niedziela, 9 czerwca 2019

Na gorąco: Perfekcja (The Perfection) /2018/ - reż. Richard Shepard




Już od samego początku film mi się nie spodobał. Niczego szczególnego nie mam mu do zarzucenia, ale w wielu miejscach po prostu drażni niczym drobne kamyczki wpadające do sandałów. Może i nie jest to wina samych butów, ale na coś odpowiedzialność trzeba zrzucić. I tak, pierwszy i zarazem bardzo znaczący "kamyczek", to gra głównej bohaterki. Nieudolność Allison Williams w sytuacjach kryzysowych, wymagających szczególnej ekspresji aktorskiej, drażni na tyle, by wybić z zaangażowania seansem. Inni aktorzy również nie prezentują wyjątkowych umiejętności aktorskich ale przynajmniej, w porównaniu z główną bohaterką, nie drażnią.


W filmie mamy dwa "duże" zwroty akcji, które, co prawda, może i nieźle podkręcają historię, ale w ogólnym rozrachunku, w stosunku do tego co zwiastują, mocno zawodzą. Szczególnie drugi twist, pomimo całej swojej okropności, co do istoty zdarzenia (pedofilia) rozczarowuje. Apetyt został rozbudzony na wiele więcej. Również motywacja popychająca bohaterkę do działania, w konsekwencji którego następuje pierwszy zwrot akcji, z psychologicznego punktu widzenia, "chwieje się w posadach". Takie ekstremum, którego uzasadnieniem ma być nieludzkie traktowanie, a ostatecznie i wybudzający szok, którego doznała bohaterka podczas terapii w zakładzie psychiatrycznym. Mając wszystko powyższe na uwadze również i finałowy, wspólny koncert dwóch pań, pachnie zbytnim przerysowaniem. Niepotrzebna znaczeniowo, kropka nad „i” dla tej całej groteski.


Natomiast bardzo podobał mi się pomysł całkowitego oszukania widzów poprzez wprowadzenie takich rozwiązań narracyjnych, które nie tyle przeszkadzają, co uniemożliwiają wcześniejszą orientację w zawiłościach fabuły. Reżyser wodzi za nos widzów niczym bezwzględny klaun ślepców. Dobrze również wyszło bardzo krótkie, acz sugestywne zarysowanie postaci głównej bohaterki (retrospekcje opieki nad matką). Jej relatywizm charakterologiczny uczłowiecza ją bardziej niż wszystkie późniejsze działania. Szkoda, że zaprzepaszczone to zostało przez tak kiepską interpretację aktorską.
Ocena 5/10

środa, 8 maja 2019

Gdy budzi się zwierz



 

Ośmioro dzieci uratowanych z obozu Gross-Rosen znajduje tymczasowe schronienie w opuszczonym dworku pośrodku lasu. Pomimo odzyskanej wolności, nie czują się bezpieczne. Hitlerowscy niedobitkowie, rosyjscy "oswobodziciele" oraz swobodnie biegające, wytresowane do zabijania, głodne psy, to tylko niektóre z ich nowych problemów. Odcięte od świata zewnętrznego dzieci, bez pożywienia i wody, staną w obliczu jeszcze poważniejszego zagrożenia – ich samych.


Wilkołak (2018, reż. Adrian Panek) już na wstępie opowieści oferuje widzom interesujący punkt wyjścia. Reżyser nie tylko interesuje się samym pokazaniem powrotu do zdrowia fizycznego, a przede wszystkim psychicznego, bohaterów, ale również zderzeniem ze sobą ich zmienionych, powykrzywianych przez realia obozu koncentracyjnego, zezwierzęconych charakterów. Zagłębia się w osobowość małych dzieci, czyli w umysły jeszcze nieukształtowane, w umysły, których socjalizacja została przewrócona do góry nogami. Do tej pory dla bohaterów normą były zwyczaje obozowe. Co się stanie, gdy tak ukształtowane umysły nagle uwolni się z pętających je oków terroru? Oczywistym jest, że spróbują dostosować się do nowej sytuacji. Jednak i to ostatecznie nie interesuje reżysera, ponieważ po wyciągnięciu bohaterów z jednej traumy (obóz koncentracyjny), momentalnie postanawia wrzucić ich w drugą (zaszczuci przez psy), całkiem podobną (zamknięci i zastraszeni) ale w szczegółach zupełnie odmienną (brak bezpośredniej zewnętrznej kontroli, a oprawca to zwierz). Kto stanie się katem, a kto ofiarą? kto pętającym, a kto oswobodzicielem? Czy egzystencję ludzką sprowadzić można do tak prosto brzmiących dychotomii? Dzieci to ludzie, co prawda jeszcze nie w pełni ukształtowani, ale już ludzie. Zewnętrzne bodźce (sytuacje) mogą sprawić, że w niektórych jednostkach może próbować obudzić się bestia. Czym dla "prawdziwych" wilkołaków, jest pełnia, tym dla dzieci w filmie stanie się wstyd, odrzucenie, zazdrość, zawiść… Szczególnie, gdy za plecami ciążą na nich doświadczenia wiadomej przeszłości.


Nowy film Panka błędnie odczytywany jest jako horror. To baśń, która nie chce nią być, niesamowitość zamknięta w ramy szarej rzeczywistości. Reżyser powstrzymuje się przed nachalną symboliką pozostawiając wszystko w gestii wyobraźni widza (tudzież dziecięcych bohaterów filmu). Balansowanie pomiędzy realizmem a iluzorycznym obrazem świata jest konceptem zamierzonym i udaje się dzięki zestawieniu ze sobą dwóch, pozornie wykluczających się, bardzo istotnych elementów opowiadanej historii. Klimat, zdjęcia, miejsce akcji, główni bohaterowie i ich zwierzęcy adwersarze pozwalają na wprowadzenie do filmu tej, tak bardzo przez wszystkich recenzentów podkreślanej, aury niesamowitości. Las, opuszczony dworek, częste panoramy, nastrojowa muzyka, dziecięcy bohaterowie wszystko to odrealnia film nadając mu fantastyczny blask. Natomiast owo zakotwiczenie historii w twardej rzeczywistości odbywa się na poziomie samego scenariusza. Nie dopuszcza on żadnych udziwnień, żadnych nawet symbolicznych (jak sny, czy wyobrażenia) odniesień do konwencji horroru (na ekranie nie będzie nam dane zobaczyć żadnego "prawdziwego" wilkołaka). I tak oto forma celnie spiera się z treścią, co fajnie koreluje ze sobą, gdy uświadomimy sobie fakt, że przecież przedstawiany jest nam świat widziany oczyma dziecka.


Podczas jednaj rozmowy z reżyserem wyszło, że najpierw planował zrobić horror na miarę zachodnich animal attack. Nawet jedna wersja scenariusza była w taki sposób napisana. Po jakimś czasie jednak przyszła refleksja (podobno  sam Andrzej Wajda czytając tę wersję scenariusza zwrócił uwagę, że przecież, ostatecznie te zwierzęta nie są niczemu winne) i z jednowymiarowego horroru film awansował na poziom niejednoznacznego kina antywojennego. Odważnego, ale nieprzekraczającego granic dobrego smaku i kto wie, czy nie najciekawszego w polskim kinie ostatnich lat.

środa, 24 kwietnia 2019

Od teorii do praktyki




Otis (Asa Butterfield) to szesnastoletni chłopak, lubiący swój szkolny status, przez wszystkich ignorowanego, nieśmiałego i trochę zdziwaczałego samotnika. Jego jedynym przyjacielem jest czarnoskóry gej Eric (Ncuti Gatwa). Uczęszczają wspólnie do angielskiej szkoły średniej, która wypełniona jest po brzegi, jak wszystkie szkoły średnie, nastolatkami nabuzowanymi niespożytą chucią. Otis w kwestiach seksu jest wyjątkowy. Z jednej strony, z powodu wstrętu do jakichkolwiek działań w tym zakresie (nie może się nawet onanizować), odstaje od rówieśników, z drugiej jednak, merytorycznie przewyższa ich w sposób znaczący. Dzieje się tak z powodu matki bohatera Jean (Gillian Anderson) - seksterapeutki prowadzącej prywatną praktykę. Otis na co dzień żyje problemami pacjentów matki, chcąc nie chcąc, słyszy ich wyznania i podświadomie je analizuje. Do tego okazuje się, że sam posiada umiejętności docierania do ludzi z problemami. Niespodziewanie jego "umiejętności" wychodzą na jaw, a bezbarwny żywot szkolny kończy się wraz z propozycją niepokornej Meave (Emma Mackey). Od teraz Otis będzie udzielał porad seksualnych dla sfrustrowanych seksualnie rówieśników.


Od samego początku w serialu Sex Education (2019) czuć przyjemny powiew kina z lat 80. i 90. Usłyszymy to w ścieżce dźwiękowej oraz w licznych odwołaniach, jak w oglądanych przez bohaterów filmach (Narzeczona dla księcia [The Princess Bride, 1987, reż. Rob Reiner]), specyficznym zachowaniu (taniec dyrektora po szkole), czy też w rysie charakterologicznym postaci. Twórcy w ramy oldskulowego kina młodzieżowego wtłoczyli temat, który nigdy do tej pory w taki sposób nie był prezentowany. Na naszych oczach przesuwa się granica pokazywania seksualności i to, co było jeszcze nie do pomyślenia w - dzisiaj już kultowym - serialu Beverly Hills, 90210 (1990-2000), w Sex Education staje się obowiązującą normą. Najważniejsze jednak, że udaje się to twórcom bez odwoływania do chamskiej groteski, jak to miało miejsce w American Pie (1999, reż. Chris i Paul Weitz). Seksualność nastolatków została w Sex Education oswojona. Wyolbrzymiona, to fakt, ale bez zbędnego przerysowania.


Pomimo - na pierwszy rzut oka - schematycznych postaci, serial żyje bohaterami. Powielane wzorce zostają do pewnego stopnia naruszone poprzez wprowadzenie drobnych rozbijających je elementów. Schemat zachowania bohaterów wpisany zostaje w ramy innej (podobnej) rzeczywistości społecznej, w której uwypukla się odmienne problemy. Tchnie to ożywczą świeżość w znaną formułę. Najciekawszą bohaterką - z tego co czytam, nie tylko w moim mniemaniu - jest Meave. Łączy ona w sobie wiele cech postaci z różnych filmów młodzieżowych. Jest zbuntowana, niepokorna, wyuzdana, inteligentna, atrakcyjna i ze sporą dozą tajemniczości. Do tego ma charyzmę, która przyciąga wzrok widza. Jest jakby z dwóch światów. Wzięta z całkiem innego serialu, jednocześnie doskonale pasując do tego (najbliżej jej bodajże do Katariny Stratford z Zakochanej złośnicy [10 Things I Hate About You, 1999, reż. Gil Junger]).


Wszędobylskie, rzucające się w oczy schematy fabularne łagodzone są przyjaznym podejściem do bohaterów. Dodatkowo, w swoim wyzwoleniu seksualnym, twórcy nie zapomnieli o uczuciu. Bardzo umiejętnie oddzielają kwestie seksu, które bohaterowie stawiają na ostrzu noża, od miłości. Dlatego seks jest przez nich uprawiany (lub przynajmniej go pragną), a miłości wciąż poszukują - nawet wówczas, gdy się do tego wprost nie przyznają (Meave). Dużą rolę w atrakcyjności serialu odgrywa fakt, iż pomimo odwoływania się do amerykańskiego kina młodzieżowego, jego twórcami są Anglicy. Wygląda na to, że dzięki temu mamy fascynację i "fanowskie uczucie" zamiast samouwielbienia i "pożerania własnego ogona" dla pieniędzy.


Pierwszy sezon Sex Education jest bezpretensjonalny i wydaje się nie rościć praw do bycia czymkolwiek więcej poza dobrą zabawą. Mnie kupił całkowicie, czego dowodem niech będzie fakt, że gdy obejrzałem ostatni odcinek natychmiast rozpocząłem poszukiwania informacji o ewentualnej, wówczas jeszcze niepewnej, kontynuacji. Dobra wiadomość została niedawno potwierdzona i pootwierane wątki uzyskają swój ciąg dalszy w drugim sezonie. Jedyne, co człowieka smuci, to fakt, że nastąpi to dopiero za rok. Ja czekam.

piątek, 12 kwietnia 2019

Na gorąco: Wędrowałam z zombie (I Walked with a Zombie) /1943/ - reż. Jacques Tourneur





Film Torneura imponuje przede wszystkim pięknymi kadrami. Kamera w istnie malowniczy sposób obrazuje Frances Dee wydobywając z niej spokojne piękno.Na szczęście strona wizualna filmu nie jest jego jedyną zaletą. Powstały na fali popularności horrorów z lat 30 obraz przybliża tematykę praktyk Voodoo. Nie tyle jednak sam kult intryguje, co zestawienie go z postacią zombie. Ikoniczna już dzisiaj postać, w żadnym stopniu nie przypomina znanego współczesnym widzom, żądnego ludzkiego mięsa, bezmyślnego monstrum spopularyzowanego przez Georga Romero  w Nocy żywych trupów (Night of the Living Dead, 1968). W filmie Torneura zombie wyglądają bardziej jak lunatycy wędrujący w otępiałym transie lub jak chorzy pacjenci szpitala psychiatrycznego.


Co najważniejsze jednak obraz zombie zaproponowany przez reżysera nie dość, że nie przeszkadza, to wręcz intryguje. We współczesnej kulturze zombie obecni są wszędzie: w filmach, serialach, komiksach, grach komputerowych i książkach. Ich złowrogi wizerunek mocno się w głowach widzów utrwalił, dlatego powrót do inaczej definiowanego ich obrazu tchnie w film ożywczą świeżość. Wprawdzie w Wędrowałam z zombie mało jest "rasowego" horroru, ale mamy za to fajny klimat i nie najgorszą historię. Natomiast postać grana przez Frances Dee jest największą zaletą filmu podporządkowującą sobie całą uwagę widza i chociażby dla niej warto.
Ocena 7/10