal, 2014, reż. Gareth Evans). Z chęcią obejrzę jakiś film z nią w roli głównej.


Nowy film Timo Tjahjanto, to festiwal przemocy ubrany w kostium, brawurowo zrealizowanego, kina "kopanego". Nie spodziewajmy się po nim logiki, czy też skomplikowanej fabuły. Miało być krwawo, widowiskowo, a czasem (często) mocno przerysowanie. Wszystko powyższe dostajemy w maksymalnych porcjach, dodatkowo zmieszane z kroplą efektów gore. Dobre, mocne kino!

piątek, 9 listopada 2018

Na gorąco: One! (Them!) /1954/ - reż. Gordon Douglas





Straszna ramotka, sympatyczna ale mało strawna dla kogoś, kto nie jest specjalnym entuzjastom filmów Sci-Fi z lat 50. Początkowo fabuła wciąga i nawet intryguje, niestety im dalej, tym gorzej. Szczególnie widoczne są niedostatki w zakresie scenariusza. Najbardziej irytuje brak wyraźnego głównego bohatera. Wprawdzie podjęto próby jego wykreowania ale zrobiono wszystko na opak. Początkowo pojawia się charyzmatyczny policjant, który całkiem umiejętnie dźwiga ciężar głównej postaci. Potrafimy się z nim utożsamić, a przez to kibicować jego poczynaniom. Niestety, w czasie trwania akcji pojawia się drugi męski bohater, pracownik FBI, który nie dość, że jest całkowicie pozbawiony charyzmy, to jeszcze budzi w widzach negatywne odczucia względem swojej osoby. Postać jest tak bezbarwna, że nawet przez myśl by mi nie przeszło, że to właśnie ją twórcy wybrali na głównego bohatera. Niestety, staje się to nad wyraz jasne, gdy nasz agent połączy swoje siły z partnerką.


W filmie, według przepisu, musiała pojawić się kobieta, dlatego twórcy wprowadzili postać pani naukowiec, która "snuje się" za głównym(i) bohaterem niczym zjawa (mając za zadanie zapewne stanowić przeciwwagę dla pojawiających się na ekranie, niemalże wyłącznie, męskich bohaterów). Oczywiście, gdy mamy już kobietę, to musi pojawić się również i uczucie, lub co najmniej jakieś symptomy romansu. Do naszej pani naukowiec twórcy nakazują, ku mojej rozpaczy, smalić cholewki bezbarwnemu agentowi FBI… A później było już tylko gorzej. Cała druga połowa filmu, w tym ten wątpliwej jakości romans, wydaje się być "szyta" od niechcenia na kolanie. Odniosłem wrażenie, że twórcy mieli fajny pomysł wyjściowy, jednak nie starczyło im inwencji twórczej, by go umiejętnie rozwinąć. Trochę szkoda bo obraz posiada świetny klimat i całkiem niezłe efekty specjalne (biorąc oczywiście pod uwagę lata w których powstał). Generalnie, film tylko dla entuzjastów.
Ocena 5/10

piątek, 26 października 2018

Na gorąco: Nine - Dziewięć (Nine) /2009/ - Rob Marshall




Film leżał od dłuższego już czasu (9 lat;) w mojej prywatnej "poczekalni filmowej", oczekując na swoją kolej (zapewne podświadomie spodziewałem się tego, co zobaczę, dlatego odkładałem seans). Niedawno nadarzyła się ku temu stosowna okazja i - muszę tak napisać - mam go już za sobą! Niestety, wszystkie obawy, które miałem względem filmu potwierdziły się. Podobną wydmuszkę, zrealizowaną na tak wielką skalę naprawdę „ze świecą szukać”. Co za sława, co za rozmach, co za blichtr. Niestety za tym wszystkim nie kryje się nic poza oklepanymi truizmami. W zamyśle całkiem ciekawy – musicalowa wersja Osiem i pół Felliniego (8 ½, 1963) – finalnie ociera się o śmieszność. Rozterki Guido (Daniel Day-Lewis) są tak płytkie, tak trywialne, że dorównują im jedynie teksty prymitywnie napisanych piosenek. Do tego elementu filmu mam zresztą największe zastrzeżenia. Czego jak czego, ale od musicalu wymagam piosenek na najwyższym poziomie – toż to w nich przecież tkwi jego serce. Po zrealizowaniu tak dobrego obrazu jakim był Chicago (2002), po Marshallu oczekiwałem czegoś więcej niżeli tekstów o klepaniu po tyłkach (nawet tak atrakcyjnych jak te należące do Penelope Cruz) i powierzchownych odniesień do Freudowskich teorii upatrujących powodów każdego dorosłego działania w dzieciństwie.


Nie jestem fachowcem ale w kwestii muzyki film również nie reprezentuje niczego nadzwyczajnego. Wystarczy napisać, że absolutnie żadna melodia nie zapisała się w mojej pamięci na dłużej. Natomiast, cóż tu mamy za obsadę: Daniel Day-Lewis i cały orszak gwiazd kobiecych m.in. Marion Cotillard, Judi Dench, Sophia Loren, Nicole Kidman, Kate Hudson, Fergie Duhamel.  Niestety, aż żal serce ściska, że główny bohater musi się zmagać z tak "płytką" rolą. Z kobietami jest nawet jeszcze gorzej. Aktorki pojawiające się w filmie wyglądają, ale zdecydowanie nie grają.  W sumie nie ma się czemu dziwić, gdyż grać tam nie ma czego. Na obronę napiszę, że w tym gąszczu nijakości broni się, rozbłyskująca na moment, rola Nicole Kidman. Niestety, tym dobitniej podkreśla to nijakość reszty obsady. Piękne buźki, nawet największych gwiazd kina, nie zastąpią solidnie napisanego scenariusza i dobrej realizacji. Może problem tkwił w moich rozbuchanych oczekiwaniach? Nie wiem. Nie mniej jednak uważam, że Marshall tym filmem popełnił jedno z największych rozczarowań w dziejach kina.
Ocena 3/10

piątek, 12 października 2018

W potrzasku






Debiutancki film Levan Bakhia 247°F (2011) był treningiem formalnym przed czymś poważniejszym. Kręcąc go reżyser przećwiczył sytuację, w której niewielka grupa (trzy-cztery osoby) funkcjonuje w warunkach izolacji przestrzennej. Test przeszedł pomyślnie więc wykorzystując przećwiczony schemat, zabrał się za rzecz o wiele poważniejszą. Jego nowy film Nagmi (znany szerzej pod nazwą Landmine Goes Click, 2014), to swoista wariacja na temat thrillera z podgatunku rape and revenge i kina zemsty.


W warstwie fabularnej mamy do czynienia ze spotykanym często schematem w obrębie którego amerykańscy turyści pałętają się po pustkowiach starego kontynentu. W pewnym momencie jeden z bohaterów następuje na minę lądową. Nie jest w stanie nic zrobić - znalazł się w swoistej pułapce. To wydarzenie wyłącza go (unieruchamia) z funkcjonowania w środowisku zewnętrznym. Cały ciężar działania zmuszona jest wziąć na swoje barki jego młoda koleżanka, próbująca desperacko mu pomóc. Czy w takiej sytuacji można jednak coś sensownego zrobić? Sami, pośrodku pustkowia, bez zasięgu telefonicznego, ogarnięci coraz to większą paniką? Po pewnym czasie na dwoje nieszczęśników przypadkowo natyka się jeden z miejscowych autochtonów. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że do bohaterów uśmiechnęło się szczęście. Czy aby jednak na pewno? W bardzo krótkim czasie okazuje się, że przybysz ma względem młodych Amerykanów własne plany, niekoniecznie związane z ratunkiem.


Opowiedziana przez Levan Bakhia historia mocno angażuje widza poprzez umiejętne zmuszenie go do utożsamienia się z bohaterami. Duży udział w tym ma bardzo dobrze nakreślona charakterystyka głównych postaci dramatu. Została ona tak skonstruowana, by z jednej strony im szczerze współczuć (sytuacji, w której się znaleźli), z drugiej strony jednak wyposażyć ich w takie niedoskonałości charakteru (zdrada uczuciowa najbliższych), pod którymi mogłaby się podpisać większość widzów. Całym sercem jesteśmy po ich stronie do tego stopnia, że ich osobista krzywda prawie nas boli. Oczywiście nie wolno zapominać o ich adwersarzu, który tak swoją postać poprowadził, by widzowie nie mieli żadnych wątpliwości, kto w przedstawionej sytuacji jest tym złym.


Przez cały seans film zdaje się być poprawny, niczym się niewyróżniający, jednak w ostatnim akcie nabiera głębszego i całkiem  niebanalnego sensu. Reżyser skupia się na dramacie rozgrywającym się w obrębie swoistej mikroprzestrzeni społecznej. We wspomnianym już 247°F, to pomieszczenie więziło bohaterów, w Nagmi bohaterowie działają, co prawda, na otwartej przestrzeni, jednak, poprzez warunki, które zostały im narzucone, duszniej jest niż w saunie z debiutu. Również podejmowana problematyka jest bardziej złożona. Reżyser tym razem mierzy się z fundamentalnym pytaniem o naturę zła, o jego zaraźliwość i powszechność, którą zauważyć można bez względu na narodowość czy pochodzenie. Na szczęście dla filmu nie poprzestaje on na typowym schemacie zbrodni i kary, tylko poszerza jego zakres o kolejny element nie pozwalając sobie na jednoznaczność i pozostawiając widza z niepokojem w sercu. W tego rodzaju filmach, to bardzo dużo.