niedziela, 10 grudnia 2017

Nienawistna czwórka – październik/listopad






Leatherface /2017/ - reż. Alexandre Bustillo, Julien Maury

Ziściły się moje obawy, co do pierwszego amerykańskiego filmu francuskich reżyserów. Twórcy Najścia (A l'interieur, 2007) zabierają się za obraz do którego nie napisali scenariusza i to da się, niestety odczuć. Po pierwsze, historia jest zbyt krótka. Obraz jest nazbyt (sam nie mogę uwierzyć, w to, co piszę) dynamiczny i brakuje w nim chwili wytchnienia - momentu na zastanowienie. Nie byłoby to może mankamentem, gdyby nie pociągało za sobą uproszczeń w zakresie opowiadanej historii. Te uproszczenia są szczególnie widoczne, gdyż odnoszą się do postaci głównego bohatera.


Początkowo twórcy serwują nam fajny "twist" w zakresie tożsamości tytułowej "Skórzanej twarzy", by zaraz potem popsuć go zupełnie nieprzekonującą psychologicznie, przemianą w milczące monstrum z piłą mechaniczną. Ostatecznie jednak film broni się sporą dawką fajnego szaleństwa, nieźle nakreślonymi postaciami drugoplanowymi oraz przeuroczą i przesłodką główna bohaterką. Młodziutka siostra Elizabeth (Vanessa Grasse) wyposaża obraz w potrzebny pierwiastek delikatności i normalności, który ostatecznie czeka jednak (znając późniejszą historię Leatherface’a ) wiadomy los.
Ocena7/10





Revolt /2017/ - reż. Joe Miale

Przybysze spoza ziemi, z mniej lub bardziej wiadomych przyczyn, najeżdżają naszą planetę. Rasa ludzka zmuszona jest zjednoczyć siły, by wspólnie podjąć walkę z najeźdźcą. Okazuje się jednak, jak zwykle zresztą, że naszym największym wrogiem nie są "obcy" z zaświatów, a same istoty ludzkie. Motyw "radzenia sobie" z najazdem "obcych" jest w ostatnim czasie częstym motywem w filmach sf, np.: Strefa X (Monsters, 2010, reż. Gareth Edwards), Projekt: Monster (Cloverfield, 2008, reż. Matt Reeves), Cloverfield Lane 10 (10 Cloverfield Lane, 2016, reż. Dan Trachtenberg). Wszystkie te obrazy "obijają się" tematycznie po najróżniejszych terenach, jednak łączy ich jeden wspólny mianownik: koncentrują się nie na bezpośrednim ataku najeźdźców (którego często nie widzimy), tylko na egzystencji bohaterów w zaistniałej sytuacji.


Revolt nie wnosi niczego oryginalnego do gatunku, jednak pomimo tego jego seans mogę zaliczyć do całkiem udanych. Zdecydował o tym jeden element - bohaterowie. Pomiędzy Nadią (Bérénice Marlohe) i Bo (Lee Pace) istnieje ta nieokreślona i tak pożądana na ekranie "chemia", która przyciąga. Po pierwsze, dobrze te postacie zostały napisane, ale co ważniejsze, właściwie aktorsko zinterpretowane. O tym jak bardzo istotny był to element, widz przekona się pod koniec seansu, gdy bohaterowie zostaną rozdzieleni. Pomimo natłoku akcji dramaturgia "siada" i już nie odzyskuje swojej dynamiki. Końcówka filmu to już tylko typowa, nic nie wnosząca do gatunku, strzelanina.
Ocena 6/10





The LEGO Ninjago Movie /2017/– reż. Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan

Nie może opuścić mnie wrażenie, że najnowszy tytuł spod marki Lego próbuje prześlizgnąć się gładko i niezauważenie po popularności swoich udanych poprzednikach samemu nie oferując niczego interesującego. Największy problem Ninjago tkwi w fabule, która jest wyjątkowo idiotyczna (nawet jak na rozrywkową animację tego typu). Wcześniejsze filmy kinowe Lego (w szczególności The Lego Movie, 2014, reż. Phil Lord, Christopher Miller) wręcz iskrzyły prześmiewczymi elementami fabuły dosadnie,


często bezwzględnie i, co najważniejsze, trafnie komentującymi współczesny świat popkultury. Ponadto miało to groteskowy, ale jednak, sens. W Ninjago tego zabrakło. Fabuła "leży" na całej linii, a prześmiewczego tonu jest jak na lekarstwo. Wszystko to sprawia, że film bardzo szybko nuży, zapewniając wyjątkowo marnej jakości rozrywkę (przynajmniej dla rodzica, który udał się na seans z dzieckiem).
Ocena 3/10




Pokot /2017/ - reż. Agnieszka Holland, Kasia Adamik

Problemem polskiego kandydata do Oscara jest brak zgody pomiędzy tym co symboliczne, a rzeczywiste. Historia biorąca w obronę świat zwierząt, na każdym kroku niszczonym przez ludzi, "zgrzyta" w posadach z powodu obrania przez twórców nazbyt moralizatorskiego tonu. Wskazywanie i grożenie palcem jest przyjętym i sprawdzonym sposobem nauczania, jednak nie w kinie, a w szkole. Problemem jest scenariusz, który powinien pójść, albo w całkiem odrealnioną, groteskową stronę, gdzie nie przeszkadzałoby skrajne moralizatorstwo ani cukierkowe zakończenie - jako elementy świata nierzeczywistego.



Albo twórcy powinni wybrać bezwzględnie realistyczną, "szorstką" formę, wyzbywszy się wszelkich załagodzeń, czy półśrodków w rodzaju: i żyli wszyscy (w komunie) długo i szczęśliwie. Niestety, dzieło pozostało niespełnione, rozdarte twórczo, nie bez walorów, ale stłamszone niespełnionymi ambicjami, które wpływają negatywnie na całość – niestety.
Ocena 5/10

środa, 22 listopada 2017

Jak w (znajomym) zwierciadle





Kino to zwierciadło, w którym odbijają się pragnienia, strach, obawy, uczucia i marzenia przeglądających się w nim widzów. Im  bardziej identyfikujemy się tym, co widzimy na ekranie, tym bardziej przejrzysty obraz nas samych obserwujemy. Lubimy "patrzeć" na  "samych siebie", dlatego tak ważna jest identyfikacja z bohaterami (chociażby w najmniejszym zakresie).


Pierwszy Trainspotting (1996, reż. Danny Boyle) był mi zupełnie obcy. Lata 90., problematyka uzależnienia od narkotyków oraz wchodzenia w dorosłość, nie trafiały do mojej ówczesnej wrażliwości. Może to przez styl, może przez odmienność problemów, a może przez mój młody wiek? Istotnym pozostaje, że nie poczułem jakiejś szczególnej (żadnej)więzi z bohaterami. Film wówczas mi się nie spodobał i cały czas zastanawiałem się dlaczego otrzymał status dzieła kultowego. Od tego czasu nie miałem z nim żadnej styczności. Pretekstem do jego powtórnego seansu była premiera drugiej odsłony przygód przyjaciół z Manchesteru.


Muszę przyznać, że seans po dwudziestu latach zmienił (lub lepiej napisać – zmodyfikował) do pewnego stopnia moją ówczesną opinię. Nadal nie jest to film, którego mógłbym zaliczyć do grona moich ulubionych, ale teraz bardziej rozumiem, co się mogło w nim ludziom podobać. Druga część pt: T2: Trainspotting (2017, reż. Danny Boyle) jest, pomimo wszystko i wszystkich, zupełnie inna. Wyróżniki stylu pozostały niezmienne, ale reżyser zmodyfikował ton opowiadanej historii. W pierwszej części poprzez kontakt z narkotykami opowiadana była historia o wchodzeniu w dorosłość. W drugiej, narkotyków właściwie nie ma - dwie dekady sprawiły, że zmieniło się do nich podejście i, okazuje się, że nie są już głównym problemem współczesnego świata. Nawiązuje się do nich, bo Simon (Jonny Lee Miller) i Spud (Ewen Bremner) nadal biorą, ale pokazane to jest w zupełnie inny sposób - na marginesie i mimochodem. Inne problemy przesunęły się na plan pierwszy.


Historia koncentruje się ponownie na losach Rentona (EwanMcGregor), który powraca w rodzinne strony pod pretekstem śmierci matki. Tak naprawdę jednak celem bohatera jest odzyskanie swojego dawnego życia sprzed dwudziestu lat. Renton spostrzega, że wybór, którego dokonał przed laty niczego w jego życiu nie zmienił, w żaden sposób go nie uszczęśliwił i tylko pozostawił samotnego w zupełnie obcym środowisku (Londyn). Dzięki wyjazdowi bohater wyszedł z narkotykowego nałogu, ale nie zdołała wypełnić pustki po kumplach z młodości. Co do tych "kumpli" natomiast, okazuje się, że od tamtego czasu znajdują się w dziwnym letargu, stoją w miejscu nie potrafiąc w żaden sposób ruszyć ze swoim życiem naprzód. Teraz główny bohater, przybywający jakoby z "zewnętrznego świata", odegra rolę "obcego", który przyczyni się do zmiany w ich życiu.


Reżyser rozmyślnie wprowadza do filmu uproszczenia i schematy oraz trochę banałów jednak robi to tak umiejętnie i z takim szacunkiem i sympatią dla bohaterów, że nie sposób mu to mieć za złe. Stara gwardia znanych aktorów wywiązuje się ze swoich ról wyśmienicie (czuć przyjemność z grania) sprawiając, że bohaterowie na powrót zaczynają budzić sympatię. Reżyser nie zapomina również o wpuszczeniu do krwiobiegu (filmowego) nieznacznej dawki świeżej krwi. Szczególną sympatię w tej kwestii zaskarbiła sobie u mnie Veronika (Anjela Nedyalkova), seksowna dziewczyna Simona. Wyposażona w dużą charyzmę aktorka stanowi uzupełnienie i godnie(zjawiskowo) reprezentuje na ekranie słabą płeć.


Tak jak w części pierwszej, również i tutaj, ogromną rolę pełni muzyka. I nie chodzi tylko o to, że jest doskonale dobrane, ale przede wszystkim, że nie stanowi jedynie tła dla opowiadanej historii. Funkcjonuje jako niezbywalny element obrazu sprawiając, że niektóre sceny wydają się kręcone jedynie po to, by ją odpowiednio wyeksponować.


O ile pierwsza część Trainspotting była mi zupełnie obca, sterylna, bez krzty osobistych odczuć, tak w kontynuacji "przeglądam się" niczym w lustrze mojej prywatnej garderoby. Pomimo, że jestem młodszy od bohaterów o blisko dekadę, ich dzisiejsze problemy są moimi – nawet jeżeli tylko część z nich doświadczyłem osobiście. Poza tym nowy Trainspotting to bardzo przyzwoite męskie kino jest.

niedziela, 29 października 2017

Mrok pokaleczonej duszy





- Moja żona dość długo chorowała. Po tym jak stwierdzono u niej raka, męczyła się trzy lata. Potem odeszła. To był taki ból. Nic nie mogłem zrobić dla Su-jin (córka). Nic.
- Wracaj do domu. To najlepsze, co możesz zrobić.
- Najlepsze? To? Siedzieć na tyłku i nic nie robić… Tak najlepiej? Tak? Jak niepełnosprawny?


Powyższy dialog stanowi klucz do zrozumienia postępowania głównego bohatera filmu Broken (Bang-hwang-ha-neunkal-nal, 2013, reż. Jeong-ho Lee). Sang-hyeon Lee (Jae-yeong Jeong) pracuje w fabryce włókienniczej. Po śmierci żony samotnie wychowuje córkę. Zapracowany, nie może spędzać wiele czasu z najbliższą mu osobą. Pewnego dnia, gdy jest jak zwykle w pracy, otrzymuje telefon. Jego córka została napadnięta i zamordowana, wcześniej jednak sprawcy dziewczynę odurzają i gwałcą. W jednej sekundzie cały świat Sang-hyeona rozpada się na drobne kawałki i wszystko przestaje się liczyć. Życie dla niego się kończy.


Od tego momentu bohater w swoich działaniach motywowany będzie siłą woli rozbudzoną poprzez poczucie winy. Co jest ważne, Sang-hyeon Lee swoimi desperackimi czynami chce odpokutować, nie tylko brak czasu, który doprowadził pośrednio, w oczach bohatera, do śmierci córki (oczywiście, to również) ale przede wszystkim niemoc w załagodzeniu jej bólu po stracie matki. Bohater zdaje sobie sprawę, że po śmierci córki nie będzie w stanie już tego nigdy naprawić. Z tego powodu wyzywa los, a z nim cały świat, na pojedynek. Postanawia działać na przekór społeczeństwu, a w zgodzie z własnym sumieniem, nakazującym sprowadzenie na sprawców ślepej (na prawo) sprawiedliwości. Interesująco twórcy przedstawiają problem karania niepełnoletnich morderców (szerzej – przestępców), którzy zdają sobie sprawę ze swojej bezkarności. Odwieczna walka prawo vs sprawiedliwość pozostawia w występujących w filmie policjantach stale jątrzącą się ranę, której nie będą mogli już nigdy wyleczyć (oznaką tego jest ciągłe śledzenie, lub lepiej napisać – pilnowanie, młodocianych sprawców groźnych przestępstw, którzy odsiedzieli swój niewspółmiernie niski, w stosunku do popełnionych przestępstw, wyrok). Dobrze złożoność  tego moralnego problemu pokazuje zachowanie jednego ze stróżów prawa, który pomimo deklaracji i niestrudzonej pogoni za "przestępcą" (głównym bohaterem) oddaje mu ostatecznie prawo do własnego, w tej kwestii, wyboru (poinformowanie Sang-hyeon o finałowym spotkaniu).


W warstwie ideologicznej film koreańskiego twórcy zbliża się zauważalnie (po części) do ubiegłorocznego, Oskarowego, również rewelacyjnego, obrazu z Leonardo DiCaprio pt. Zjawa (The Revenant, 2015, reż. Alejandro Gonzalez Inarritu). W obu obrazach bohaterowie dążą do wymierzenia sprawiedliwości, a tym co ich w tych działaniach najbardziej do siebie zbliża, jest desperacja i przekraczanie granic wytrzymałości ludzkiego organizmu. Wzniesienie się ponad fizyczne możliwości człowieka i pozwolenie, by prowadziła ich czysta siła woli (duch ponad materię) nadaje sens ich istnieniu. Ostatecznie obydwóm bohaterom zagwarantuje to wewnętrzne spełnienie.



Film Broken jest ekranizacją powieści: The Hestitating Blade japońskiego pisarza Keigo Higashino. W 2009 roku powstaje japońska wersja historii (Samayou Yaiba, 2009, reż. Shoichi Mashiko) jednak jest to film zupełnie nieudany. Już nawet nie chodzi o dłużyzny, czy brak dynamiki w kluczowych dla filmu scenach (np. w finałowej). Najgorzej w obrazie japońskim wypada wydźwięk całej historii, która sprowadzona zostaje do garści banałów, zapominając o jakiejkolwiek wiarygodności psychologicznej postaci.



Koreańska, młodsza wersja filmu jest od japońskiej skrajnie różna (aż dziw bierze, że za podstawę ekranizowanej historii obu twórcom posłużyła ta sama książka). Wspólny ostał się tylko szkielet fabularny,jednak "obudowany" jest w zupełnie inny sposób. Jeong-ho Lee w swoim filmie pogłębia portrety psychologiczny bohaterów nie idąc na żadne kompromisy. Nie zadowala się utartymi schematami, tylko szuka skrywanych na pierwszy rzut oka powodów postępowania bohaterów. Tutaj nic nie jest jednoznaczne i oczywiste, a tym bardziej proste.Koreański twórca radzi sobie również o wiele lepiej z dynamiką opowiadanej historii. Wie, kiedy przyspieszyć akcję, ale również kiedy należy ją zwolnić, by dać widzom możliwość zastanowienia się nad postępowaniem bohaterów. Nie szarżuje z wykorzystaniem środków filmowego wyrazu, a raczej skupia się na optymalizacji efektów przyjętych założeń. Trafia tym w sedno, przez co wygrywa cały film.

wtorek, 17 października 2017

Nienawistna czwórka – wrzesień






Baby Driver /2017/– reż. Edgar Wright

Nieczęsto kinomani mają okazję obcować z musicalem ubranym w płaszcz thrillera sensacyjnego o lekkim (w zależności od poczucia humoru) zabarwieniu komediowym. Taki jest właśnie nowy film Edgara Wrighta. Dla wielu twórców współczesnego kina muzyka gra niebagatelną rolę (żeby wspomnieć tylko Nicolasa Windinga Refna, czy Quentina Tarantino), jednak żaden z nich nie prezentuje jej w taki sposób. W filmach rzeczonych reżyserów widzimy (czy raczej słyszymy) muzykę "ukazaną" w oczach twórcy. Inaczej jest w Baby Driver. Tutaj, to postacie kreują ścieżkę dźwiękową, więcej nawet, oni tą muzyką żyją. Główny bohater w jej rytmie je, pracuje, kocha oraz walczy o życie swoje i ukochanej. Praktycznie cały film, to muzyka, gdzie cięcia montażowe, jak również cały ruch kamery wydają się być montowane pod ścieżkę dźwiękową.


Cudownie to się oglądało w słuchawkach na uszach  i z odpowiednio podkręconym dźwiękiem. Już dla samej harmonii pomiędzy obrazem i fonią warto ten film obejrzeć. Pomimo tego, że obraz czerpie z wielu gatunków filmowych (thriller, sensacja, dramat, romans, a nawet western) charakterem należy do musicalu. "Lekko" odrealniony niczym kolorowa ballada przemocy, uśmiecha się czule i kłania z szacunkiem starszemu i poważniejszemu dziełu Nicolasa Windinga Refna pt. Drive (2011). Nie tylko tematycznie ale również formalnie i inspiracyjnie oba dzieła wydają się do siebie niesamowicie podobne. Na szczęście jest to twórcza inspiracja, a nie odtwórcze naśladownictwo. Ogromne brawa należą się za scenę finałowego napadu będącą kwintesencją oryginalności autorów. Rewelacyjna zabawa na kilku płaszczyznach interpretacyjnych i "piekielnie" inteligentne kino.
Ocena 8/10





Zabójcza ziemia (Killing Ground) /2016/ - reż. Damien Power

Po pierwsze, sugestywna atmosfera zagrożenia skutecznie igrająca z nerwami i niepewnością widzów, aż do drugiej połowy filmu. Po drugie, niestandardowa, jak na kino tego gatunku, narracja podglądająca wydarzenia dziejące się w dwóch różnych przestrzeniach czasowych (przez co mamy możliwość zapoznania się z naturą pojawiającego się zła). Po trzecie i najważniejsze, niesztampowa obserwacja poczynań jednostki w sytuacji zagrożenia - film zmusza do myślenia i do postawienia się na miejscu bohaterów.


Wiarygodne nakreślenie charakterów postaci czyni obraz bardzo realistycznym. Nieźle również twórcy rozwiązali problem nadmiernej brutalności, o którą film jest niesłusznie oskarżany. To co najgorsze (pobicie ojca, oraz gwałt na matce i córce) dzieje się poza oczami widzów. Obowiązuje zasada, że wyobraźnia może być największym z koszmarów. Mnie osobiście obrazy tego, co dokonało się poza obiektywem kamery prześladowały długo po zakończonym seansie. I to nie jest w stosunku do filmu zarzut.
Ocena 7/10





Uśpiony obóz (Sleepaway Camp)/1983/ - reż. Robert Hiltzik
 
Całkiem przyjemne rozczarowanie. Film jest reprezentantem typowego dla ówczesnych czasów gatunku młodzieżowego slashera i niestety w tym zakresie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Praktycznie wszystkie sceny zabójstw są marnie zrealizowane, nie wspomniawszy o tym, że niektóre w swoich założeniach są co najmniej mało prawdopodobne (pierwsze zabójstwo z wrzącą wodą, czy "akcja" pod przewróconym kajakiem). Najdziwniejsze jednak, że prawie wcale to nie przeszkadza, a już z pewnością nie denerwuje.

Największą zaletę filmu stanowi niepowtarzalny i niezbywalny klimat beztroskich lat 80. Czułem się jakbym oglądał kolejny młodzieżowy film z serii Pulpety (Meatballs) czy Zemsta frajerów (Revenge of the Nerds). Nie najgorzej również radzą sobie bohaterowie, zarówno ci główni, jak i drugoplanowi. Ich zachowanie, pomimo tego, że schematyczne, nie wpisuje się w standardy typowych idiotyzmów ery VHS (przynajmniej nie w taki sposób jaki można by się tego spodziewać). Moją faworytką w tym zakresie jest przecudnie wredna Judy (Karen Fields) - po prostu nie mogłem jej nie polubić. Jakbym miał komuś ten film polecać, to zdecydowanie nie fanom dobrego slashera. Wszyscy lubiący specyficzny klimat młodzieżowych filmów lat 80. nie powinni się jednak czuć zawiedzeni.
Ocena 6/10





Mroczna plaża (Lost Things) /2003/ - reż. Martin Murphy


Swojego czasu wydana w Polsce została seria "Horrory świata". Jej celem było, czytając ulotkę reklamową, zapoznanie widzów z najlepszymi horrorami pochodzącymi z różnych stron świata. Niestety, bardzo szybko okazało się, że jest to nic innego jak typowy "kok na kasę" oferujący co najwyżej popłuczyny (z małymi wyjątkami) po najlepszych horrorach świata. Kolekcja w swoim repertuarze zgromadziła pokaźną liczbę filmowych odpadków, często poniżej jakiegokolwiek poziomu np. Karma dla bestii (Flesh for the Beast, 2003, reż. Terry M. West). Po zapoznaniu się z kilkoma owymi "arcydziełami" bardzo szybko zaniechałem zakupów i postanowiłem zapomnieć o całej kolekcji. Niedawno jednak przypadkowo natknąłem się na jeden z nieobejrzanych tytułów i postanowiłem dać mu szansę... W sumie, to nie mam pojęcia dlaczego;).


Niestety, Mroczna plaża jest godnym reprezentantem rzeczonej kolekcji i w żadnym stopniu nie odstaje jakością od reszty. W filmie prawie wszystko szwankuje począwszy od scenariusza, poprzez dialogi, aktorstwo na reżyserii kończąc. Ogromnym mankamentem, szczególnie przeszkadzającym w ramach tego gatunku, jest brak atmosfery zagrożenia, czy paranoi, o którą film aż się prosi. Cały koncept i historia, pomimo, że niezbyt umiejętnie przedstawiona, jakoś by się jeszcze obroniła (idea "zamknięcia w piekle"), gdyby otrzymała "obudowę" atmosfery grozy i szaleństwa. W miarę miło, natomiast patrzyło się na młodą piosenkarkę Lenkę Kripac. Grać nie potrafi, ale przynajmniej zapewniła mi kilka przyjemnych doznań estetycznych. Podsumowując, omijać szerokim łukiem.
Ocena 3/10

czwartek, 28 września 2017

W poszukiwaniu ducha przeszłości





Po "pseudofilozoficznym" Prometeuszu (Prometheus, 2012) Ridley Scott zapowiedział powrót do korzeni serii. Jak obiecał, tak też uczynił. Jednak pojawienie się Obcego: Przymierze (Alien: Covenant, 2017, reż. Ridley Scott) wzbudziło momentalnie krytykę. Wypominano reżyserowi, między innymi, rzekomy prymitywizm filmu. Czy słusznie? Wszystko zależy od tego, co uznamy za prymitywne. Reżyser realizuje swój film wzorcowo dramaturgicznie. Akcja rozwija się z wolna, stopniowo coraz bardziej angażując uwagę widza.


Za podstawę fabularną posłużyła twórcom wyprawa kolonialnego statku "Przymierze" na odległą planetę. W wyniku "nieoczekiwanego przypadku" nadarza się okazja do eksploracji innej planety, która dobrze rokuje jako materiał dla przyszłych kolonistów. Bohaterowie bardzo szybko na własnej skórze przekonają się, dlaczego osiedlenie się na niej nie jest najlepszym pomysłem.


Nieprzypadkowo brzmi to jak fabuła filmów z lat 80. Reżyser za wszelką cenę próbuje przywrócić ducha pierwszej części Obcego (Alien, 1979) i do pewnego stopnia mu się to udaje. Oczywistym jest, że nie uświadczymy tutaj typowej "rzeźni"(chociaż to może nie do końca odpowiednie słowo) znanej z kolejnych części cyklu. Ambicje reżyser ma nieco większe. Będzie natomiast rozwinięcie rozważań filozoficznych rozpoczętych w Prometeuszu. Scott podejmuje polemikę w kwestii "człowieczeństwa" maszyn i ludzkich ograniczeń. Nie ma tutaj, rzecz jasna, niczego rewolucyjnego, albo chociażby intrygującego, jak to miało miejsce w innym, mało znanym szerokiej publiczności, rewelacyjnym filmie Maszyna (The Machine, 2013, reż. Caradog W. James). Wydaje mi się jednak, że nie o to reżyserowi chodziło. Jego zamierzeniem było dokończenie wizji, jaka zrodziła się w głowie twórcy wiele lat temu. I tak też się stało. Dzieje się to, na szczęście, bez fabularnych "fajerwerków" i zbędnych udziwnień. Można powiedzieć, że Scott serwuje widzom takie trochę klasyczne kino lat 80. w trzydzieści lat później.


Aktorsko, Katherine Waterston godnie zastępuje (chociaż zbyt wiele do zagrania nie ma) damskie bohaterki serii, ostatnią (wyjątkowo nielubianą przeze mnie Noomi Rapace) nawet przegoniwszy. Natomiast absolutną gwiazdą filmu jest oczywiście Michael Fassbender w podwójnej roli cyborga. Postacie przez niego kreowane z jednej strony są do siebie bardzo podobne, ale jednocześnie tak różne w środkach aktorskiego wyrazu. Walter jest posłuszny, stanowczy, ufny i zdolny do poświęceń. W jego postępowaniu nie dostrzeżemy nawet śladów wyrachowania. David jest jego charakterologicznym przeciwieństwem. Od samego początku dalece samoświadomy, kierujący się własnymi niejednoznacznymi intencjami - zupełnie jak ludzie czy może lepiej należałoby napisać: nadludzie? Z jego postaci bije takie "przerażające" spokojne zimno. Widać, że na tych postaciach Scott skupił większość swojej uwagi. Ogólnie, cały film wydaje się być nieźle przemyślany. Nawet przez wielu krytykowany "przewidywalny" finałowy "twist" jest w filmie całkowicie zamierzony. Twórca bezbłędnie pogrywa z widzem nie w kwestii: "czy to on?", tylko: "w którym momencie się ujawni?" i należy napisać, że czyni to po mistrzowsku.


Nowy film Ridleya Scotta wpisuje się w panującą dzisiaj w amerykańskim kinie modę na "odświeżanie" trendów z lat 80.  Moim zdaniem Przymierze na tym tylko zyskuje. Oczywiście, o żadnym przełomie mowy być nie może, jednak wciąż jest to kawał solidnie zrealizowanego kina dla ludzi spragnionych dobrej rozrywki oraz, co ważniejsze, naprawdę godna kontynuacja kultowej serii.

piątek, 15 września 2017

Nienawistna czwórka – sierpień






Zjedzeni żywcem (Eaten Alive) /1977/ - reż.Tobe Hooper

W 1974r. Tobe Hooper nakręcił kultowy już dzisiaj film: Teksańska masakra piłą mechaniczną (The Texas Chain Saw Massacre). Początkowa, drapieżna i duszna atmosfera filmu przemieniona zostaje w festiwal szalonej przemocy (w przeważającej części wyobrażonej), której uwieńczeniem jest finałowy taniec Leatherface’a z tytułową piłą mechaniczną. Trzy lata później powstają Zjedzeni żywcem, film który udanie kontynuuje ten szalony taniec psychola. Drugi film w karierze reżysera nie jest bezpośrednią kontynuacją opowieści o Skórzanej Twarzy, ale ma się wrażenie, że Hooper wszystko czego nie zdążył umieścić w historii z Teksasu, wypluwa z siebie w tym filmie, serwując widzom wyjątkowo intensywny obraz nieokiełznanej przemocy.


Mnogość zdarzeń zmusza reżysera do rezygnacji z mocno przytłaczającego klimatu na rzecz szalonej groteski. Zjedzeni żywcem odwołują się w warstwie formalnej do kina exploitation. Na ekranie, tak wiele i tak szybko się dzieje, że ciężko o jakiekolwiek wytchnienie. Trochę szkoda, bo można byłoby trochę więcej czasu poświęcić na zagłębienie się w psychikę bohaterów (przykładowo, w fajną, a niewykorzystaną postać psychotycznego ojca rodzinki). Ponownie natomiast (jak to było w części pierwszej) udała się sztuczka z niedookreślonym głównym bohaterem filmu. Nie jesteśmy pewni (przynajmniej przez większość seansu), który z bohaterów dożyje do finału. Dzięki temu zabiegowi widz jeszcze mocniej ściśnięty zostaje za gardło nieprzewidzianej przemocy. Pięknie szalony film.
Ocena 7/10 (i oczywiście film trafia do grona moich ulubionych)





Teksańska masakra piłą mechaniczną 2 (The Texas Chainsaw Massacre 2)/1986/ - reż.   
Tobe Hooper

Wspomniani powyżej Zjedzeni żywcem byli ideologiczną kontynuacja Teksańskiej masakry piłą mechaniczną z 1974 roku. Na jej prawdziwy sequel reżyser zdecydował się jednak dopiero w drugiej połowie lat 80. Decyzja zupełnie chybiona, bo z oryginalnego pomysłu nie pozostaje już nic, może poza niewielkimi skrawkami koncepcyjnymi, które w żadnym stopniu nie powinny przemienić się w obraz filmowy. Druga odsłona Teksańskiej masakry zrobiona jest w duchu Zjedzonych żywcem jednak tak formalnie, jak i tematycznie mocno rozczarowuje.


Tworząc pierwszą Teksańską masakrę reżyser wyposażył swój obraz w elementy, które zadecydowały o jego sukcesie. Jednym z nich była  niesamowicie drapieżna i zarazem duszna atmosfera pozaludzkiego zagrożenia. Od początku widz przewidywał, że losy bohaterów zostały już dawno przesądzone, a wypadki których doświadczają są jedynie tego smutnym potwierdzeniem. Ta beznadziejność przytłaczała widza, wywołując dające się we znaki przygnębienie. W nowej odsłonie przygód chorej rodzinki ludojadów, po rzeczonym klimacie nie ostało się nawet wspomnienie. Reżyser idzie w stronę ironii wyrażonej za pomocą groteski z jawnie przebijającymi się elementami autoparodii. Podobnie było we wspomnianych już Zjedzonych żywcem, ale tam owe elementy umiejętnie korespondowały z "pędzącymi na złamanie karku" wydarzeniami.
 

Nową odsłonę serii wydaje się jakby Hooper kręcił trochę na siłę. Całkowicie chybionym pomysłem było wprowadzenie postaci Porucznika "Lefty" Enrighta granej przez Dennisa Hoppera. Bardzo lubię tego aktora, ale jako mściciel, a zarazem wysłannik boga zwalczający "ogień ogniem" (piłami mechanicznymi), wypada już nawet nie groteskowo, a żałośnie (sceny burzenia kryjówki rodziny). Generalnie, cały scenariusz mocno kuleje. Dużym błędem, który popełnił reżyser, było oddarcie bohaterów z aury tajemniczości i zrobienie z nich bandy klaunów. Natomiast to, co zostało zrobione z Leatherface’em to już woła o pomstę do nieba. Z milczącego, psychopatycznego, brutalnego olbrzyma zrobiono idiotę biegającego dla zabawy z piłą mechaniczną  (o jego słabości do głównej bohaterki nie wspomnę). Na pocieszenie wypada napisać że w filmie, na szczęście, ostało się całkiem sporo nieograniczonego szaleństwa, zaczerpniętego z pierwowzoru. Chyba tylko dzięki temu film jest znośny. Ogólnie -  zmarnowany potencjał.
Ocena 5/10 





Teksańska masakra piłą mechaniczną 3 (Leatherface: Texas Chainsaw Massacre III) /1990/ - reż. Jeff Burr

Dwie poprzednie części serii o Skórzanej Twarzy (jeżeli nawet drugiej nie można uznać za udaną) cechowała specyficzna atmosfera szaleństwa. Wiązało się to po części z podjętym tematem, stworzonym klimatem, ale chyba przede wszystkim z podejścia reżysera do przedstawianej historii. Tam istotne były drobne szczegóły inscenizacyjne poszczególnych scen (przeciągająca się w nieskończoność scena błąkania się jednego z bohaterów po pokoju pełnym brudu, piór i kości – nie tylko kurzych, zakończona spektakularnym uderzeniem młota, najsugestywniejsza w historii kina, scen nabijania na hak, czy scena kolacji z szaloną rodzinką).


To wszystko razem, w oczach widzów, układało się w obraz na wskroś chory - żeby przytoczyć opinię jednego z moich znajomych. Trzecia część przygód psychopatycznej rodzinki wydaje się być filmem poprawnym, ba, nawet dobrym, ale trochę nazbyt "ugrzecznionym". Wszystkie elementy horroru powracają na swoje miejsce zastępując humorystyczny wydźwięk poprzedniej części. Mamy tutaj wartką akcję przeplataną mocniejszymi lub, częściej, słabszymi elementami gore. Ogólnie film może się podobać, ale ja osobiście miałem spory niedosyt. Twórcy pozbyli się wszelkich oznak, tak ulubionego przeze mnie szaleństwa, na rzecz elementów z klasycznego młodzieżowego slashera. Z tego powodu trzecia część Teksańskiej masakry podzieli losy większości średnich slasherów i najpewniej popadnie w zasłużone zapomnienie w odmętach mojej (nie)pamięci.
Ocena 6/10




Teksańska masakra piłą mechaniczną: Następne pokolenie (The Return of the Texas Chainsaw Massacre) /1994/ – reż. Kim Henkel

Cóż to za pokraczne dzieło jest! Wszystko w nim szwankuje. Głupkowata historia, dziurawy i w wielu momentach idiotyczny scenariusz (jakim cudem, dziewczynie nabitej na hak, udało się z niego zejść i uciec niezauważonej?), do tego dodajmy nadekspresyjne aktorstwo i mamy przepis na gniota perfekcyjnego. Jednak coś w tym wszystkim zgrzyta i nie chce się dopasować do tak spektakularnej porażki. Najgorszą rekomendacją dla filmu, w moim mniemaniu, jest sytuacja, w której w połowie seansu orientujemy się, że my ten film już przecież oglądaliśmy. Najzwyczajniej nic nam z niego  nie pozostało w pamięci.


Taki w sumie może nie najgorszy, ale również nic specjalnego - nijaki, letni, typowy przeciętniak. Następnemu pokoleniu Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, taka sytuacja z pewnością nie grozi. Pomimo tak dużego natłoku wad film posiadł zaletę, od której, formalnie lepsza, poprzednia odsłona serii była wolna. Mówię tutaj o owym pierwiastku szaleństwa, nieprzewidywalności, surowości i specyficznego odjechania, który jest tutaj obecny sprawiając, że film emocjonuje. Nie zmienia to, ma się rozumieć, faktu, że film jest kuriozalnie słaby. Pomimo to jednak bawiłem się na nim lepiej niż na poprzedniej części i to ona z pewnością zostanie dłużej w mojej pamięci.
Ocena 5/10 (obiektywnie dałem niższą ocenę niż poprzedniczce, ale subiektywnie powinno być wyżej)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Giallo na plakacie


Wakacje, wakacje… i po wakacjach. W ramach letniego rozprężenia galeria kilkunastu świetnych plakatów z włoskich horrorów giallo (w większości).