czwartek, 23 marca 2017

W potrzasku




Muszę się przyznać, że najnowszy film Marcusa Dunstana, to dla mnie spore zaskoczenie. Po całkiem udanym The Collector (2009) reżyser "popełnił" jego kontynuację (The Collection, 2012), która z różnych względów zupełnie do mnie nie trafiła. To niepowodzenie nie wróżyło niczego dobrego na przyszłość. Postanowiłem się jednak nie zrażać i ochoczo usiadłem do seansu najnowszego dzieła reżysera, o tyleż dźwięcznym, co wielce sugerującym tytule: The Neighbour (2016). Do tej pory nie jestem w stanie uwierzyć w to, co miałem przyjemność zobaczyć. Różnica w jakości jest tak duża, że gdyby nie znajome elementy stylu reżysera, można by zacząć się zastanawiać, czy na pewno to on jest jego autorem.


Para kochanków: John  i Rosie (Josh Stewart i Alex Essoe) próbuje wyrwać się z otaczającej ich rzeczywistości. W przeddzień ich wymarzonego wyjazdu odwiedza ich tytułowy sąsiad. Od samego początku wizyty nieproszony gość jest widocznie zauroczony Rosie. Następnego dnia John wyjeżdża wykonać ostatnie zlecenie. Po powrocie do domu swojej kobiety już nie zastaje. Rozpoczyna poszukiwania, które w naturalny sposób kierują go w stronę posesji sąsiada.


Od pierwszych minut nowego filmu Marcusa Dunstana uderza w widza atmosfera niepokoju, która wręcz przytłacza. Czujemy się jak w pułapce, tak, jak powinni czuć się bohaterowie, niczym zaszczute zwierzęta. Wzorcowo stopniowane napięcie nie pozwala na chwilę nieuwagi. Reżyser realizuje modelowo zasadę: boimy się tego, co niewidoczne. Napięcie jednak nie znika nawet wówczas, gdy wszystkie karty filmowej zagadki zostają już odkryte. Dzieje się tak za sprawą sprytnego zabiegu. Mianowicie, wszystko co dzieje się na ekranie, obserwujemy zza pleców głównego bohatera, ukrytego o kilka metrów od oprawców. Widz przyjmuje niebezpieczeństwo podglądacza, który w każdej chwili może zastać odkryty. W ten sposób twórcy nie pozbywają się napięcia, tylko przesuwają go z elementu niewiedzy, w stronę strachu o moment dekonspiracji bohatera. Dodatkowo cała fabuła bardzo mocno trzyma się  logiki i ciężko doszukać się sytuacji nierealnych. Cieszy to bardzo zważywszy, że poprzednie filmy reżysera nie były od tego mankamentu zupełnie wolne (a przecież za scenariusze filmów Dunstana odpowiadają zawsze te same osoby).


Po raz trzeci w filmie reżysera podziwiać można wyczyny Josha Stewarta. Dobrany do wymagań roli został wprost idealnie. Gra bardzo oszczędnie, tłumiąc wszystkie zbędne środki aktorskiej ekspresji. Partnerująca mu Alex Essoe godnie dotrzymuje mu kroku. Nie do końca zadowoliła mnie natomiast kreacja aktorska tytułowego "sąsiada", będąca nie tyle źle zagraną, co niewłaściwie zinterpretowaną - zbyt mało "demoniczną" (zważywszy na cechy charakteru i sytuację, których był inspiratorem). Na szczęście jest to jedyny drażniący element w filmie.


Jako reżyser Marcus Dunstan w swoich filmach jest bardzo monotematyczny. Można powiedzieć, że prześladują go zamknięte przestrzenie szczególnie obcych domostw. Tak było w poprzednich filmach, tak jest i teraz. Za swój cel reżyser obiera takie przedstawienie zaistniałej sytuacji, by atakowała zmysły widzów przez cały czas trwania seansu.  Zamierzenie reżysera w filmie The Neighbour zostaje w pełni osiągnięte, dlatego z jednej strony zastanawiam się, a z drugiej, już nie mogę doczekać, kolejnego jego filmu, nawet jeżeli ponownie chciałby swoich bohaterów zamknąć na obszarze złowrogiej posesji.

piątek, 10 marca 2017

Nienawistna czwórka – luty






Sweetwater /2013/ - reż. Logan Miller

Zaczyna się schematycznie i raczej sztampowo. Dwójka podróżników zostaje "ukarana" za zjedzenie owcy pasącej się na terenach należących do kościoła Proroka Josiaha (Jason Isaacs). Jest to pierwszy z dwóch głównych wątków w filmie. Okazuje się jednak, że podróżnicy powiązani byli z lokalnym politykiem, dlatego do ich poszukiwania wysłany zostaje Szeryf Jackson (brawurowy Ed Harris). Drugi wątek w filmie skupia się wokół pary osadników: Sary (January Jones) i Miguela (Eduardo Noriega). Oni również popadają w konflikt ze wspomnianym Prorokiem. Próby strzeleckie pary zakochanych jasno pokazują, kto się będzie dla fabuły bardziej liczył. Początkowo film trąci trochę sztampą oferując widzom ograne schematy i przewidywalne rozwiązania. Przykładowo, czarny charakter jest na wskroś przesiąknięty złem, jak stereotypowy fanatyk religijny. To trochę nudzi.


Na szczęście, po czterdziestu minutach na ekranie robi się o wiele bardziej ciekawie. Główna bohaterka bierze sprawy w swoje ręce ratując tym siebie i cały film. January Jones wyśmienicie odnajduje się w roli nawróconego "upadłego anioła", który na powrót zmuszony jest przyodziać "kurewskie" ciuchy. Jej zemsta jest niczym wentyl, przez który ulatuje cała sztampowość filmu. Będzie bezwzględnie, pomysłowo, zabawnie ale również brutalnie i stylowo. Najważniejsze jednak, że w końcu niesztampowo. Finał, od bezwzględnego "wykończenia" żon Proroka, po samą jego śmierć, w dobrym stylu podsumowuje zmagania bohaterki. Sweetwater nie jest może dziełem wybitnym ale całkiem udanie zaspokaja apetyt widza złaknionego nowych historii prosto z dzikiego zachodu.
Ocena 6-7/10 (dodatkowy punkt za January Jones)





Bridget Jones 3 (Bridget Jones's Baby) /2016/ - reż. Sharon Maguire

W sumie, to nie wiem czego się spodziewałem, bo efekt był raczej łatwy do przewidzenia. Film jest tak sztuczny, jak sztuczna jest twarz głównej bohaterki po ingerencji chirurga plastycznego. Lekkość części pierwszej filmu uleciała zupełnie pozostawiając tylko cmentarzysko wyświechtanych, wszystkim od dawna dobrze znanych, mało śmiesznych skeczy. Szkoda mi było Colina Firtha, który próbował usilnie być trochę mniej drewniany niż zakłada tego scenariusz (niestety, przykro mi chłopie – nie udało ci się).


Zdaję sobie sprawę, że nie ja byłem targetem dla twórców filmu, ale nawet moja kobieta, z którą (i dla której) to obejrzałem, częściej ziewała niżeli się śmiała. Panuje ostatnio moda na wskrzeszanie hitów sprzed kilkunastu lat. W tym przypadku jednak przypomina to trochę reanimację pacjenta, który od dawna powinien leżeć w grobie. Na domiar złego końcówka filmu  pozostawia otwartą drogę do kontynuacji – strach się bać.
Ocena 4/10





Oczy matki (The Eyes of My Mother) /2016/ - reż. Nicolas Pesce

Film Nicolasa Pesce należy do kategorii debiutów, które wprost uwielbiam. Niepokojący, drapieżny, bezkompromisowy, pomysłowy, a co najważniejsze, świeży. Takie filmy zawsze ogląda się z uczuciem rosnącej ekscytacji. Czuć w nich młodzieńczy żar, który przeważnie udziela się widzom (mi z pewnością). Gatunek, temat oraz wykonanie dawały realne szanse na walkę o miano filmu roku. Tak, gdzieś w połowie seansu mój podziw dla filmu urósł tak wysoko, że stamtąd można już było tylko spaść… co się w sumie stało. Co prawda, dzieło młodego reżysera nie rozbija się całkowicie, jednak swój "idealny" kształt bezpowrotnie traci.


Ostatni z trzech rozdziałów o wymownej nazwie "rodzina" rozczarowuje. Stanowi on tyleż naturalną, co schematyczną konsekwencję działań bohaterki. Razi to tym bardziej, gdyż początkowe dwa rozdziały na tę przypadłość nie cierpiały, a wręcz przeciwnie. Nie zmienia to, rzecz jasna faktu, że Oczy matki stanowią jedną z ciekawszych propozycji dla amatorów oryginalnych pomysłów z pogranicza zmysłowej ekstremy i dlatego pomimo tej końcowej nieznacznej wpadki, gorąco polecam.
Ocena 7/10





Doktor Strange (Doctor Strange) /2016/ - reż. Scott Derrickson

Pomimo mojej dużej sympatii do komiksowych superbohaterów, postać Strangea nigdy mnie jakoś szczególnie nie interesowała. Seans filmu utwierdził mnie tylko w moich przekonaniach. Jest jakiś lekarz, jakiś wypadek, jakieś zaklęcia, jakiś czarodziej… kiepsko to wyglądało już w papierowym pierwowzorze. Duży ekran jeszcze bohatera "zmniejszył". Najbardziej drażni brak jakiejkolwiek inwencji twórczej.


Ostała się tylko sucha kalkulacja producentów, która dokonuje "wycinki" dzieła wedle niezmiennej od lat, wcześniej przygotowanej, formy. Nic nie zaskakuje, nic nie ekscytuje, nic nie zachwyca i, co najgorsze, nic nie bawi. Całkowita pomyłka porównywalna z wpadką Ant-Mana (reż. Peyton Reed, 2015), który w ostatecznym rozrachunku oferował widzom jednak trochę więcej. Mam pretendenta do miana najsłabszego filmu roku.
Ocena 4/10

czwartek, 23 lutego 2017

Na krawędzi człowieczeństwa



Już pierwsza scena filmu (oddawanie moczu przez jednego z oprawców) jednoznacznie określa, z jakim obrazem będziemy mieli do czynienia – plugawym, brudnym, złym. Pretekstowa fabuła z kolei, zmusza nas do przepuszczeń, że jest to kolejny film, którego jedynym zadaniem jest testowanie granic wytrzymałości widzów na pokazywaną przemoc. Jednak czy na pewno?


W dużej ubojni świń ma miejsce przerażający proceder. Dwójka "filmowców" i jeden "specyficzny" aktor kręcą film. Za cel filmowcy obrali poszukiwanie oryginalnych sposobów na zakańczanie życia człowieka i uchwycenie go przy pomocy kamery. Jest to spektakl przemocy, w którym dokonuje się bestialskich czynów na przypadkowo pojmanych ludziach.


Rzeźnik (The Butcher, 2007) w reżyserii Kim Jin-wona ma co najmniej dwa interesujące aspekty. Pierwszy z nich wiąże się z próbą eksploracji najbardziej mrocznych zakątków osobowości człowieka. By tego dokonać, reżyser stawia swoich bohaterów w sytuacji skrajnie beznadziejnej, bez jakiegokolwiek wyjścia. Co pozostanie z naszego heroizmu, naszego męstwa, gdy zestawimy go z niewyobrażalnym bólem i przeświadczeniem o nieuchronności ludzkiego losu? Czy nasza chęć oddania własnego życia za cudze, nawet za to najbardziej ukochane, wytrzyma próbę z piłą mechaniczną odcinającą nasze ukochane członki? Jak silny jest człowiek? Czy tak zwane męstwo rodzaju ludzkiego, to tylko stek wyuczonych kłamstw, które łatwo jest podtrzymywać jedynie w sytuacji stabilnego bezpieczeństwa? Czy zasady życia stadnego zatriumfują nad dobrem osobistym? Twórcy w prezentowanych opiniach są tak samo bezwzględni, jak bezwzględne bywa życie, które nie dla wszystkich zakończy się happy endem.


Drugim ciekawym aspektem w filmie jest skoncentrowanie uwagi reżysera na nas - widzach. Obraz kręcony jest nie tyle z perspektywy uczestników "rzezi", co widzów, dla których ten proceder jest rejestrowany, dlatego to, co obserwujemy na ekranie, pochodzi nie tyle z "oczu" bohaterów, co z obiektywów kamer założonych im na specjale kaski. Twórcy Rzeźnika świadomie oddzielają obraz od występujących w nim postaci wysyłając nam, (widzom) jasny komunikat: "to wy, pośrednio odpowiadacie za to, co się dzieje na ekranie, ponieważ to wszystko tworzone jest dla zaspokojenia waszych "wybrednych", "chorych" gustów.


Również pokazywana przemoc jest ściśle przez twórców kontrolowana. Z jednej strony film jest bardzo okrutny, a poprzez to brutalny, z drugiej jednak, przeważająca część aktów przemocy odbywa się poza obiektywem kamery. Dlaczego tak się dzieje? Przecież zadaniem tego filmu miało być epatowanie przemocą. Może kamera przyjmuje punkt widzenia "głównych bohaterów" dramatu, widzimy to, co oni widzą? Problem w tym, że właśnie nie do końca. Co prawda, twórcy przez większą część ekranowego czasu pokazują świat "oczyma" bohaterów, jednak w określonych przypadkach przyjmują punkt widzenia samych oprawców (filmujących kamerą "z ręki" swoje wyczyny).


Ta ich niekonsekwencja skłania mnie do innej interpretacji, która kieruje nas ponownie w stronę zabawy z nami, widzami. Decydując się na ten film większość widzów będzie wiedzieć, z czym może mieć do czynienia – przemoc połączona z drastycznymi scenami tortur. Do pewnego stopnia jako widzowie oczekujemy tego. Jednak, pomimo faktu, że obraz rzeczywiście jest brutalny, największa ilość scen przemocy odbywa się poza zasięgiem naszego wzroku. Słyszymy (dzięki mikrofonom zamontowanym przy kaskach) co dziej się z współtowarzyszami niedoli naszych bohaterów, lecz tego nie widzimy. Jak gdyby reżyser bawił się z naszymi oczekiwaniami mówiąc: - Ja wiem jak bardzo pragniecie zobaczyć co się stało, jednak to ja, reżyser, zdecyduje kiedy to nastąpi. Pragnienie obejrzenia bezwzględnej makabry zostanie zaspokojone w dwóch wyjątkowo mocnych scenach (z których jedna – wydłubywanie oka nożem – może widzem naprawdę wstrząsnąć).


Rzeźnik to kino niszowe i bardzo specyficzne. Nie trafi do wielu, jednak tych, którzy spróbują się z nim świadomie zmierzyć, jest w stanie bardzo pozytywnie zaskoczyć. Formuła mockumentu pozwala twórcom na intensyfikację zagadnień związanych z granicami ludzkiego heroizmu, który w ostatecznym rozrachunku zawsze zamienia się w walkę o przetrwanie określonej jednostki. Szokowo refleksyjne kino.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Nienawistna czwórka – styczeń






Too Late /2015/ - reż. Dennis Hauck

Pierwsze wrażenie z filmu nieodparcie kieruje mnie w stronę Pulp Fiction z jego niechronologiczną fabułą, błyskotliwym słowotokiem oraz umiejscowieniem akcji w środowisku półświatka przestępczego. Obrana przez debiutanta, Dennisa Haucka forma filmu jest ważna, jednak nie przysłania jego treści. Reżyser posiłkuje się nią, by przedstawić swoją własną, autorską wizję kina. Narażę się na posądzenie o bluźnierstwo ale napiszę, że w warstwie fabularnej Too Late ma do zaoferowania więcej niż wspomniany film twórcy Kill Billa.


Konieczność zmierzenia się z nieuchronnością podjętych decyzji, połączona z autorefleksją przybierającą formę "kina w kinie" sprawiają, że przyjemność z seansu można czerpać po wielokroć. Dodatkowo, każde pojedyncze sceny, to takie małe, oddzielne "arcydziełka". Za przykład niech posłuży druga scena, z rewelacyjnie "odjechaną" w swojej frustracji postacią żony sprawcy całego zamieszania, Janet (Vail Bloom). Bohaterka bardzo długo balansuje na krawędzi, by w pewnym momencie "wybuchnąć", biorąc sprawy we własne ręce (dla czystej przyjemności czerpanej z oglądania tej sceny, zaraz po skończonym seansie obejrzałem ją ponownie).
Ocena 8/10





Zemsta - opowieść o miłości (Fuk sau che chi się) /2010/ - reż. Ching-Po Wong

Film, który "boli" i to bynajmniej nie z powodu realistycznie przedstawianych scen przemocy (chociaż i tych nie brakuje), tylko przez realność opowiadanej historii. Widz ma świadomość, że to co obserwuje na ekranie mogło się przydarzyć prawie każdemu. Obraz wywołuje realne wzburzenie graniczące z niechęcią przed ponownym seansem. Równoważone to jest, na szczęście, wyśmienicie zrealizowaną stroną wizualną filmu. Bardzo precyzyjna reżyseria, wsparta zdjęciami oraz pomysłowymi rozwiązaniami inscenizacyjnymi (auto "atakujące" bohatera) powodują, że film Ching-Po Wonga zapada na długo w pamięć. Pełnię satysfakcji z seansu zaburzały mi jednak dwa mankamenty. Pierwszy, mniej istotny, wynika z faktu, że brakowało mi fabularnego sygnału pozwalającego odczuć desperację bohatera.


Pokazany zostaje moment skrajnego "szaleństwa"(brutalne morderstwa dokonywane w stanie zbliżonym do furii), który zestawia się z całkowitym spokojem (wręcz tkliwa scena wyjścia bohatera z więzienia). Twórcy nie raczą nas niczym pomiędzy. Mogę wyobrazić sobie stan bliski szaleństwa, w którym znajdował się bohater, lecz nie "wyczułem" momentu kiedy on w bohaterze zaczął przybierać na sile. Ten mankament jest jednak niczym w porównaniu z wręcz fatalnym zakończeniem. Przedostatnia scena, z "dziećmi", jest zupełnie niepotrzebna, bo całkowicie nieuzasadniona. Odnosi się wrażenie, że twórcy pragnęli postawić przysłowiową "kropkę nad i" kończąc film mocnym akcentem, który wymyślony jak "na poczekaniu" wydaje się groteskowo odstawać od całości. Na szczęście, wymienione "zgrzyty" zasadniczo nie psują całości tego całkiem  dobrego, bo świeżego (szczególnie w kwestiach formalnych) kina zemsty.
Ocena 7/10 (plus za formę oraz minus za końcówkę)




Wolverine (The Wolverine) /2013/ - reż. James Mangold

Film Wolverine ma szczęście podobne do tego, które przytrafiło się Człowiekowi ze stali (Man of Steel, 2013, reż. Zack Snyder). W obu przypadkach poprzednie obrazy serii sięgnęły poziomem niemalże dna, dlatego, by zrobić coś lepszego niewiele trzeba było się napracować. W drugim solowym filmie o rosomaku, twórcy punktują u mnie już samym pomysłem na przeniesienie akcji do Japonii - nawiązując tym do klasycznego już komiksowego dzieła Chrisa Claremonta i Franka Millera. Drugim widocznym plusem filmu jest postać Viper, w udanej interpretacji Swietłany Chodczenkowej (niestety nie do końca przez twórców wykorzystanej). Cała reszta filmu, mówiąc delikatnie, nie zachwyca. Co z tego, że mamy "jako takie" sceny akcji (kolejny niewykorzystany element), co z tego, że na ekranie dużo się dzieje, nie jest to wszystko w stanie przysłonić mielizn scenariusza, braku konsekwencji i logiki niektórych sytuacji oraz wszechobecnego schematyzmu.


Dodatkowo, Hugh Jackman w roli Wolverinea jest najwyżej zadowalający i zupełnie nie pojmuję wszystkich tych ochów i achów, które zewsząd na niego spływają (ta jego "samczość" zalatuje mi trochę sztucznością). Takie pozycje jak Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (Captain America: The Winter Soldier, 2014, reż. Anthony Russo, Joe Russo) a przede wszystkim Strażnicy Galaktyki (Guardians of the Galaxy, 2014, reż. James Gunn) bardzo wysoko umieściły poprzeczkę w obrębie komiksowych ekranizacji o superbohaterach, dlatego pozycje co najwyżej znośne w żaden sposób nie sprzyjają satysfakcji, a tym bardziej, nie zaspokajają wysokich oczekiwań widza.
Ocena 4/10





Sorgenfri /2015/ - reż. Bo Mikkelsen

Lubię filmy, które starają się być szczere w ukazywaniu rzeczywistych powodów postępowania człowieka. Nie słodzą, nie podlizują się widzom, nie usprawiedliwiają poczynań bohaterów, a wręcz przeciwnie, wskazują "paluchem", nie przymrużywszy nawet jednego oka, na rzeczywiste postępowanie człowieka. Pod płaszczykiem kolejnej historii na temat epidemii groźnego wirusa dostajemy wykład na temat niezbywalnych priorytetów, które odkrywa się w sytuacji krytycznej. To, że w takim momencie przeważy instynkt przetrwania zaskoczeniem nie jest.


Nie liczy się mąż, przyjaciel, ogólnie: człowiek, a pozostaje zawsze i tylko JA!(może to niewygodne dla naszego komfortu psychicznego, ale raczej oczywiste, a co ważniejsze, zrozumiałe). Interesujące natomiast jest zestawienie tego instynktu (wydaje się, że nie do przełamania) czemuś, co w określonej sytuacji może wziąć nad nim górę. Tym instynktem jest prokreacja. Chuć jest w stanie przebić się przez wszystko (nawet przez śmierć matki, której ciało leży tuż obok kopulujących). Dla tego pierwotnego instynktu człowiek jest w stanie rzucić na szalę dosłownie wszystko - łącznie z dobrem własnym i swojej najbliższej rodziny (rodzice, rodzeństwo). Ludzie to rzeczywiście "wyjątkowy" gatunek jest.
Ocena 7/10

piątek, 27 stycznia 2017

Broniąc się przed zatonięciem






Tytułowe Trzy małpy (Uc maymun, reż. Nuri Bilge Ceylan, 2008) stanowią negację japońskiego przysłowia: "Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego" i oznaczają akceptację, a poprzez to przyzwyczajenie się, do otaczającego nas zła.


Na wiejskiej drodze dochodzi do wypadku samochodowego. Sprawca wypadku, polityk będący w przeddzień ważnych wyborów, ucieka. Pragnąc uniknąć odpowiedzialności składa intratną ofertę swojemu szoferowi Eyupowi (Yavuz Bingol). Za wzięcie na siebie winy, oferuje mu pokaźną sumę pieniężną. Gdy Eyup odsiaduje w więzieniu karę, jego żona Hacer (elektryzująca Hatice Aslan), udaje się do polityka po obiecane pieniądze - mają one pomóc w znalezieniu pracy jej synowi Ismaelowi (Ahmet Rifat Sungar). Dochodzi do zdrady małżeńskiej, którą odkryje syn. Po dziewięciu miesiącach z więzienia wychodzi Eyup...


Nuri Bilge Ceylan jest w swoim filmie dla bohaterów bezwzględny. Od początku seansu, na oczach widzów, bohaterowie wpadają coraz głębiej w otchłań zła. Wypadek samochodowy nie jest bezpośrednią przyczyną ich degeneracji, bo ona rozpoczęła się już dawno temu. Bohaterowie wydają się złamani przez los. Snują się po ekranie niczym rośliny, które bardziej wegetują niżeli żyją. Reżyser nie wskazuje bezpośrednio na przyczynę takiego stanu. Rzuca tropy, które to widz ma samodzielnie zinterpretować i poukładać w całość.


Z całej trójki bohaterów  najbardziej cierpieć wydaje się najmłodszy z nich, czyli syn, Ismael. Żyje w całkowitym zawieszeniu, nie mogąc znaleźć pracy, gdyż tak naprawdę wcale jej nie szuka. Całymi dniami leży w łóżku pogrążony w myślach, a wieczorami włóczy się po okolicy z kandydatami na przyszłych przestępców. To on wpływa na matkę, by udała się po obiecane przez polityka pieniądze, to on, pośrednio, odpowiada za jej romans (tak sądzi). Ostatecznie, kto wie, czy nie z tego powodu właśnie, to on dopuści się największego przewinienia. W jego zachowaniu dostrzec można cierpienie osoby winnej, która z jarzmem winy nie może sobie poradzić. Nawiedzają go senne mary, w których to widzi postać chłopca, swojego młodszego brata, który zmarł w skutek utonięcia (wskazuje na to ociekające wodą ciało chłopca). Sposób, w jaki ukazywany jest zmarły, utwierdza widzów w przekonaniu, że wina za jego śmierć leży po stronie Ismaela (ciemna postać pojawiająca się znienacka, wpatrująca się, milcząca, z podkrążonymi prawie zapadniętymi oczyma - niczym dręcząca zmora z zaświatów).


Drugim bohaterem, któremu ukazuje się zmarły, jest jego ojciec Eyup. W jego przypadku jednak, te "spotkania" mają zupełnie inny wydźwięk. Młodszy syn przychodzi do ojca z widoczną tęsknotą, przytulając się do niego w czasie snu. Ma to raczej charakter nostalgii niżeli prześladowań. Przywiązanie ojca do zmarłego dziecka obrazuje scena, w której po wyjściu z więzienia Eyup pierwsze, co uczyni, to uda się na grób zmarłego. Tylko on oczyszcza nagrobek, a przez jego tkliwość przemawiają wciąż żywe ojcowskie uczucia. Niewykluczone, że to właśnie ta tragedia sprawiła, iż bohater stał się nieczuły dla pozostałych członków rodziny.


Postacią, która zmarłego dziecka nigdy nie widzi, i nie jest to bynajmniej przypadkowe, jest Hacer, żona Eyupa. Bohaterka pragnie żyć dalej, dla niej nadal ważne jest tu i teraz, a nie tylko bolesna przeszłość. To ona decyduje się na romans, to ona w groteskowej desperacji będzie chciała trzymać się tego nowo utworzonego związku (nawet za cenę śmieszności). W tym przypadkowym zrywie uczucia bohaterka widzi wyrwanie się z marazmu syna i całkowitego braku zainteresowania męża. Hacer poprzez romans poczuje, że żyje i żyć dalej pragnie. Nie ma jednak szczęśliwych zakończeń, jest dramat, który przygniecie rodzinę – ponownie. Podniesie się ona z tego ciosu, ale cóż z tego, że silniejsza, jeżeli jednocześnie nieodwracalnie pokaleczona moralnie.


Uwielbiam filmy Ceylana, bo jest niczym Dostojewski i Tołstoj z ich prozą realistyczno-psychologiczną. Jego filmy często odbierane są jako nudne, bo przepełnione statycznymi obrazami, długimi ujęciami, skupionymi na bohaterach lub na poszczególnych elementach krajobrazu. To w tych długich ujęciach jednak reżyser próbuje dotrzeć do psychologicznej prawdy na temat poszczególnych postaci. Elementami krajobrazu posiłkuje się, odwołując do symboli, które w toku narracji stają się uniwersalne - jak wrak statku w Uzaku (2002), będący fizycznym odbiciem stanu ducha bohatera. Jak to zwykle bywa u Ceylana, w zgodzie z treścią filmu podąża jego forma. Cały obraz filmowany jest w niskim kluczu, by czerń i wszelkie odcienie szarości obrazowały stan psychiczny bohaterów. Wszechobecny marazm wręcz wylewa się z ekranu. Do tego wszystko jest przepięknie kadrowane i sfotografowane, co tylko potęguje dojmującą "przyjemność" czerpaną z seansu.


Na początku filmu Eyup patrzy w stronę latarni morskiej, która się świeci – wskazuje kierunek. Jeszcze można postąpić właściwie, jeszcze można wyrwać się z kręgu zła. Gdy po jakimś czasie  ma okazję ponownie popatrzeć na drogowskaz morski, żadne światło już się nie pali. Otchłań zaczyna pochłaniać bohaterów, czego ostatecznym symbolem będzie burza na końcu filmu. Podczas jej trwania nasi bohaterowie nie mogą liczyć na żadną taryfę ulgową. Latarnia morska od dawna się nie świeci, a wraki ludzkie czekają tylko na to, by rozbić się o skały własnych uczynków. Piękne kino.

piątek, 13 stycznia 2017

Nienawistna czwórka – IV kwartał 2016






Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (Rogue One: A Star Wars Story) /2016/ - reż. Gareth Edwards

Jakoś mnie ten film nie przekonał. Nigdy nie byłem specjalnym fanem sagi, ale pomimo to pamiętam, że od zawsze obcowanie z nią wiązało się ze swoistą magią - co rusz wskrzeszaną na mocy rycerzy Jedi. Niczym czarodzieje ze "świecącymi laskami", w pojedynkę potrafili przeciwstawić się całym oddziałom wroga. To robiło wrażenie (szczególnie, gdy człowiek był młodszy).


W najnowszej odsłonie historii tego elementu zabrakło. Co prawda, dużo się dzieje, ale odarte to zostało z tej specyficznej atmosfery, której nie był w stanie przywrócić nawet epizodyczny występ Lorda Vadera, spektakularnie rozprawiającego się z żołnierzami rebelii. Gdyby nie on, a w filmie nie wspominano by o sytuacjach znanych z główną linią sagi, mielibyśmy kolejny, zwyczajny i niczym się niewyróżniający film Sci-Fi.
Ocena 6/10





Człowiek-scyzoryk (Swiss Army Man) /2016/ - reż. Daniel Scheinert, Dan Kwan

Jeden z bardziej, jeżeli nie najbardziej, odjechanych filmów ubiegłego roku – przynajmniej jeżeli chodzi o kino mainstreamowe. Obawiam się, że gdyby w rolach głównych nie zagrali rozpoznawalni, dobrzy aktorzy, film przeszedłby zupełnie bez echa. Bo czy film o przyjaźni rozbitka z pierdzącymi zwłokami (sic!) może być intrygujący? Otóż, okazuje się, że jak cholera! Gdy już przebrniemy i przyzwyczaimy się do "wierzchniej" warstwy filmu okaże się, że po pierwsze, mamy do czynienia z całkiem mądrą historią, a po drugie, i szczególnie ważne dla widzów, obraz jest bardzo sprawnie opowiedziany.


Można film krytykować ale nie można zaprzeczyć, że dobrze został poprowadzony, za co odpowiada bardzo sprawna reżyseria. Człowiek-scyzoryk, to szczególny film drogi, w którym bohater grany przez Paula Dano odkrywa, istotę życia. Za kompana swojej "podróży" obiera zwłoki, bo nikogo innego obrać mu nie pozostaje. Groteska miesza się z symboliką, a komizm sytuacji równoważony jest dramatem człowieka, który w swoim życiu wszystko udawał i którego życie toczyło się obok niego - zupełnie jak gdyby był żywym trupem. Zaprawdę piękna i odważna rzecz.
ocena 7-8/10





Deadlock /1970/ - reż. Roland Klick

Niesamowicie ogląda się obraz, w którym rekwizyty filmowe zaburzają ramy gatunku ustanowione przez muzykę, klimat, sposób filmowania, konstrukcję postaci oraz opowiadaną historię. Widz zadaje sobie pytanie: skąd w tym westernie znalazła się ciężarówka i dlaczego ci kowboje biegają z karabinem maszynowym? Cała reszta świata przedstawionego w filmie funkcjonuje w zgodzie z ramami wyznaczonymi przez gatunek - western.


Film praktycznie bez fabuły ogląda się jak rasowy thriller:). Pesymizm i zanik jakichkolwiek więzi międzyludzkich triumfuje na ekranie zgodnie z panującymi standardami na przełomie lat 60-70. Wszyscy bohaterowie są tego jaskrawą wizytówką. Pieniądz jest bogiem wyznaczającym standardy w stosunkach międzyludzkich. Niczym zwierzęta, bohaterowie kierują się jedynie instynktem, jednak nie przetrwania, a posiadania.
Ocena 8/10





Dae-ho /2015/ - reż. Hoon-Jung Park

W oczach mieszkańców wioski, władca gór – tygrys, jest niczym bóstwo, które sprawuje władzę nad swoim terytorium. Nic więc dziwnego, że w sytuacjach konfliktowych (polowanie) traktowany jest nie jak zwykłe dzikie zwierzę, a inny, mądry myśliwy. Do momentu, gdy człowiek nie wchodził mu zbytnio w drogę, nie musi się go obawiać.


Zawsze jednak znajdzie się zgraja ignorantów pragnąca "przewrócić" istniejący porządek rzeczy. Tygrys, to sprawnie opowiedziana historia, która udanie balansuje pomiędzy ckliwością i przerysowaniem graniczącym ze śmiesznością (odebranie wilkom syna głównego bohatera). Dobrze opowiedziany mainstream.
Ocena 7/10

środa, 28 grudnia 2016

Podsumowanie filmowe A.D. 2016








Jak co roku, moja ubiegłoroczna złota jedenastka:)


Film roku:


1.
Kanako w krainie czarów (Kawaki) – reż. Tetsuya Nakashima


Kanako jako film atakuje widza znienacka, rozdzierając go od środka na maluteńkie kawałki. To jednak nie wszystko. Po zakończonym seansie reżyser sprawia, że zabieramy się za składanie tego co się rozpadło, bo w głębi duszy chcemy, by zrobił to z nami ponownie. Najnowszy obraz Nakashimy jest mi w sposób szczególny bardzo bliski. Moim faworytem nie mógł zostać film zwyczajnie rewelacyjny, tylko taki z którym się identyfikuję całkowicie, dając mu prawo do określania cząstki mnie samego. Tak właśnie jest z tym filmem. Niedługo postaram się "skrobnąć" o nim coś więcej. Prawdziwa moja perła tego roku.


2.
Aż do piekła (Hell or High Water) – reż. David Mackenzie


Skrajnie dekadencki współczesny antywestern z całkiem sporą nutką nostalgii. Fajny komentarz na temat ułudy współczesnego American dream. Film wygrany niedopowiedzeniami i symboliką dychotomicznych odniesień do współczesnego świata. Dwóch braci: jeden przyduszony przez beznadzieję losu, posiadający jednak potencjał, by otaczający świat dostosować do siebie. Natura poskąpiła mu podwalin społecznych (bogatej rodziny) rewanżując się jednak intelektem i rozwagą. Drugi z braci miał mniej (więcej?) szczęścia. Natura wyposażyła go w lekkomyślność i porywczy charakter, co w zestawieniu z biedą kieruje bohatera na drogę występku. Znamienne jest, że nie próbuje on walczyć ze "złym" losem, tylko poddaje się mu dobrowolnie. Nie ma do nikogo żalu, po swojemu próbuje czerpać z życia jak najwięcej. Pomimo, iż jego los jest z góry przesądzony nie przestajemy mu kibicować, bo reprezentuje ten specyficzny determinizm straceńców, którzy odchodzą na swoich własnych warunkach. W jego postaci wybrzmiewają echa Billy the Kida jednego z ostatnich prawdziwie wolnych kowboi. Mackenzie podobnie jak Packinpah stworzył film będący hymnem ku wolności, która nie zna granic, ale już zawsze będzie ograniczana.


3.
The Neon Demon – reż. Nicolas Winding Refn


Uwielbiam Refna! Uwielbiam go za jego niepokorność, za niestrudzone i ciągłe kroczenie własną ścieżką. Po niezwykle popularnym i docenionym (słusznie) filmie Drive (2011) duża cześć widzów oczekiwała, że jego kolejny obraz będzie podobny. Refn zadecydował inaczej i zrealizował świetny (przez wielu niedoceniony) Tylko Bóg wybacza (Only God Forgives, 2013). W tym roku premierę miało jego najnowsze dzieło: Neon Demon (2016). Nie łudźmy się, na wzrost miłości ze strony widzów reżyser liczyć nie może (ewentualnie, wręcz odwrotnie;). Na szczęście, wygląda na to, że ma to w dalekim poważaniu. Neon Demon to swoista hybryda, w której twórca udanie łączy ze sobą różne gatunki i formy filmowego wyrazu. Czego tutaj nie ma? Thriller, obyczaj, film muzyczny, erotyczny i surrealistyczny z elementami horroru i dramatu. Refn "maluje" swoje najnowsze dzieło używając groteski, symboliki, a nawet kiczu, który jednak nigdy nie ociera się o tandetę. Mało skomplikowana treść podporządkowana jest formie wprowadzającej widza w stan bliski transowi. Piękne, hipnotyzujące doznanie.


 4.
 Goldstone – reż. Ivan Sen
 


Dużą siłę nowego filmu Ivana Sena stanowi jego niepozorność. Na początku mamy wolno rozwijający się kryminał z przebijającymi się wątkami rasowo etnicznymi. Nim się widz jednak zorientuje kończy w opowieści o poszukiwaniu własnej tożsamości, i to zarówno tej plemiennej, jak również prywatnej – osobistej. Dwóch stróżów prawa: jeden pozbawiony złudzeń, błądzący w swoich poszukiwaniach, drugi zagubiony do granic naiwności. Ich spotkanie otworzy im oczy na prawdę. Już dawno motyw poszukiwania siebie nie był w kinie tak przejmująco spokojny. Warto wspomnieć o porażającej pięknem i wymownością scenie finałowej.


5.
Zimowy sen (Kıs Uykusu) – reż. Nuri Bilge Ceylan


Filmy Ceylana od zawsze kojarzyły mi się z prozą klasyków rosyjskiej literatury realistyczno – psychologicznej. Echa dzieł Dostojewskiego, a przede wszystkim Tołstoja, wybrzmiewają w  fabułach reżysera, który we wszystkich swoich filmach koncentruje się na podobnych tematach: samotność, brak zrozumienia, niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem. Nie inaczej jest w jego najnowszym dziele. Zimowy sen jest o letargu, w którym tkwi główny bohater i to zarówno w sferze zawodowej (pisarz) jak i prywatnej (małżeństwo z o wiele młodszą kobietą). Oczywiście nie wyczerpuje to bogactwa treści filmu, w którym wszyscy bohaterowie borykają się ze swoimi własnymi demonami. Podobnie jak rosyjscy mistrzowie pióra, Ceylan jest specjalistą w dogłębnych opisach stanów emocjonalnych bohaterów. Nieśpiesznie (ktoś mógłby napisać, że ślamazarnie), krok po kroku, element po elemencie, rozkłada ich postępowanie na drobne części doskonale opisując w ten sposób istotę ich osoby. Niezwykle refleksyjny film.


6.
Zwierzęta nocy (Nocturnal Animals) – reż. Tom Ford


Po rewelacyjnym debiucie (A Single Man, 2009) Tom Ford czekał ze swoim drugim obrazem siedem lat. To dobrze, gdyż miał czas zrealizować go jak należy. Jego nowy obraz zachwyca wizualnie, ale również i narracyjnie. Opowiadane historie przeplatają się w filmie niebezpiecznie nie pozwalając widzom na komfort pewności, a to niepokoi. Współgra to z tematyką, która oscyluje pomiędzy poszukiwaniem własnej tożsamości, kruchością wyobrażeń na temat przyszłości, koniecznością stanowienia w życiu ciągłej ułudy i w końcu, przypowieścią o roli sztuki we współczesnym świecie. Dodajmy do tego muzykę, scenografię i najwyższy poziom aktorstwa (mi osobiście najbardziej przypadła do gustu rola Michaela Shannona) i pomimo, iż film ustępuje miejsca debiutowi, robi to z gracją i bez żadnego wstydu.


7.
Wada ukryta (Inherent Vice) – reż. Paul Thomas Anderson


Przyznaję się, iż urzekła mnie w filmie postać Shasty Fay, rewelacyjnie wykreowana przez Katherine Waterston. Bohaterka jest tajemnicza, zmysłowa, delikatna ale równocześnie drapieżna i wyzwolona seksualnie. Nietrudno zrozumieć głównego bohatera, który zupełnie traci dla niej głowę. Wada ukryta, to obraz o facecie, który w czasach obyczajowego wyzwolenia tęskni za kajdanami uczuciowej zależności (nie tylko, oczywiście). Kolejny z mojego zestawienia obraz wygrany nutą nastroju i klimatu, tym razem za czasami swobody, którą wyznaczali sobie sami ludzie. Joaquin Phoenix niesamowity.


8.
Destrukcja (Demolition) – reż. Jean-Marc Vallee


Jake Gyllenhaal = zwierzę sceniczne. Więcej tutaj.


9.
Zjawa (The Revenant) – reż. Alejandro Gonzalez Inarritu


Jeden z moich dwóch (pierwszym był nowy Mad Max) faworytów do Oscara 2016. Film którego fabuła na poziomie symboliki urasta do rozmiarów arcydzieła na temat konfrontacji człowieka ze światem, w którym potrzebne jest stać się tytułową zjawą, by mierzyć się z prawdziwymi bestiami (i bynajmniej nie chodzi o niedźwiedzia). Reżyser świadomie sięga po szeroki wachlarz schematycznych sytuacji zestawiając je w oryginalny sposób. Dzięki temu powstaje samodzielny, niebanalny i wielce nieschematyczny twór o potędze ludzkiej determinacji. Piękne kino.


10.
Trigger Man – reż. Ti West


Pomimo, że w tym roku miała swoją premierę najnowsza, całkiem niezła produkcja Ti Westa (In a Valley of Violence), to jednak na miejsce w moim rankingu zasłużył jego starszy i o wiele bardziej skromny obraz. Zrealizowana po amatorsku historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, dzięki niezaprzeczalnemu talentowi młodego reżysera, zyskuje wydźwięk uniwersalnej opowieści na temat prawdziwej natury człowieka. Więcej tutaj.





Jak co roku pyszna "wisienka na torcie"

11.
31 - reż. Rob Zombie



Co by to był za mój ranking filmowy, gdyby zabrakło w nim horroru. Nowy film Roba Zombie to jedno z większych zaskoczeń tego roku. Obraz wykalkulowany na okrucieństwo, bezczelnie kłania się widowni skutecznie mamiąc ją swoimi sztuczkami (miejmy nadzieję, że ujrzymy wersję uncut). Zombie bawi się pokazując "fucka" Uciekinierowi (The Running Man, 1986, reż. Paul Michael Glaser) oraz survival horrorom z epoki obyczajowej swobody. Masa fajnych scen i sporo "przegięć", które zebrane razem dają świetny efekt. Duży plus za końcówkę oraz za Sheri Moon Zombie, którą ogląda się wyśmienicie. Pięknie chora zabawa. 


 Dodatkowo 5 najlepszych filmów sprzed roku 2000




Yojutoshi – reż. Yoshiaki Kawajiri



Deadlock – reż. Roland Klick



Buster Bokserem (Battling Butler) – reż. Buster Keaton



Melodia śmierci (White of the Eye) – reż. Donald Cammell



Poszukiwacze (The Searchers) – reż. John Ford






Ponadto, 25 filmów, które było zdecydowanie warto:



- Bardzo poszukiwany człowiek (A Most Wanted Man) – reż. Anton Corbijn
- Witaj w klubie (Dallas Buyers Club) – reż. Jean-Marc Vallee
- Home Sick – reż. Adam Wingard
- Naprawdę straszna śmierć (A Horrible Way to Die) – reż. Adam Wingard
- Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (The Witch) – reż. Robert Eggers
- Zniknięcie Eleanor Rigby: Oni (The Disappearance of Eleanor Rigby: Them) – reż. Ned Benson
- Inny (Altered) – reż. Eduardo Sanchez
- New World (Shin-sae-gye) – reż. Hoon-jeong Park
- Cloverfield Lane 10 (10 Cloverfield Lane) – reż. Dan Trachtenberg
- Żywot Matsuko (Kiraware Matsuko no Issho) – reż. Tetsuya Nakashima
- Kill Command – reż. Steven Gomez
- X-Men: Apocalypse – reż. Bryan Singer
- Stąd do wieczności (From Here to Eternity) – reż. Fred Zinnemann
- Mroźne piekło (Nam-geuk-il-gi) – reż. Pil-Sung Yim
- Haker (Blackhat) – reż. Michael Mann
- Trzy małpy (Uc maymun) – reż. Nuri Bilge Ceylan
- In the Deep – reż. Johannes Roberts
- Green Room – reż. Jeremy Saulnier
- Nie oddychaj (Don't Breathe) – reż. Fede Alvarez
- Paprika (Papurika) – reż. Satoshi Kon
- Służąca (Ah-ga-ssi) – reż. Chan-wook Park
- Człowiek z blizną (Scarface) – reż. Howard Hawks
- The Butcher – reż. Kim Jin-won
- In a Valley of Violence – reż. Ti West
- Schneider kontra Bax (Schneider vs. Bax) – reż. Alex van Warmerdam




Najlepszy serial


Banshee (wszystkie 4 sezony)


Pierwszy i drugi sezon bardzo dobry, jednak to co twórcy wyczyniają w trzecim sezonie, przechodzi wszelkie wyobrażenie. Tak wiele, tak dobrze i w tak krótkim czasie chyba jeszcze nigdy nie dostałem. Wieloskładnikowy "sos" układa się w spójną całość windując poprzeczkę dla kolejnych podobnych seriali. Żałuje, że producenci nie pozwolili "żyć" produkcji jeszcze przez dwa sezony (jak to było pierwotnie zamierzone). To co otrzymałem z powodzeniem jednak wystarcza by wspiąć się na czołowe miejsce mojego serialowego rankingu. Serialowa petarda!


Najlepszy miniserial


Mały Quinquin



Chyba nikogo nie dziwi fakt, że znalazłem tutaj miejsce dla Dumonta? Gdybym nie widział go w odcinkach na Canal +, spokojne byłby w mojej dziesiątce jako jedna z najlepszych fabuł tego roku. Więcej tutaj.


Najprzyjemniejszy (relaksujący) serial


Suits (sezony 1-3)

Świetni bohaterowie (szczególnie: Harvey, Louis no i oczywiście Donna), fakt iż praktycznie cała akcja filmu o prawnikach dzieje się poza salami sądowymi, oraz brak sztucznych wyrzutów sumienia, gdy bronią drani w zamian za grubą kasę. Do tego lekkość opowieści, humor oraz całkiem sprawnie poprowadzona fabuła sprawiają, że naprawdę nie sposób się dobrze przy nim nie bawić.


Największy serialowy zawód

Black Sails (sezon 2)


Po obejrzeniu pierwszego sezonu naskrobałem wcale pochlebną recenzję o tym serialu. Powstrzymałem się (na szczęście) przed zamieszczeniem jej na blogu, bo sądziłem, że kolejne sezony dodadzą mi argumentów na poparcie mojej pozytywnej oceny… I rzeczywiście dodały argumentów, ale w przeciwną stronę. Black Sails to niechlubny przykład jak zepsuć całkiem dobrze zapowiadający się serial. Twórcy "rozmienili" się na drobne, które nijak nie pasują do całości (przynajmniej do tej z pierwszego sezonu). Postaram się rozwinąć moją myśl i coś więcej na ten temat napisać w najbliższym czasie.



Rozczarowanie roku

Most szpiegów (Bridge of Spies) - reż. Steven Spielberg
 


 Nic na to nie poradzę, że ostatnie dokonania Spielberga kompletnie do mnie nie trafiają. Jego nowy, nominowany do Oskara film z ulubionym przez reżysera Tomem Hanksem jest wyjątkowo słaby. Takich cukierkowych bzdur nie widziałem już od dawna. Spielberg od zawsze poruszał się w rejonach mainstreamu ocierającego się o sztampę, jednak tutaj już się o nią nie ociera, tylko jest nią przepełniony na wskroś. Schematyzm i amerykańska flaga powiewająca nad poczynaniami bohatera, patos, ckliwość i masa naiwności czynią seans zupełnie niestrawnym. Reżyser Szczęk (Jaws, 1975) stworzył wyjątkową wydmuszkę, która pokolorowana jest zgrabną formą za którą jednak nic nie stoi. Żenująco banalny film.


Ponadto, 25 największych rozczarowań:


- Lost River – reż. Ryan Gosling
- Niezwyciężony Superman (All-Star Superman) – reż. Sam Liu
- Brooklyn – reż. John Crowley
- Jego regeneracja (His Regeneration) – reż. Gilbert M. 'Broncho Billy' Anderson
- Hellboy - Miecz Burz (Hellboy Animated: Sword of Storms) – reż.     Phil Weinstein
- Obsesja zemsty (Tiempo sin aire) – reż. Andrés Luque, Samuel Martín Mateos
- John Rambo (Rambo) – reż. Sylvester Stallone
- Kung Fu Panda 3 – reż. Jennifer Yuh, Alessandro Carloni
- Skarbiec (The Trust) – reż. Benjamin Brewer, Alex Brewer
- Rekinado (Sharknado) – reż. Anthony C. Ferrante
- Kompleks (Kuroyuri Danchi) – reż. Hideo Nakata
- Łowca i Królowa Lodu (The Huntsman: Winter's War) – reż. Cedric Nicolas-Troyan
- Moja krew – reż. Marcin Wrona
- Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice) – reż. Zack Snyder
- Marauders – reż. Steven C. Miller
- Książę Persji: Piaski czasu (Prince of Persia: The Sands of Time) – reż. Mike Newell
- Elita zabójców (The Killer Elite) - reż. Sam Peckinpah
- Fantomas – reż. Andre Hunebelle
- Murder Party – reż. Jeremy Saulnier
- Dziki cel (Wild Target) – reż. Jonathan Lynn
- Mechanik: Konfrontacja (Mechanic: Resurrection) – reż. Dennis Gansel
- Hotel zła III (Fritt vilt III) – reż. Mikkel Brænne Sandemose
- Trolle (Trolls) – reż. Mike Mitchell
- Inferno – reż. Ron Howard

 - Kraina jutra (Tomorrowland) – reż. Brad Bird