piątek, 11 sierpnia 2017

Nienawistna czwórka – lipiec






Tuż przed świtem (Just Before Dawn) /1981) – reż. Jeff Lieberman

Bardzo podoba mi się w tym filmie zakończenie. Kobieta zyskuje status "przewodnika stada", podczas ewidentnej i nieprzypadkowej niemocy mężczyzny. Wyprawa do leśnej głuszy, która stanowi podstawę fabularną filmu, krystalizuje osobowość bohaterów. Pewny siebie i swojego statusu mężczyzna zostaje poniżony, a obawiająca się wszystkiego kobieta (często z racji przyjętej roli społecznej), odkrywa w sobie pokłady odwagi. 


Znamienne jest, że bohaterka w ostatecznym starciu z przeciwnikiem, nie szuka oparcia w mężczyźnie, bo wie, że nie może na niego liczyć (feministki pieją z zachwytu;). Ten odcięty od cywilizacji skrawek dzikiego świata odsłania pierwotne instynkty człowieka. Pomimo pewnych uproszczeń psychologicznych (przemiana głównej bohaterki), Tuż przed świtem, to całkiem zgrabnie opowiedziany survival horror z "odmieńcami" w roli psychopatów.
Ocena 7/10





Biała dziewczyna (White Girl) /2016/ - reż. Elizabeth Wood

Tego, czego z całą pewnością filmowi odmówić nie można, to intensywność. Widz czuje się jakby był w samym środku bagna, które główna bohaterka nazywa swoim życiem. Niestety, poza dusznym i przytłaczającym klimatem, film nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Historia realistyczna ale w żadnym względzie nie oryginalna. Tytułowa White Girl, jako antybohaterka, której zachowanie w dużej mierze odpowiada za sytuacje których jesteśmy świadkami. Hymn na temat niesprawiedliwości pośród ogólnego zepsucia, wydaje się być przesadzony, bo nazbyt intensywny. Przez cały seans nie opuszczało mnie wrażenie banalności. Niby wszystko jest na swoim miejscu ale jakieś takie wtórne.


Natomiast, zdecydowanym atutem filmu jest sama główna bohaterka. Aktorka bardzo przekonująco kreuje postać, która pod maską delikatnej, na pierwszy rzut oka nieporadnej i niewinnej dziewczyneczki z dobrego domu, kryje wyuzdanie, hedonistyczne podejście do życia, narkomanie oraz brak samokontroli i jakiegokolwiek odpowiedzialności za własne czyny. Leah (Morgan Saylor), to taki modelowy zepsuty bachor, który korzysta ze swojej powierzchowności, by cokolwiek nie zrobić, zawsze spaść na cztery łapy. Film nie jest zły, ale brakuje mu ognia i siły, które powinny cechować debiut.
Ocena 6/10





Powrót ślepej śmierci (El ataque de los muertos sin ojos) /1973/ - reż. Amando de Ossorio

Pierwsza część cyklu o ślepych zombie broniła się trzema atutami: 1) bardzo dobrze zrealizowaną pierwszą sceną zabójstwa dokonaną przez templariuszy, 2) pomysłem na zombie jeżdżących końmi, oraz 3) atrakcyjną bohaterką (która, niestety staje się pierwszą ofiarą zombie). Łudziłem się, że reżyser, i zarazem scenarzysta, poprawi się w drugie odsłonie serii. Na próżno. Powrót ślepej śmierci nie stanowi progresu, i jest bardziej regresem opowieści o przeklętych templariuszach. Ma się wrażenie, że twórca uznał, że skoro z pierwszą częścią się udało, to dlaczego by nie spróbować tego powtórzyć? Problem polega na tym, że koncentruje się jedynie na odtwórczych powtórzeniach nie oferując nic ponadto.


Powoduje to u odbiorcy dziwne wrażenie Deja vu, tak jak w pierwszej scenie zabójstwa, w której bohaterka postępuje identycznie jak jej odpowiedniczka z części pierwszej serii (wyskakuje przez okno, wsiada na konia i ucieka). Niestety brakuje tej scenie klimatu, no i urodziwej aktorki. Reszta filmu, to już tylko większe, lub mniejsze idiotyzmy scenariuszowe niewsparte nawet przez cień napięcia wynikającego z zaistniałej sytuacji. Trzecia część sagi rozgrywa się podobno na statku. Całkiem dobry pomysł. Ciekawe mnie tylko jak bardzo reżyser i to będzie w stanie zepsuć;)
Ocena 3/10





Wonder Woman /2017/ - reż. Patty Jenkins

Główną zaletę filmu stanowi Gal Gadot, czyli tytułowa Wonder Woman. Zadziwia to tym bardziej ponieważ jej gościnny występ w Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice, 2016, reż. Zack Snyder) aktorsko był raczej średni. W swoim filmie bohaterka kradnie całe show i to jej charyzmie właśnie należy przypisać udany seans. Niestety poza bohaterką i jej "heroicznymi" wyczynami nie ma się nad czym specjalnie zachwycać. Prościusieńka historia, która na kartach komiksu spisuje się znośnie, w zetknięciu z dużym ekranem odsłania swój prymitywizm i denerwującą płaskość. Zack Snyder powinien pisać scenariusze do komiksów, bo jego uwielbienie do rozbuchanego patosu tylko tam znalazłyby odpowiednie ograniczające go ramy (zamykające się w obrębie jednej strony).


Wielu rzeczy muszą się jeszcze twórcy filmowi z DC Comics nauczyć od swoich kolegów z konkurencyjnego MARVEL’a. Dochodzimy w tym miejscu, w pewnym stopniu, do meritum sprawy: okraszanie opowiadanej historii "mrokiem" na nic się zda, gdy kłócą się z tym szczegóły fabularne. Zupełnie twórcy mogli odpuścić sobie pobudki dla których główna bohaterka postanowiła jednak, pomimo wszystko, poświęcić się dla obrony ludności. Lakoniczne (bo nic nie znaczące) motto: "walczę dla miłości" brzmiałoby wiarygodniej w ustach gogusiowatego kosmity, takiego jak Superman, niżeli amazonki hołdującej prawom boskim. Duży zawód.
Ocena 5/10

niedziela, 23 lipca 2017

Naturalna dzikość



Można odnieść wrażenie, że Greg McLean ma jakąś obsesję na punkcie seryjnego mordercy z Australii. Dwa filmy fabularne: Wolf Creek (2005) i Wolf Creek 2 (2013) nie wystarczyły mu do zamknięcia opowieści o jego losach. I podczas, gdy oczekiwałem na kolejną, już trzecią, część serii, reżyser funduje widzom mini-serial. Czy nie wszystko zostało już opowiedziane? Czy to aby nie będzie odcinanie kolejnych kuponów od znanego tematu, tym razem w formie telewizyjnego show? Na szczęście nazwisko reżysera, a co za tym idzie i jego dokonania, nie pozwoliły mi przejść obok tej propozycji obojętnie. Już po pierwszych dwóch odcinkach da się zaobserwować znaczącą ewolucję w historii odrażającego Micka Taylora (John Jarratt). Od samego początku tytuł Wolf Creek nie wiązał się jedynie z opowieścią o mordercy z Australii, ale również (a w serialu, przede wszystkim) z krajem, który go "stworzył". W dwóch filmach fabularnych pomysł ten nie mógł być, ze względu na metraż, właściwie wyeksploatowany. Brak ograniczeń czasowych w przypadku serialu telewizyjnego przyszedł reżyserowi z pomocą. Odnoszę wrażenie, że dopiero teraz twórca rozwinął skrzydła i umieścił wątki, które od zawsze były w polu jego osobistych zainteresowań. 


Pierwsze, co zadziwia (pozytywnie), to fakt, jak mało mordercy jest w tym filmie o mordercy - a przynajmniej nie tego, którego wszyscy się spodziewają. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna Eve (Lucy Fry). Niespodziewanie, w jednym momencie, traci całą swoją rodzinę i zostaje na tym nieznanym i początkowo wrogim terenie zupełnie sama. Nie mając nic do stracenia, a posiadając duszę wojownika (sportowca) postanawia sama zapolować na "bestię". Jej młodzieńcza naiwność zostanie wielokrotnie przetestowana podczas podróży przez kraj, który pomimo obecności cywilizacji, nie oddalił się nazbyt od własnej pierwotnej natury. W swojej podróży bohaterka nie będzie jednak sama. Na swojej "drodze" spotka galerię niejednoznacznych i intrygujących postaci. Niektórzy służyć jej będą pomocą, inni (większość) czyhać na jej młodzieńczą naiwność. Jak to w życiu. Osobiście najbardziej do gustu przypadła mi postać Kanea (Richard Cawthorne) z przestępczej grupy motocyklistów. Jest to postać interesująca, ale i tragiczna. Z główną bohaterką zapoznaje się w więzieniu i pomimo "zatargu", w jaki z nią wchodzi, ścigać ją będzie, nie tyle z powodu doznanej szkody, tylko przez fascynację dla jej silnej osobowości. Kane - jak i inni przewijający się w serialu bohaterowie - zmuszeni są dostosować się do warunków jakie daje kraj, który odsłania w człowieku jego pierwotne instynkty. Kim się staniemy, zależy od siły naszego charakteru. O duszę człowieka w równej mierze zabiega duch prawego aborygena (Jack Charles), i siła, która stworzyła Micka Taylora. Nie zawsze, niestety, dobro zwycięży, ale nie o wygraną tutaj idzie. Ważna jest ciągła walka, parcie do przodu pomimo przeciwności. Trochę to trywialne, ale w tym przypadku bardzo szczere.


Mini-serial Wolf Creek, to typowy film drogi, kresem której jest samopoznanie i pogodzenie się z własnym losem. Twórcom serialu idealnie udało się uchwycić dzikość drzemiącą w człowieku. Nie da się jej ujarzmić, oswoić żadnymi kagańcami wypracowanymi przez współczesną cywilizację. Gdyby mnie ktoś zapytał, o czym jest ten serial, to bez wahania odpowiedziałbym, że o ludziach i o ich zmaganiach z samym sobą, o wyborach, jakich dokonuje się, gdy popuszczane są wodze kontroli instytucjonalnej. Widać, że reżyser kocha ten dziki kraj miłością nieskrępowaną żadnymi ograniczeniami, akceptując wszystkie jego pozytywne, jak również, a może przede wszystkim, negatywne strony. Zdaje się mówić do nas, widzów, że to, czy wygra w człowieku drzemiące w nim dobro lub zło, uzależnione jest od niezłomności charakteru, którego prawdziwe oblicze odsłonięte zostanie przez wciąż żywego, dzikiego ducha Australii.

piątek, 7 lipca 2017

Nienawistna czwórka – czerwiec






Planeta wampirów (Terrore nello spazio) /1965/ - reż. Mario Bava

Często czytam, że kiepska jakość popularnych włoskich filmów z przełomu lat 60/70. wynikała z braków pieniężnych w budżecie. Brak pieniędzy – owszem, ale brak chociażby pomysłowości, że o kreatywności nie wspomnę – to już jest dla mnie niewybaczalne (co niestety było na porządku dziennym w kinie tego okresu). Ponadto, argument finansowy mógłby mieć zastosowanie, gdyby nie znaleźli się twórcy sprawnie go "obchodzący".


Jednym z takich twórców był niewątpliwie Mario Bava. Jego Planeta wampirów jest namacalnym argumentem na potwierdzenie prostego faktu, że nie pieniądze, a pomysłowość tworzą dobry film. Widoczne nawiązania do filmów SF lat 50. zdejmują z obrazu rzucającą się w oczy kiczowatość (szczególnie w zakresie scenografii). Generalnie ma się wrażenie, że obcuje się z celową inspiracją, a nie z tandetą wynikłą z niedostatków budżetowych. Prosta fabuła komponuje się idealnie z klimatem i jedyne co pozostaje niepokojącego po udanym seansie, to pytanie: skąd, do cholery, w tytule znalazły się wampiry?
Ocena 7/10 (i trafia do grona moich ulubionych)





Nude... si muore /1968/ - reż. Antonio Margheriti

Niezbyt udał się ten mariaż gatunkowy, bo we wszystkim zatrzymuje się wpół drogi. Żaden z tego filmu kryminał, bo postać detektywa wprowadzona jest zbyt późno i nie reprezentuje sobą intrygującej osobowości. Również jedna z bohaterek pretendująca do roli detektywa, nie sprawdza się, bo nad jej zdolnościami dedukcyjnego myślenia góruje beztroska i zawadiacki charakter. Może to i sympatyczne ale całkowicie bezzasadne. Również żaden z tego filmu horror, bo zabójca jest "płaski", przewidywalny, a co najważniejsze, jego sposoby mordowania ofiar, to zupełna kpina - ściska przez dwie sekundy gardło kobiet, a one padają niczym przysłowiowe muchy.


Nawet próba uatrakcyjnienia filmu scenami nagości (ciągle przebierające się młode dziewczęta) zawodzi, bo operatorowi zawsze udaje się gdzieś uciec z kamerą w wyczekiwanym przez widza momencie. O idiotycznych zachowaniach bohaterów, których świadkami w regularnych odstępach czasu jesteśmy, nawet nie warto wspominać. Ktoś miał pomysł, ale słaby, zrodzony na fali rosnącej popularności giallo. Niestety Nude... si muore, to jedynie kolejny marny produkt swoich czasów, który nie zasługuje na zapamiętanie.
Ocena 4/10





Grobowce ślepej śmierci (La Noche del terror ciego) /1972/ - reż. Amando de Ossorio

Początkowo film zapowiadał się całkiem obiecująco. Dwie przyjaciółki spotykają się przypadkowo po latach i postanawiają wyjechać razem na wycieczkę. Dziwne, niewypowiedziane zaszłości sprzed lat oraz zazdrość o mężczyznę powodują, że jedna z bohaterek opuszcza pociąg i samotnie dociera do zamku średniowiecznych templariuszy. Opuszczone ruiny okazują się idealnym (sic!) miejscem na nocleg dla młodej i atrakcyjnej kobiety. Po zmroku do zamku zawita terror bo z grobu powstają templariusze. Rozpoczyna się polowanie, a ich pierwszą ofiarą, jak nietrudno się domyśleć, stanie się zagubiona bohaterka.


Długa klimatyczna scena śmierci kobiety zwiastowała dobry horror. Niestety, Grobowce ślepej śmierci, to bardzo słaby film. Posiada parę niezłych momentów, jednak idiotyzmy scenariuszowe zaprzepaszczają cały obiecujący początkowo klimat obrazu i już do końca nic poza postaciami żywych trupów na koniach nie jest w stanie uratować tego filmu.
Ocena 5/10 (Trzeba, mimo wszystko, przyznać, że mam ochotę zobaczyć, co z tego wyszło w kolejnych częściach)





Siedem minut po północy (A Monster Calls) /2016/ - reż. J.A. Bayona

Zapowiadało się nad wyraz sztampowo. Jedynak ucieka w świata fantazji, by uporać się z otaczającymi go problemami. Siła obrazu Bayona nie leży w koncepcie, już przecież wielokrotnie eksploatowany, jak chociażby w np. Labiryncie fauna (El Laberinto del fauno, 2006, reż. Guillermo del Toro), a w rozwiązaniach fabularnych, do których ten koncept prowadzi. Od zawsze w kinie mainstreamowym dziecko było świętością. Twórcy starali się oszczędzać widzom kontrowersyjnych scen z udziałem nieletnich, co wynikało z naszych uwarunkowań kulturowych (wyjątek stanowią niektóre thrillery i horrory). Symptomy porzucenia tego od lat przestrzeganego schematu można właśnie zaobserwować w opisywanym filmie (finałowe wyznanie).


Nie jest to żadna rewolucja (w dzisiejszym kinie o taką naprawdę trudno) ale przyjemny powiew świeżości na gruncie mało reformowalnego gatunku jakim jest dramat obyczajowy. Wielu recenzentów zastanawiało się nad małym zainteresowaniem publiczności dla tego bardzo udanego obrazu. Dla mnie sprawa wydaje się być oczywista. Niewygodna tematyka przewijająca się przez cały filmu skutecznie odstrasza spragnionych bezrefleksyjnej rozrywki widzów.
Ocena 7/10

piątek, 23 czerwca 2017

Osaczeni wstydem




Przekleństwem wybitnych twórców filmowych (i nie tylko filmowych) jest fakt, iż ich aktualne dokonania artystyczne zawsze odbierane są przez pryzmat ich największych sukcesów twórczych. Im więcej na koncie reżysera sukcesów, tym ma trudniej. Zgodnie z zasadą kontrastu, gdy kiepskiemu (lub przeciętnemu) reżyserowi uda się zrobić coś zaledwie niezłego, wychwalane jest to niewspółmiernie do zasług. Dzieje się tak, ponieważ w porównaniu z wcześniejszymi jego słabymi dziełami, to, co zrobił, wyróżnia się znacząco w sposób pozytywny. Takim reżyserom zasada kontrastu pomaga. Gorzej, gdy przeważająca części pracy twórczej reżysera wychodzi ponad ogólnie przyjętą przeciętność. Tutaj kontrast dla takiego twórcy bywa bezwzględny. Dobre (zaledwie) filmy wybitnego twórcy mogą przynieść wrażenie zawodu. Tak jest właśnie w przypadku najnowszego dzieła Farhadiego, które wprawdzie złym filmem nie jest, ale…


Małżeństwo Emad (Shahab Hosseini) i Rana (Taraneh Alidoosti) zmuszeni są do przeprowadzenia się do innego mieszkania. W aklimatyzowaniu się do nowych warunków przeszkodzi bohaterom nieszczęśliwy zbieg okoliczności, w wyniku którego Rana zostaje napadnięta i trafi do szpitala. Będąc cały czas w szoku, nic z tego traumatycznego zdarzenia nie pamięta. Po powrocie do mieszkania bohaterowie próbują wrócić do normalnego życia. Największy problem z napadem ma Emad, który nie może pogodzić się z myślą, że inny mężczyzna widział jego małżonkę nagą. Na idealnym związku pojawiają się coraz to większe rysy prowadzące do nieprzewidzianych pęknięć.


Farhadi ponownie tematem przewodnim swojego nowego filmu uczynił analizę relacji pomiędzy kobietą i mężczyzną. Już pierwsze sceny Klienta (Forushande, 2016) zwiastują katastrofę, której przyczyna tkwi w niezależnych (błahych) czynnikach zewnętrznych. Główni bohaterowie, to aktorzy, którzy powinni umieć uzewnętrzniać swoje uczucia i emocje. Gdy jednak chodzi o prawdziwe życie, właśnie z powodu ich profesji może im być jeszcze trudniej pozbyć się przyzwyczajeń (narzuconych norm postępowania) szczególnie dlatego, że posiedli umiejętność zakładania masek w zależności od zaistniałej sytuacji. Z jednej strony ta umiejętność ułatwia egzystencję, z drugiej sprawia, że prawdziwe życie może być odgrywane jak ich kolejna, lepsza lub gorsza, inscenizacja.


Po tak rewelacyjnych dziełach jak: Co wiesz o Elly? (Darbareye Elly, 2009), Przeszłość (Le passé, 2013), czy nawet Rozstanie (Jodaeiye Nader az Simin, 2011) najnowsze dzieło reżysera rozczarowuje. Niby to cały czas ten sam Farhadi, niby dostrzegamy rozpoznawalne elementy jego stylu, ale jakieś to takie zbytnio uproszczone, bez energii, bez tak widocznego do tej pory "twórczego pazura". We wcześniejszym filmie pt: Przeszłość, reżyser potrafił zaangażować widza zarówno złożonością fabularnych rozwiązań (zmiana głównego bohatera w połowie seansu), jak i atrakcyjnością formy nieprzystającej do schematu gatunkowego opowiadanej historii (dramat obyczajowy w konwencji thrillera). W Kliencie tego wszystkiego zabrakło.


Mam wrażenie (i nadzieję), że Farhadi tym filmem zrobił sobie głęboki wdech przed czymś o wiele większym. Więcej nawet. Uważam, że cała ta symbolika: spektakl "Śmierć komiwojażera", ostentacyjne nakładanie charakteryzacji przez aktorów, robiona była po to, by przypodobać się zachodniemu widzowi. Udało się, czego dowodem są nagrody, z Oscarem na czele. Nie wiem jednak, czy te zabiegi, niezamierzenie, nie przybliżyły filmu do banału, który kłóci się z postępowaniem bohaterów, mogącym być uznanym za całkowicie niezrozumiałe (szczególnie dla kogoś wychowanego w innym kręgu kulturowym). W świetle mojej powyższej krytyki może to dziwnie zabrzmieć, ale uważam, że Klient jest bardzo solidnym filmem. Dla tak wielkiego twórcy jednak, to "wpadka" i pozostaje mieć tylko nadzieję, że ten spadek formy nie potrwa długo.

sobota, 10 czerwca 2017

Nienawistna czwórka – maj






John Wick 2 (John Wick: Chapter Two) /2017/ - reż. Chad Stahelski

Pierwsza odsłona przygód Baba Yagi, wyjątkowo mocno przypadła mi do gustu. Połączenie schematu "One Man Army" z klimatem lat 80., stylistyką komiksową i nawiązaniami do kina samurajskiego zagrało w tym przypadku wyśmienicie. Keanu Reeves ze swoim "drewnianym" aktorstwem również idealnie dopasował się roli legendarnego zabójcy zmuszonego do powrotu z "zawodowej emerytury". Przyjemną świeżością zawiało w kwestii hotelu działającego według specyficznych honorowych zasad. Druga część jest bardzo podobna jednak pewne zmiany są widoczne. Zgodnie z zasadą sequeli (wszystkiego więcej), już nie mamy do czynienia z "kopią" kina sensacyjnego lat 80., tylko ze schematem gry komputerowej.


Co lepsze? Wszystko zależy od wykonania. W tym przypadku nowy John Wick urzeka widowiskowością. Widoczne jest to w scenie odwrotu po zabójstwie w "ruinach", w której to bohater eliminuje kolejno przeciwników bronią wydobywaną ze schowków, wcześniej przez siebie przygotowanych (jak w grach FPP). Schemat gry komputerowej da się zaobserwować również w finałowej scenie, w której bohater zmuszony jest wykorzystywać broń eliminowanych przeciwników (Max Payne się kłania). Skoro druga odsłona przygód Johna wygląda jak totalna komputerowa strzelanka i zważywszy na sytuacje, w której scenarzyści zostawili naszego niepokonanego bohatera, aż ciężko wyobrazić sobie finał tej trylogii filmowej.  Ja, w każdym bądź razie, czekam.
Ocena 7/10





Kong: Wyspa Czaszki (Kong: Skull Island) /2017/ - reż. Jordan Vogt-Roberts

To co w amerykańskim kinie mainstreamowym kocham najbardziej, to umiejętność lekkiego opowiadania nawet najbardziej irracjonalnych historii. Jeżeli z tym wszystkim zgra się forma oraz przedstawieni bohaterowie, to potrafię zatracić się w seansie nie zwracając uwagi na niektóre naciągane "szczegóły" fabularne. Rzecz jasna, by to wszystko odpowiednio razem zagrało potrzebny jest właściwy reżyser. Nie musi być jakiś szczególnie wybitny czy "wielki" (chociaż pewnie by nie zaszkodziło). Wystarczy, by robił to co robi, z przyjemnością, bawiąc się w taki sposób, w jaki oczekiwałby tego od widzów. Tylko tyle i aż tyle. Ja to wtedy "łykam".


Dokładnie tak jest właśnie z nowym Kongiem - czyste hedoniczne doznanie. Zdaję sobie sprawę z tego, że można dyskutować z "logicznością" fabuły. Ja tego jednak nie zamierzam robić, bo i po co? Otrzymałem przyjemną rozrywkę z efekciarskimi "bajerami" wizualnymi, odprężającą opowieść z bohaterskim Kongiem, a wszystko to wymieszane z masą nawiązań do klasyki kina. Mi to w zupełności wystarcza.
Ocena 7/10





Potwór z Czarnej Laguny (Creature from the Black Lagoon) /1954/ - reż. Jack Arnold

Zważywszy na rok produkcji nie oczekiwałem zbyt wiele. Ot, kolejna archaiczna opowieść na temat zmagań człowieka z nieznanym. Poniekąd jest to prawda, ale jak na filmową skamielinę całkiem dużo w tym obrazie życia. Najbardziej imponuje świetna realizacja scen podwodnych, jednych z najlepszych (jeżeli nie najlepszych) jak na owe czasy. Wprost rewelacyjnie sfilmowana jest scena, w której główna bohaterka Kay (Julie Adams) wypływa zażyć kąpieli, a każdy jej ruch obserwowany jest spod wody przez śledzącą ją postać monstrum. Słowa wielkiego uznania za pomysłowość i realizację.


Największe obawy budził we mnie wygląd potwora. Na takiego gatunku filmach ząb czasu w dziedzinie charakteryzacji widoczny jest bodajże najjaskrawiej. Nie będę pisać, że w tym przypadku jest inaczej, bo nie jest. Nie razi to jednak znacząco (mając cały czas na uwadze rok produkcji), doskonale komponując się z wymagającymi wyczynami aktorskimi (podwodne ewolucje w pełnym przebraniu). Świetnie zachowany klasyk monster movie.
Ocena 7/10





Strażnicy Galaktyki vol. 2 (Guardians of the Galaxy Vol. 2) /2017/ - James Gunn

Gunn spisał się wyśmienicie bo to ciągle niezwykle dobry mainstream jest. Wszystkie elementy, które zapewniły sukces części pierwszej znajdują się również w jej kontynuacji. Mamy humor, nawiązania do współczesnej popkultury, ale przede wszystkim dobrze napisanych bohaterów. Nikt tutaj nie stanowi tła dla kogoś innego. Wszyscy są ważni, wszyscy mają do odegrania istotną rolę. Reżyser stawia na sprawdzony zestaw postaci wzbogacając go o kilka nowych i oryginalnych indywiduów (Ego).


Jedna tylko krytyczna uwaga nasuwa się bezpośrednio po jakże udanym seansie. Miejmy nadzieję, że w trzeciej części Strażników Galaktyki Gunn nie posunie się dalej w swoim humorze, bo już w tej części w niektórych momentach efekt jego żartów przesuwał się niebezpiecznie z ironii w stronę parodii (m.in. scena z szukaniem taśmy klejącej czy wielki Pac-Man). Nie sądzę, by tego właśnie reżyser oczekiwał. Jak to mówią: pożyjemy, zobaczymy (ja na pewno).
Ocena 7/10

niedziela, 21 maja 2017

Gdy pozostają już tylko instynkty




Ann (Margot Robbie) jest jednym z ostatnich ludzi ocalałych z nienazwanej (dla widza) katastrofy. Dzielnie zajmuje się swoim domostwem, ufność pokładając w Bogu. Jak każda istota ludzka tęskni za drugim człowiekiem. Jej pragnienie spełni się wraz z przybyciem Johna (Chiwetel Ejiofor). Bohater jest naukowcem, który cudem przeżył zabójcze napromieniowanie. Pomimo wielu różnic bohaterowie powoli zaczynają ze sobą współpracować - człowiek ciągnie do drugiego człowieka. Wszystko jest na najlepszej drodze do odnalezienia optymalnego szczęścia dla obojga bohaterów, ale wtedy pojawia się Caleb (Chris Pine).


Katastrofa, na którą w filmie Z jak Zachariasz (Z for Zachariah, reż. Craig Zobel, 2015) napotyka ludzkość, jest dla reżysera doskonałym pretekstem do analizy pierwotnej natury człowieka. Ann i John są przeciwieństwami. Ona – zacofana, biała wieśniaczka, pokładająca wiarę w Bogu. On – czarnoskóry naukowiec opierający się w swoich działaniach na nauce. Właściwie nic ich nie łączy, może poza chucią – a i ta wyraźnie bardziej ze strony kobiety (młodość). Matka natura zadbała jednak, by gatunek nie wymarł narzucając potrzebę bliskości oraz instynkt rozrodczy. Od kobiety żąda on stania się matką, a od mężczyzny - zapłodnienia samicy. Gdy samica nie będzie miała wyboru, zadowoli się tym, co ma, w przeciwnym razie, świadomie lub podświadomie, zawsze szukała będzie najlepszego samca. Ludzie to jednak nie zwierzęta i z nimi sprawa jest trochę bardziej skomplikowana – niestety, tylko trochę. John widzi, co się zaczyna powoli rodzić pomiędzy Ann i Calebem i wie, że gdy się to ostatecznie dokona, wyrzucony zostanie poza nawias "stada". Zdaje sobie sprawę ze swojej wartości ("uzbrojonego" w wiedzę naukowca), jednak wie również, że jest ona istotna tylko do momentu, gdy będzie przydatna. Wie, że dla tych, wychowanych w zgodzie z tradycją białych, "gdy czarnuch zrobi, co do niego należy, czarny będzie mógł odejść" (wybudowanie generatora prądu). Jego jednak natura również wyposażyła w instynkt przetrwania, a życie przetestowało w trudnych sytuacjach (dramatyczna sytuacja z młodszym bratem Ann). Koniec końców samica (gdy nie będzie miała innego wyboru) zadowoli się tym samcem, który przy niej pozostanie.


Reżyser prowadzi film bardzo spokojnie, oszczędzając widzom gwałtownych zwrotów akcji. Wszystkie relacje pomiędzy bohaterami wyrażone są półsłówkami, gestami, które zdają się jednak mówić wszystko. Widzowie zmuszeni są do samodzielnego wyrobienia sobie opinii o poszczególnych bohaterach. Nie wybiela się ich ani nie demonizuje, wyposaża jedynie w zalety i wady przynależne opisywanemu charakterowi. Spośród trojga bohaterów prym wiedzie Anna, w przekonującej interpretacji Margot Robbie (jeszcze przed jej brawurowym występem w Suicide Squad, reż. David Ayer, 2016). Jest to postać również najbardziej tragiczna. Całkiem zaradna, bo wychowana na wsi, ma szereg atrybutów, o które warto zabiegać. Posiada dom, ziemię, maszyny, i narzędzia, które pozwolą na przeżycie. Do tego jest młoda i atrakcyjna. Długa rozłąka z najbliższymi rozbudziła w niej tęsknotę za drugim człowiekiem. Wychowywana tradycyjnie, nie wydaje się ani zbytnio mądra ani też inteligentna. Do tego bogobojna i z dobrym sercem, nie stroniąca od zabobonów. Wydaje się być doskonałą zdobyczą dla "ludzkich zwierząt". Caleb jest jej męskim odbiciem. Przystojny, młody robotnik fizyczny, pochodzący z tych samych stron co Ann. Wychowany w tej samej wierze, również kieruje się instynktem. Zdaje sobie sprawę z przewagi, którą powoli zdobywa nad konkurentem. W porównaniu z nimi John mieni się niczym przybysz z innej planety (pierwszy raz w filmie bohater pojawia się w kombinezonie przywodzącym na myśl kosmitę). Naukowiec, w swoim działaniu wykorzystujący przede wszystkim umysł, nie dający ponosić się instynktowi (powstrzymywanie Ann prze przedwczesnym spółkowaniem). Jego metody sprawdzały się w cywilizowanym świecie, którego jednak już nie ma. W jego miejscu pozostały już tylko pierwotne instynkty. John zdaje sobie sprawę, że traci szansę, która będzie nie do odzyskania. W świecie, w którym rządzą instynkty, zmuszony będzie poddać się im w imię własnego przetrwania.


Swoim najnowszym filmem Craig Zobel wpisuje się w jeden z trendów współczesnego kina, w którym za temat przewodni obiera się postępowanie ludzi w trakcie, lub bezpośrednio po wybuchu jakiegoś z kataklizmów. Opowiadają o tym m.in. 10 Cloverfield Lane (reż. Dan Trachtenberg, 2016), Snowpiercer: Arka przyszłości (Snowpiercer, reż. Joon-ho Bong, 2013), Strefa X (Monsters, reż. Gareth Edwards, 2010), Trzy dni (Tres dias, reż. F. Javier Gutiérrez, 2008) i inne. Z jak Zachariasz jest jednak od tych filmów o wiele mniej "krzykliwy", bardziej oszczędny w środkach filmowego wyrazu, co jednak w żadnym wypadku nie umniejsza siły jego przekazu.

piątek, 5 maja 2017

Nienawistna czwórka – kwiecień







Uniwersalny żołnierz: Dzień odrodzenia (Universal Soldier: Day of Reckoning) /2012/ - reż. John Hyams

Już trzecia część Uniwersalnego żołnierza (Universal Soldier: Regeneration, reż. John Hyams 2009) udowodniła, że reżyser wie jak robić porządne kino sensacyjne klasy B. Bardzo dobre sceny walk, dużo nieskrywanej przemocy, dekadencki klimat i nieuwłaczający inteligencji widza scenariusz, mogły się podobać. To zaskakujące, ale czwarta część jest jeszcze lepsza! Tym razem główną rolę, Van Damme oddał swojemu młodszemu koledze. Scott Adkins radzi sobie całkiem nieźle - szczególnie na polu sprawności fizycznej. "Mrok" części trzeciej zastąpiono psychodeliczną atmosferą, która typowego fana kina kopanego może wprawić w niemałą konsternację. Dziwnie to zabrzmi, bo to zdecydowanie nie ta liga, ale film w dużym stopniu nawiązuje do Czasu Apokalipsy (Apocalypse Now, reż. Francis Ford Coppola, 1979).


Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, iż te widoczne inspiracje całkiem dobrze przyjęły się na grunt, bądź co bądź, odmiennego gatunku filmowego. Van Damme jest niczym Pułkownik Kurtz, a Adkins jak Kapitan Willard. Na tym jednak podobieństwa się nie kończą. Cała idea poszukiwań zabójców swojej rodziny jest odbiciem podróży wewnątrz własnego umysłu (świetna scena płynięcia łodzią). Swoistym mrugnięciem okiem do fanów wspomnianego arcydzieła Coppoli jest zakończenie, które odpowiada na pytanie, co by się mogło stać, gdyby Kapitan Willard postąpił inaczej. Sprawna reżyseria, bardzo dynamicznie poprowadzona akcja ze scenami, które angażują sprawia, że o znużeniu podczas seansu mowy być nie może. Naprawdę zaskakujące i nietuzinkowe kino akcji.
Ocena 8/10





Smak curry (The Lunchbox) /2013/ - reż. Ritesh Batra

Życie składa się z pasma przypadkowych sytuacji, które trafiają czasem na podatny grunt, z którego może wyrosnąć coś nadspodziewanie pięknego. Ila (Nimrat Kaur) próbuje być dobrą żoną. Zajmuje się domem, dzieckiem, a oprócz tego, codziennie tworzy wykwintne potrawy, które wysyła mężowi do pracy. Saajan (Irrfan Khan), to starzejący się pracownik działu reklamacji. Od lat żyje samotnie odgrodziwszy się od innych murem niedostępnej szorstkości. To do niego właśnie, omyłkowo, trafia z sercem przygotowany lunch Ili. Pomiędzy bohaterami zawiązuje się specyficzna relacja opierająca się na papierowej korespondencji dołączanej do kolejnych posiłków (stąd tytuł: The Lunchbox).


Dwie podobne dusze spotykają się na rozdrożach egzystencji (ona niekochana i zdradzana przez męża, on zgorzkniały, bez żadnych złudnych nadziei po śmierci żony). Czy ta sama tęsknota za czymś nieosiągniętym może na trwałe związać ze sobą podstarzałego, patrzącego na życie z dystansem, mężczyznę, z piękną i pełną młodzieńczego wigoru kobietą? Czy tym razem, już świadome wybory bohaterów nie pokrzyżują planów przypadkowi? Przepiękne, minimalistyczne kino bezpretensjonalnie ukazujące szereg prawd na temat wartości naszego życia. Już dzisiaj nie obawiam się napisać, że to będzie jeden z dziesięciu moich najlepszych filmów tego roku.
Ocena 9/10 (Nimrat Kaur jest w tym filmie przeuroczo kobieca)





Daredevil - sezon 2 (NETFLIX)

Pierwszy sezon Daredevila mnie znużył. Był wstępem koniecznym do umiejscowienia niewidomego bohatera w rzeczywistości nowo powstałego uniwersum superbohaterów. Wstępem jednak, dla mnie, nazbyt nudnym. Oprócz Matta Murdocka (Charlie Cox) na uwagę zasługiwał tylko Wilson Fisk (Vincent D'Onofrio), a i on nie spełnił całkowicie pokładanych w nim oczekiwań. Aktorsko było całkiem w porządku, jednak konstrukcją postaci odbiegał od mojego wyobrażenie, które wyrobiłem sobie na podstawie przeczytanych komiksów.



Drugi sezon rozpoczął się z przyjemnym "przytupem". Frank Castle (Jon Bernthal) wkroczył na scenę momentalnie detronizując naszego niewidomego bohatera. Krwawa vendetta Punishera pchnęła serial w stronę bardziej dojrzałego widza (trup ścielę się gęsto). I w tym przypadku nie dorównuje wyobrażeniom (Dolph Lundgren już chyba na zawsze zostanie dla mnie idealnym Pogromcą) jednak tym razem nie budzi niedosytu. Jest inny, ale też "fajny". Natomiast postać Elektry Natchios (Elodie Yung) to interpretacyjny strzał w dziesiątkę. Twórcy przechodzą samych siebie wprowadzając bohaterkę na miarę tej z papierowego pierwowzoru. Niebagatelną zasługę przypisać należy aktorce, która elektryzuje wyjątkową siłą kobiety niebezpiecznej. W tym kontekście nie dziwi fakt, że bohater mógł stracić dla niej głowę.


Z przymrużeniem oka natomiast należy potraktować jej wyczyny jako wojownika (szczególnie na początku serii). W komiksie bohaterka była mistrzynią Ninjutsu, tutaj, krótko mówiąc, nią nie jest. Twórcy próbują wizualnymi trickami to jakoś zatuszować, ale fakty pozostają niezmienne. Miejmy nadzieję, że do kolejnych serii dziewczynina się trochę podszkoli;) Po pierwszym sezonie Daredevila czułem niedosyt. Druga seria rozwiała go zupełnie, pozostawiwszy oczekiwania, z którymi kolejny sezon może sobie nie poradzić. Rozwiązaniem jest wprowadzenie charyzmatycznej postaci, na przykład psychopaty Bullseyea i powrót Elektry (Frank doczekał się własnej serii więc można mu odpuścić).
Ocena za 2 sezon to 8/10 (za Elektrę i Franka "gwiazdka" w górę)





Logan: Wolverine (Logan) /2017/ - reż. James Mangold

Pozytywną zmianę, porównując z poprzednimi solowymi filmami Logana, widać już w pierwszej scenie, w której to główny bohater dosłownie masakruje grupę okradających go rzezimieszków. Tym razem twórcy nie oszczędzają widzom żadnego szczegółu, dlatego mamy przyjemność w całej okazałości obejrzeć efekty zetknięcia szponów z adamantium z ciałem człowieka. Niby szczegół, ale ewidentnie zwiastujący  zmianę podejścia do postaci rosomaka. Cały obraz jest surowy, chropowaty, bez kolorowych "fajerwerków" tak często używanych w jego poprzednich solowych występach oraz w przygodach drużyny X-Men, do której bohater należy.


Niestety wszystkie zachwyty, tak widzów jak i krytyków, mających okazje przedpremierowo zakosztować przygód Logana, zepsuły mi (do pewnego stopnia) odbiór filmu. Opinie zwiastowały dzieło, co najmniej, przełomowe. Otrzymujemy, natomiast, kawał solidnego kina sensacyjnego, jednak bez większych rewelacji. Nie jest on wolny od błędów (lub raczej "przegięć") typowych dla filmów gatunku. Nadal mamy schematy, ckliwość, irracjonalne zachowania bohaterów i inne "grzechy" współczesnych mainstreamów. Na tle jednak konkurencji nowa produkcja ze stajni Marvela i tak prezentuje się nadzwyczaj solidnie (ze zniecierpliwieniem oczekuję na nowych Strażników Galaktyki).  
Ocena 7/10