piątek, 23 czerwca 2017

Osaczeni wstydem




Przekleństwem wybitnych twórców filmowych (i nie tylko filmowych) jest fakt, iż ich aktualne dokonania artystyczne zawsze odbierane są przez pryzmat ich największych sukcesów twórczych. Im więcej na koncie reżysera sukcesów, tym ma trudniej. Zgodnie z zasadą kontrastu, gdy kiepskiemu (lub przeciętnemu) reżyserowi uda się zrobić coś zaledwie niezłego, wychwalane jest to niewspółmiernie do zasług. Dzieje się tak, ponieważ w porównaniu z wcześniejszymi jego słabymi dziełami, to, co zrobił, wyróżnia się znacząco w sposób pozytywny. Takim reżyserom zasada kontrastu pomaga. Gorzej, gdy przeważająca części pracy twórczej reżysera wychodzi ponad ogólnie przyjętą przeciętność. Tutaj kontrast dla takiego twórcy bywa bezwzględny. Dobre (zaledwie) filmy wybitnego twórcy mogą przynieść wrażenie zawodu. Tak jest właśnie w przypadku najnowszego dzieła Farhadiego, które wprawdzie złym filmem nie jest, ale…


Małżeństwo Emad (Shahab Hosseini) i Rana (Taraneh Alidoosti) zmuszeni są do przeprowadzenia się do innego mieszkania. W aklimatyzowaniu się do nowych warunków przeszkodzi bohaterom nieszczęśliwy zbieg okoliczności, w wyniku którego Rana zostaje napadnięta i trafi do szpitala. Będąc cały czas w szoku, nic z tego traumatycznego zdarzenia nie pamięta. Po powrocie do mieszkania bohaterowie próbują wrócić do normalnego życia. Największy problem z napadem ma Emad, który nie może pogodzić się z myślą, że inny mężczyzna widział jego małżonkę nagą. Na idealnym związku pojawiają się coraz to większe rysy prowadzące do nieprzewidzianych pęknięć.


Farhadi ponownie tematem przewodnim swojego nowego filmu uczynił analizę relacji pomiędzy kobietą i mężczyzną. Już pierwsze sceny Klienta (Forushande, 2016) zwiastują katastrofę, której przyczyna tkwi w niezależnych (błahych) czynnikach zewnętrznych. Główni bohaterowie, to aktorzy, którzy powinni umieć uzewnętrzniać swoje uczucia i emocje. Gdy jednak chodzi o prawdziwe życie, właśnie z powodu ich profesji może im być jeszcze trudniej pozbyć się przyzwyczajeń (narzuconych norm postępowania) szczególnie dlatego, że posiedli umiejętność zakładania masek w zależności od zaistniałej sytuacji. Z jednej strony ta umiejętność ułatwia egzystencję, z drugiej sprawia, że prawdziwe życie może być odgrywane jak ich kolejna, lepsza lub gorsza, inscenizacja.


Po tak rewelacyjnych dziełach jak: Co wiesz o Elly? (Darbareye Elly, 2009), Przeszłość (Le passé, 2013), czy nawet Rozstanie (Jodaeiye Nader az Simin, 2011) najnowsze dzieło reżysera rozczarowuje. Niby to cały czas ten sam Farhadi, niby dostrzegamy rozpoznawalne elementy jego stylu, ale jakieś to takie zbytnio uproszczone, bez energii, bez tak widocznego do tej pory "twórczego pazura". We wcześniejszym filmie pt: Przeszłość, reżyser potrafił zaangażować widza zarówno złożonością fabularnych rozwiązań (zmiana głównego bohatera w połowie seansu), jak i atrakcyjnością formy nieprzystającej do schematu gatunkowego opowiadanej historii (dramat obyczajowy w konwencji thrillera). W Kliencie tego wszystkiego zabrakło.


Mam wrażenie (i nadzieję), że Farhadi tym filmem zrobił sobie głęboki wdech przed czymś o wiele większym. Więcej nawet. Uważam, że cała ta symbolika: spektakl "Śmierć komiwojażera", ostentacyjne nakładanie charakteryzacji przez aktorów, robiona była po to, by przypodobać się zachodniemu widzowi. Udało się, czego dowodem są nagrody, z Oscarem na czele. Nie wiem jednak, czy te zabiegi, niezamierzenie, nie przybliżyły filmu do banału, który kłóci się z postępowaniem bohaterów, mogącym być uznanym za całkowicie niezrozumiałe (szczególnie dla kogoś wychowanego w innym kręgu kulturowym). W świetle mojej powyższej krytyki może to dziwnie zabrzmieć, ale uważam, że Klient jest bardzo solidnym filmem. Dla tak wielkiego twórcy jednak, to "wpadka" i pozostaje mieć tylko nadzieję, że ten spadek formy nie potrwa długo.

sobota, 10 czerwca 2017

Nienawistna czwórka – maj






John Wick 2 (John Wick: Chapter Two) /2017/ - reż. Chad Stahelski

Pierwsza odsłona przygód Baba Yagi, wyjątkowo mocno przypadła mi do gustu. Połączenie schematu "One Man Army" z klimatem lat 80., stylistyką komiksową i nawiązaniami do kina samurajskiego zagrało w tym przypadku wyśmienicie. Keanu Reeves ze swoim "drewnianym" aktorstwem również idealnie dopasował się roli legendarnego zabójcy zmuszonego do powrotu z "zawodowej emerytury". Przyjemną świeżością zawiało w kwestii hotelu działającego według specyficznych honorowych zasad. Druga część jest bardzo podobna jednak pewne zmiany są widoczne. Zgodnie z zasadą sequeli (wszystkiego więcej), już nie mamy do czynienia z "kopią" kina sensacyjnego lat 80., tylko ze schematem gry komputerowej.


Co lepsze? Wszystko zależy od wykonania. W tym przypadku nowy John Wick urzeka widowiskowością. Widoczne jest to w scenie odwrotu po zabójstwie w "ruinach", w której to bohater eliminuje kolejno przeciwników bronią wydobywaną ze schowków, wcześniej przez siebie przygotowanych (jak w grach FPP). Schemat gry komputerowej da się zaobserwować również w finałowej scenie, w której bohater zmuszony jest wykorzystywać broń eliminowanych przeciwników (Max Payne się kłania). Skoro druga odsłona przygód Johna wygląda jak totalna komputerowa strzelanka i zważywszy na sytuacje, w której scenarzyści zostawili naszego niepokonanego bohatera, aż ciężko wyobrazić sobie finał tej trylogii filmowej.  Ja, w każdym bądź razie, czekam.
Ocena 7/10





Kong: Wyspa Czaszki (Kong: Skull Island) /2017/ - reż. Jordan Vogt-Roberts

To co w amerykańskim kinie mainstreamowym kocham najbardziej, to umiejętność lekkiego opowiadania nawet najbardziej irracjonalnych historii. Jeżeli z tym wszystkim zgra się forma oraz przedstawieni bohaterowie, to potrafię zatracić się w seansie nie zwracając uwagi na niektóre naciągane "szczegóły" fabularne. Rzecz jasna, by to wszystko odpowiednio razem zagrało potrzebny jest właściwy reżyser. Nie musi być jakiś szczególnie wybitny czy "wielki" (chociaż pewnie by nie zaszkodziło). Wystarczy, by robił to co robi, z przyjemnością, bawiąc się w taki sposób, w jaki oczekiwałby tego od widzów. Tylko tyle i aż tyle. Ja to wtedy "łykam".


Dokładnie tak jest właśnie z nowym Kongiem - czyste hedoniczne doznanie. Zdaję sobie sprawę z tego, że można dyskutować z "logicznością" fabuły. Ja tego jednak nie zamierzam robić, bo i po co? Otrzymałem przyjemną rozrywkę z efekciarskimi "bajerami" wizualnymi, odprężającą opowieść z bohaterskim Kongiem, a wszystko to wymieszane z masą nawiązań do klasyki kina. Mi to w zupełności wystarcza.
Ocena 7/10





Potwór z Czarnej Laguny (Creature from the Black Lagoon) /1954/ - reż. Jack Arnold

Zważywszy na rok produkcji nie oczekiwałem zbyt wiele. Ot, kolejna archaiczna opowieść na temat zmagań człowieka z nieznanym. Poniekąd jest to prawda, ale jak na filmową skamielinę całkiem dużo w tym obrazie życia. Najbardziej imponuje świetna realizacja scen podwodnych, jednych z najlepszych (jeżeli nie najlepszych) jak na owe czasy. Wprost rewelacyjnie sfilmowana jest scena, w której główna bohaterka Kay (Julie Adams) wypływa zażyć kąpieli, a każdy jej ruch obserwowany jest spod wody przez śledzącą ją postać monstrum. Słowa wielkiego uznania za pomysłowość i realizację.


Największe obawy budził we mnie wygląd potwora. Na takiego gatunku filmach ząb czasu w dziedzinie charakteryzacji widoczny jest bodajże najjaskrawiej. Nie będę pisać, że w tym przypadku jest inaczej, bo nie jest. Nie razi to jednak znacząco (mając cały czas na uwadze rok produkcji), doskonale komponując się z wymagającymi wyczynami aktorskimi (podwodne ewolucje w pełnym przebraniu). Świetnie zachowany klasyk monster movie.
Ocena 7/10





Strażnicy Galaktyki vol. 2 (Guardians of the Galaxy Vol. 2) /2017/ - James Gunn

Gunn spisał się wyśmienicie bo to ciągle niezwykle dobry mainstream jest. Wszystkie elementy, które zapewniły sukces części pierwszej znajdują się również w jej kontynuacji. Mamy humor, nawiązania do współczesnej popkultury, ale przede wszystkim dobrze napisanych bohaterów. Nikt tutaj nie stanowi tła dla kogoś innego. Wszyscy są ważni, wszyscy mają do odegrania istotną rolę. Reżyser stawia na sprawdzony zestaw postaci wzbogacając go o kilka nowych i oryginalnych indywiduów (Ego).


Jedna tylko krytyczna uwaga nasuwa się bezpośrednio po jakże udanym seansie. Miejmy nadzieję, że w trzeciej części Strażników Galaktyki Gunn nie posunie się dalej w swoim humorze, bo już w tej części w niektórych momentach efekt jego żartów przesuwał się niebezpiecznie z ironii w stronę parodii (m.in. scena z szukaniem taśmy klejącej czy wielki Pac-Man). Nie sądzę, by tego właśnie reżyser oczekiwał. Jak to mówią: pożyjemy, zobaczymy (ja na pewno).
Ocena 7/10

niedziela, 21 maja 2017

Gdy pozostają już tylko instynkty




Ann (Margot Robbie) jest jednym z ostatnich ludzi ocalałych z nienazwanej (dla widza) katastrofy. Dzielnie zajmuje się swoim domostwem, ufność pokładając w Bogu. Jak każda istota ludzka tęskni za drugim człowiekiem. Jej pragnienie spełni się wraz z przybyciem Johna (Chiwetel Ejiofor). Bohater jest naukowcem, który cudem przeżył zabójcze napromieniowanie. Pomimo wielu różnic bohaterowie powoli zaczynają ze sobą współpracować - człowiek ciągnie do drugiego człowieka. Wszystko jest na najlepszej drodze do odnalezienia optymalnego szczęścia dla obojga bohaterów, ale wtedy pojawia się Caleb (Chris Pine).


Katastrofa, na którą w filmie Z jak Zachariasz (Z for Zachariah, reż. Craig Zobel, 2015) napotyka ludzkość, jest dla reżysera doskonałym pretekstem do analizy pierwotnej natury człowieka. Ann i John są przeciwieństwami. Ona – zacofana, biała wieśniaczka, pokładająca wiarę w Bogu. On – czarnoskóry naukowiec opierający się w swoich działaniach na nauce. Właściwie nic ich nie łączy, może poza chucią – a i ta wyraźnie bardziej ze strony kobiety (młodość). Matka natura zadbała jednak, by gatunek nie wymarł narzucając potrzebę bliskości oraz instynkt rozrodczy. Od kobiety żąda on stania się matką, a od mężczyzny - zapłodnienia samicy. Gdy samica nie będzie miała wyboru, zadowoli się tym, co ma, w przeciwnym razie, świadomie lub podświadomie, zawsze szukała będzie najlepszego samca. Ludzie to jednak nie zwierzęta i z nimi sprawa jest trochę bardziej skomplikowana – niestety, tylko trochę. John widzi, co się zaczyna powoli rodzić pomiędzy Ann i Calebem i wie, że gdy się to ostatecznie dokona, wyrzucony zostanie poza nawias "stada". Zdaje sobie sprawę ze swojej wartości ("uzbrojonego" w wiedzę naukowca), jednak wie również, że jest ona istotna tylko do momentu, gdy będzie przydatna. Wie, że dla tych, wychowanych w zgodzie z tradycją białych, "gdy czarnuch zrobi, co do niego należy, czarny będzie mógł odejść" (wybudowanie generatora prądu). Jego jednak natura również wyposażyła w instynkt przetrwania, a życie przetestowało w trudnych sytuacjach (dramatyczna sytuacja z młodszym bratem Ann). Koniec końców samica (gdy nie będzie miała innego wyboru) zadowoli się tym samcem, który przy niej pozostanie.


Reżyser prowadzi film bardzo spokojnie, oszczędzając widzom gwałtownych zwrotów akcji. Wszystkie relacje pomiędzy bohaterami wyrażone są półsłówkami, gestami, które zdają się jednak mówić wszystko. Widzowie zmuszeni są do samodzielnego wyrobienia sobie opinii o poszczególnych bohaterach. Nie wybiela się ich ani nie demonizuje, wyposaża jedynie w zalety i wady przynależne opisywanemu charakterowi. Spośród trojga bohaterów prym wiedzie Anna, w przekonującej interpretacji Margot Robbie (jeszcze przed jej brawurowym występem w Suicide Squad, reż. David Ayer, 2016). Jest to postać również najbardziej tragiczna. Całkiem zaradna, bo wychowana na wsi, ma szereg atrybutów, o które warto zabiegać. Posiada dom, ziemię, maszyny, i narzędzia, które pozwolą na przeżycie. Do tego jest młoda i atrakcyjna. Długa rozłąka z najbliższymi rozbudziła w niej tęsknotę za drugim człowiekiem. Wychowywana tradycyjnie, nie wydaje się ani zbytnio mądra ani też inteligentna. Do tego bogobojna i z dobrym sercem, nie stroniąca od zabobonów. Wydaje się być doskonałą zdobyczą dla "ludzkich zwierząt". Caleb jest jej męskim odbiciem. Przystojny, młody robotnik fizyczny, pochodzący z tych samych stron co Ann. Wychowany w tej samej wierze, również kieruje się instynktem. Zdaje sobie sprawę z przewagi, którą powoli zdobywa nad konkurentem. W porównaniu z nimi John mieni się niczym przybysz z innej planety (pierwszy raz w filmie bohater pojawia się w kombinezonie przywodzącym na myśl kosmitę). Naukowiec, w swoim działaniu wykorzystujący przede wszystkim umysł, nie dający ponosić się instynktowi (powstrzymywanie Ann prze przedwczesnym spółkowaniem). Jego metody sprawdzały się w cywilizowanym świecie, którego jednak już nie ma. W jego miejscu pozostały już tylko pierwotne instynkty. John zdaje sobie sprawę, że traci szansę, która będzie nie do odzyskania. W świecie, w którym rządzą instynkty, zmuszony będzie poddać się im w imię własnego przetrwania.


Swoim najnowszym filmem Craig Zobel wpisuje się w jeden z trendów współczesnego kina, w którym za temat przewodni obiera się postępowanie ludzi w trakcie, lub bezpośrednio po wybuchu jakiegoś z kataklizmów. Opowiadają o tym m.in. 10 Cloverfield Lane (reż. Dan Trachtenberg, 2016), Snowpiercer: Arka przyszłości (Snowpiercer, reż. Joon-ho Bong, 2013), Strefa X (Monsters, reż. Gareth Edwards, 2010), Trzy dni (Tres dias, reż. F. Javier Gutiérrez, 2008) i inne. Z jak Zachariasz jest jednak od tych filmów o wiele mniej "krzykliwy", bardziej oszczędny w środkach filmowego wyrazu, co jednak w żadnym wypadku nie umniejsza siły jego przekazu.

piątek, 5 maja 2017

Nienawistna czwórka – kwiecień







Uniwersalny żołnierz: Dzień odrodzenia (Universal Soldier: Day of Reckoning) /2012/ - reż. John Hyams

Już trzecia część Uniwersalnego żołnierza (Universal Soldier: Regeneration, reż. John Hyams 2009) udowodniła, że reżyser wie jak robić porządne kino sensacyjne klasy B. Bardzo dobre sceny walk, dużo nieskrywanej przemocy, dekadencki klimat i nieuwłaczający inteligencji widza scenariusz, mogły się podobać. To zaskakujące, ale czwarta część jest jeszcze lepsza! Tym razem główną rolę, Van Damme oddał swojemu młodszemu koledze. Scott Adkins radzi sobie całkiem nieźle - szczególnie na polu sprawności fizycznej. "Mrok" części trzeciej zastąpiono psychodeliczną atmosferą, która typowego fana kina kopanego może wprawić w niemałą konsternację. Dziwnie to zabrzmi, bo to zdecydowanie nie ta liga, ale film w dużym stopniu nawiązuje do Czasu Apokalipsy (Apocalypse Now, reż. Francis Ford Coppola, 1979).


Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, iż te widoczne inspiracje całkiem dobrze przyjęły się na grunt, bądź co bądź, odmiennego gatunku filmowego. Van Damme jest niczym Pułkownik Kurtz, a Adkins jak Kapitan Willard. Na tym jednak podobieństwa się nie kończą. Cała idea poszukiwań zabójców swojej rodziny jest odbiciem podróży wewnątrz własnego umysłu (świetna scena płynięcia łodzią). Swoistym mrugnięciem okiem do fanów wspomnianego arcydzieła Coppoli jest zakończenie, które odpowiada na pytanie, co by się mogło stać, gdyby Kapitan Willard postąpił inaczej. Sprawna reżyseria, bardzo dynamicznie poprowadzona akcja ze scenami, które angażują sprawia, że o znużeniu podczas seansu mowy być nie może. Naprawdę zaskakujące i nietuzinkowe kino akcji.
Ocena 8/10





Smak curry (The Lunchbox) /2013/ - reż. Ritesh Batra

Życie składa się z pasma przypadkowych sytuacji, które trafiają czasem na podatny grunt, z którego może wyrosnąć coś nadspodziewanie pięknego. Ila (Nimrat Kaur) próbuje być dobrą żoną. Zajmuje się domem, dzieckiem, a oprócz tego, codziennie tworzy wykwintne potrawy, które wysyła mężowi do pracy. Saajan (Irrfan Khan), to starzejący się pracownik działu reklamacji. Od lat żyje samotnie odgrodziwszy się od innych murem niedostępnej szorstkości. To do niego właśnie, omyłkowo, trafia z sercem przygotowany lunch Ili. Pomiędzy bohaterami zawiązuje się specyficzna relacja opierająca się na papierowej korespondencji dołączanej do kolejnych posiłków (stąd tytuł: The Lunchbox).


Dwie podobne dusze spotykają się na rozdrożach egzystencji (ona niekochana i zdradzana przez męża, on zgorzkniały, bez żadnych złudnych nadziei po śmierci żony). Czy ta sama tęsknota za czymś nieosiągniętym może na trwałe związać ze sobą podstarzałego, patrzącego na życie z dystansem, mężczyznę, z piękną i pełną młodzieńczego wigoru kobietą? Czy tym razem, już świadome wybory bohaterów nie pokrzyżują planów przypadkowi? Przepiękne, minimalistyczne kino bezpretensjonalnie ukazujące szereg prawd na temat wartości naszego życia. Już dzisiaj nie obawiam się napisać, że to będzie jeden z dziesięciu moich najlepszych filmów tego roku.
Ocena 9/10 (Nimrat Kaur jest w tym filmie przeuroczo kobieca)





Daredevil - sezon 2 (NETFLIX)

Pierwszy sezon Daredevila mnie znużył. Był wstępem koniecznym do umiejscowienia niewidomego bohatera w rzeczywistości nowo powstałego uniwersum superbohaterów. Wstępem jednak, dla mnie, nazbyt nudnym. Oprócz Matta Murdocka (Charlie Cox) na uwagę zasługiwał tylko Wilson Fisk (Vincent D'Onofrio), a i on nie spełnił całkowicie pokładanych w nim oczekiwań. Aktorsko było całkiem w porządku, jednak konstrukcją postaci odbiegał od mojego wyobrażenie, które wyrobiłem sobie na podstawie przeczytanych komiksów.



Drugi sezon rozpoczął się z przyjemnym "przytupem". Frank Castle (Jon Bernthal) wkroczył na scenę momentalnie detronizując naszego niewidomego bohatera. Krwawa vendetta Punishera pchnęła serial w stronę bardziej dojrzałego widza (trup ścielę się gęsto). I w tym przypadku nie dorównuje wyobrażeniom (Dolph Lundgren już chyba na zawsze zostanie dla mnie idealnym Pogromcą) jednak tym razem nie budzi niedosytu. Jest inny, ale też "fajny". Natomiast postać Elektry Natchios (Elodie Yung) to interpretacyjny strzał w dziesiątkę. Twórcy przechodzą samych siebie wprowadzając bohaterkę na miarę tej z papierowego pierwowzoru. Niebagatelną zasługę przypisać należy aktorce, która elektryzuje wyjątkową siłą kobiety niebezpiecznej. W tym kontekście nie dziwi fakt, że bohater mógł stracić dla niej głowę.


Z przymrużeniem oka natomiast należy potraktować jej wyczyny jako wojownika (szczególnie na początku serii). W komiksie bohaterka była mistrzynią Ninjutsu, tutaj, krótko mówiąc, nią nie jest. Twórcy próbują wizualnymi trickami to jakoś zatuszować, ale fakty pozostają niezmienne. Miejmy nadzieję, że do kolejnych serii dziewczynina się trochę podszkoli;) Po pierwszym sezonie Daredevila czułem niedosyt. Druga seria rozwiała go zupełnie, pozostawiwszy oczekiwania, z którymi kolejny sezon może sobie nie poradzić. Rozwiązaniem jest wprowadzenie charyzmatycznej postaci, na przykład psychopaty Bullseyea i powrót Elektry (Frank doczekał się własnej serii więc można mu odpuścić).
Ocena za 2 sezon to 8/10 (za Elektrę i Franka "gwiazdka" w górę)





Logan: Wolverine (Logan) /2017/ - reż. James Mangold

Pozytywną zmianę, porównując z poprzednimi solowymi filmami Logana, widać już w pierwszej scenie, w której to główny bohater dosłownie masakruje grupę okradających go rzezimieszków. Tym razem twórcy nie oszczędzają widzom żadnego szczegółu, dlatego mamy przyjemność w całej okazałości obejrzeć efekty zetknięcia szponów z adamantium z ciałem człowieka. Niby szczegół, ale ewidentnie zwiastujący  zmianę podejścia do postaci rosomaka. Cały obraz jest surowy, chropowaty, bez kolorowych "fajerwerków" tak często używanych w jego poprzednich solowych występach oraz w przygodach drużyny X-Men, do której bohater należy.


Niestety wszystkie zachwyty, tak widzów jak i krytyków, mających okazje przedpremierowo zakosztować przygód Logana, zepsuły mi (do pewnego stopnia) odbiór filmu. Opinie zwiastowały dzieło, co najmniej, przełomowe. Otrzymujemy, natomiast, kawał solidnego kina sensacyjnego, jednak bez większych rewelacji. Nie jest on wolny od błędów (lub raczej "przegięć") typowych dla filmów gatunku. Nadal mamy schematy, ckliwość, irracjonalne zachowania bohaterów i inne "grzechy" współczesnych mainstreamów. Na tle jednak konkurencji nowa produkcja ze stajni Marvela i tak prezentuje się nadzwyczaj solidnie (ze zniecierpliwieniem oczekuję na nowych Strażników Galaktyki).  
Ocena 7/10

piątek, 21 kwietnia 2017

Wychodząc z cienia




Patrząc na nowy filmu Alice Winocour pt. Cień (Maryland, 2015) tylko jak na thriller, można odczuć pewien niedosyt. Mamy, co prawda, dobrze zrealizowaną, prostą fabularnie historię ochroniarza zmuszonego do konfrontacji z intrygą zakorzenioną głęboko w dalece nieokreślonych układach politycznych, jednak rozwiązanie tej intrygi rozmywa się gdzieś, by nie napisać - ginie w mrokach niewiedzy (główni antagoniści nie zostają "ukarani"). Mamy oczywiście i uczucie, które jest motorem sprawczym działań bohatera, ale nic z niego ostatecznie nie wynika. Można na tym poziomie interpretacyjnym pozostać i nawet nieźle się bawić, ale nie warto. O wiele ciekawiej robi się, gdy na film spojrzymy z trochę innej strony.


Widz poznaje głównego bohatera, gdy ten jest jeszcze w wojsku. Nieoczekiwane problemy zdrowotne zmuszają Vincenta (Matthias Schoenaerts) do przeprowadzenia serii specjalistycznych badań. Lekarz stawia diagnozę: syndrom stresu pourazowego, zalecenia: zakaz podejmowania kolejnych misji. Dla bohatera diagnoza jest niczym wyrok. Nie może i nie chce przyznać się do problemów, zarówno przed sobą, jak i przed innymi. Wojsko definiuje bohatera, w nim się realizuje. W przerwie pomiędzy misjami, dla zarobku, ale również dla potwierdzenia przed otoczeniem swojej niezachwianej formy zawodowej, przyjmuje pracę w charakterze ochroniarza.


Tytułowy Maryland odczytywać można co najmniej na dwa sposoby. W pierwszym, dosłownym, rozumieniu oznacza miejsce, w którym toczyć się będzie akcja filmu. Taką nazwę widz zobaczy przed posesją, do której przyjeżdża bohater. Drugie znaczenie kieruje nas w stronę stanu umysłu Vincenta i jego postrzegania świata jako osoby pogrążonej w chorobie. To podczas jego pobytu w Marylandzie właśnie, widz ma okazję obserwować jej postępy. Bohater próbuje zachować pozory jednak bardzo ciężko panować mu nad postępującymi objawami. Reżyser filmu przyjmuje perspektywę Vincenta, dzięki czemu możemy obserwować atmosferę ciągłego zagrożenia, w której egzystuje bohater. Rozedrgany obraz, nietypowe ujęcia i kąty pracy kamery, odgłosy jakby ze środka głowy bohatera, zagłuszające dźwięki z otoczenia, częste zbliżenia twarzy – wszystko to w celu jak najgłębszego wejścia  "w skórę" bohatera. Czujemy jego niepokój, żyjemy jego, ogarniającym go zewsząd, zagrożeniem, obserwujemy jego usilne i bezustanne poszukiwania "wroga". W swoich działaniach Vincent zatraca zupełnie obiektywny osąd sytuacji, i funkcjonuje niczym w sennym koszmarze.


Kto wie, jak postępowałaby "choroba", gdyby bohater nie zauważył (scena w deszczu) Jessie (Diane Kruger), właścicielki całej posiadłości, i nie zauroczył się nią. Od tego momentu wszystkie jego zmysły, cała uwaga, zwrócona zostanie w jej stronę. To ona stanie się jego "celem". Pobudki nim kierujące będą jednak inne niż zazwyczaj. Tym razem nie ofensywa (atak), co defensywa (obrona), ale kto wie, czy nie sprowadza się to do tego samego.

 

Uczucie, którym Vincent obdarzy Jessie, jest nie tyle lekarstwem, co katalizatorem w żmudnej drodze do zrozumienia swojego, za wszelką cenę wypieranego, problemu. Reakcje bohaterki na zachowania Vincenta burzą jego spokój, zmuszając do zastanowienia nad tym, co robi. Najistotniejszą rolę odgrywa w tym fakt, że postępowanie Vincenta jest uzasadnione, a Jessie i jej rodzina rzeczywiście jest zagrożona. To powoduje, że bohater, ku własnemu zdziwieniu, stwierdza, że robiąc to, co "należy" i tak może postępować (i postępuje) niewłaściwie. Zawsze samotny, nie dopuszcza opinii innych lub je bagatelizuje(lekarze). Ta postawa pod wpływem Jessie zaczyna się zmieniać. Kobieta jest niczym lustro, które zacznie ukazywać cały brud duszy bohatera. Z jej opiniom bohater będzie się liczył, w sposób niezamierzony, podświadomie, z szacunku i w odpowiedzi na uczucie, jakim obdarzy kobietę.


Mówi się, że osobę chorą można zacząć skutecznie leczyć, gdy ta przyzna się sama przed sobą do choroby. Owa świadomość choroby dociera do Vincenta w ostatnich minutach filmu, gdy na skutki swoich czynów popatrzy nie tylko swoimi, ale również i oczyma ukochanej przez siebie osoby. Od tej chwili bohater wychodzi z zamieszkiwanego od dawna symbolicznego "Marylandu" i spostrzega, że sam w sobie jest zagrożeniem, na które nie może, a przede wszystkim, nie chce narażać tej jedynej osoby. Finałowa scena jest pożegnaniem, a zarazem  widzialną tęsknotą za czymś, co (na razie) nie może bohaterowi być dane. Niczym sen na jawie.


W filmie liczy się tylko dwoje bohaterów. To pomiędzy Jessie i Vincentem rozegra się emocjonalna potyczka, w wyniku której bohater tyleż samo zyska, co straci (zyska możliwość próby świadomego powrotu do zdrowia, straci możliwość obcowania z ukochaną osobą). Diane Kruger umiejętnie kreuje postać, która z jednej strony jest bardzo zmysłowa i delikatna, wymagająca opieki mężczyzny, z drugiej - emanuje ogromną siłą charakteru. Vincent, natomiast to taki superbohater, tylko że bez peleryny. Oddany, rzeczowy, konkretny, tajemniczy ale z przebłyskiem "wkurwu" w oczach. Przyciąga kobiety. Prawię jak rycerz, ale na miarę naszych czasów.


"Do szczęścia (uzdrowienia) człowieka potrzebny jest drugi człowiek". Z tą prawdą, starą jak świat mierzą się, w otoczeniu atmosfery snu, bohaterowie nowego filmu Alice Winocour. Tylko tyle i aż tyle. To jednak wystarczy.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Nienawistna czwórka – marzec






Zabij mnie jeszcze raz (Kill Me Again) /1989/ - reż. John Dahl

Udane nawiązanie do stylistyki filmów noir. Elementy składowe fabuły definiują gatunek (mroczna tajemnica, postać femme fatale, nie do końca uczciwy detektyw) jednak klimat i sposób kręcenia zanurzony jest już w latach 80. Dwa gorące nazwiska (Val Kilmer i Joanne Whalley), które rozbłysły na chwilę razem dzięki przebojowej baśni: Willow (reż. Ron Howard, 1988). Drogi prywatne i zawodowe tej pary szybko się rozeszły jednak filmy, na szczęście pozostały.


John Dahl na granicy tandety filmów z lat 80, serwuje widzom bardzo spójny obraz,w którym współczesny człowiek jest tylko narzędziem zniewolonym przez władającą nim rządzę pieniądza. W takim świecie nie ma miejsca na przyjaźni, a już z pewnością na miłość. Egoizm wydaje się być cechą wyssaną wraz z mlekiem matki i gdyby nie końcowe spotkanie bohatera z pierwotnymi mieszkańcami dzikiego zachodu, jakiekolwiek odruchy ludzkiego serca byłyby w filmie niebyłe.
Ocena 7/10






The Edge of Seventeen /2016/ - reż. Kelly Fremon

Opowiadaną historię pomimo, że trąci trochę banałem, określić można jednym słowem: urocza. Sama reżyser ją uwielbia, bawi się przy niej i czuć, że zależy jej na bohaterach. Miłość twórcy, w tym przypadku, maskuje naprawdę wiele niedociągnięć. Co by jednak nie napisać, sukces filmu należy upatrywać we wprost rewelacyjnie wykreowanej głównej bohaterce. Postać Nadine (Hailee Steinfeld) jest świetnie napisana, ale również, i to chyba najpierw, z rzadko spotykaną młodzieńczą werwą zagrana.


Wcielająca się w główną postać, młoda aktorka kradnie cały film przysłaniając skutecznie pozostałe elementy filmu. Nie sposób w tym miejscu nie przywołać innej młodej kobiecej bohaterki z podobnego ale o wiele lepszego filmu Todda Solondza: Witaj w domku dla lalek (Welcome to the Dollhouse, 1995). Dawn (w rozkładającej na łopatki kreacji Heather Matarazzo) oraz Nadine pomimo wielu różnic odznacza ta sama siła charakteru i "czar" władny przyćmić dosłownie wszystko.
Ocena 7/10





Pentameron (Il racconto dei racconti) /2015/ - reż. Matteo Garrone

Pentameron to piękna bajka, która bajką być nie chce oraz cudaczna baśń, która przywraca potworom ich naturalną, okropną twarz. Reżyser bawi się z widzem, co rusz wystawiając jego przyzwyczajenia na próbę. Schematy opowieści dla dzieci ukazane są z wszelkimi konsekwencjami świata "dorosłych". Z tego właśnie powodu ojcowie jedynaczek są słabi charakterem i ulegają swoim fanaberią, matki martwią się jedynie o upragnione i okraszone krwią potomstwo, starość zawsze będzie tęsknić za młodością, a siostrzana solidarność szybko wyparta zostanie przez blichtr wielkiego świata.



Jest tam niegłupi ogr, w głębi serca pragnący tylko tego, co wszyscy, czyli dostępu do luksusów otaczającego go świata (księżniczka). W końcu jest owa księżniczka, która nie jest w stanie wyjść poza ramy swojego samolubnego postrzegania świata. Ślepa na sygnały z zewnątrz mogące zburzyć jej światopogląd, woli wziąć sprawy w swoje ręce niżeli oddać się zakochanemu w niej stworowi (zapomnijmy o romantyzmie "Pięknej i bestii"). Przywołany wątek ogra ciekawy jest również w kontekście historii, wszystkim znanego, Shreka, który zdaje się, zmienił globalne postrzeganie potwora dając mu "twarz" bardziej ludzką od niejednego człowieka. I jeszcze ta końcówka, która pozostaje otwarta bez żadnej możliwości dodania "i żyli długo i szczęśliwie".
Ocena 7/10





Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć  (Fantastic Beasts and Where to Find Them) /2016/ - reż. David Yates

Nie spodziewałem się, że nowy film ze świata Harry’ego Pottera będzie aż tak przyjemny w odbiorze. Jest to wyjątkowo dla widzów bezbolesna podróż wraz z jednym z uczonych Hogwardu. Paradoksalnie, to co w filmie imponuje najbardziej, to wcale nie tytułowe "zwierzęta", a postacie ludzkie. Duże brawa należą się za poszczególnych bohaterów, przede wszystkim dla tych najbardziej znaczących. Co prawda wszystkie postacie mieszczą się w schemacie bohaterów opowieści dla młodzieży, jednak twórcom udało się uniknąć ich przerysowania (vide: rodzina zastępcza głównego bohatera w filmach o Harrym Potterze).


Słowa uznania należą się również osobom odpowiadającym za casting. Wszyscy aktorzy ze swoich ról wywiązali się wzorowo. Ostatecznie, Fantastyczne zwierzęta (…) są bardzo kolorowe, wypełnione po brzegi widowiskowymi efektami specjalnymi i wcale niegłupie. Fajna końcówka sprawia, że w pamięci zostaje przyjemne odczucie połączone z przyjemnym niedosytem (kontynuację obejrzę chociażby dla uroczej Katherine Waterston).
Ocena 7/10

czwartek, 23 marca 2017

W potrzasku




Muszę się przyznać, że najnowszy film Marcusa Dunstana, to dla mnie spore zaskoczenie. Po całkiem udanym The Collector (2009) reżyser "popełnił" jego kontynuację (The Collection, 2012), która z różnych względów zupełnie do mnie nie trafiła. To niepowodzenie nie wróżyło niczego dobrego na przyszłość. Postanowiłem się jednak nie zrażać i ochoczo usiadłem do seansu najnowszego dzieła reżysera, o tyleż dźwięcznym, co wielce sugerującym tytule: The Neighbour (2016). Do tej pory nie jestem w stanie uwierzyć w to, co miałem przyjemność zobaczyć. Różnica w jakości jest tak duża, że gdyby nie znajome elementy stylu reżysera, można by zacząć się zastanawiać, czy na pewno to on jest jego autorem.


Para kochanków: John  i Rosie (Josh Stewart i Alex Essoe) próbuje wyrwać się z otaczającej ich rzeczywistości. W przeddzień ich wymarzonego wyjazdu odwiedza ich tytułowy sąsiad. Od samego początku wizyty nieproszony gość jest widocznie zauroczony Rosie. Następnego dnia John wyjeżdża wykonać ostatnie zlecenie. Po powrocie do domu swojej kobiety już nie zastaje. Rozpoczyna poszukiwania, które w naturalny sposób kierują go w stronę posesji sąsiada.


Od pierwszych minut nowego filmu Marcusa Dunstana uderza w widza atmosfera niepokoju, która wręcz przytłacza. Czujemy się jak w pułapce, tak, jak powinni czuć się bohaterowie, niczym zaszczute zwierzęta. Wzorcowo stopniowane napięcie nie pozwala na chwilę nieuwagi. Reżyser realizuje modelowo zasadę: boimy się tego, co niewidoczne. Napięcie jednak nie znika nawet wówczas, gdy wszystkie karty filmowej zagadki zostają już odkryte. Dzieje się tak za sprawą sprytnego zabiegu. Mianowicie, wszystko co dzieje się na ekranie, obserwujemy zza pleców głównego bohatera, ukrytego o kilka metrów od oprawców. Widz przyjmuje niebezpieczeństwo podglądacza, który w każdej chwili może zastać odkryty. W ten sposób twórcy nie pozbywają się napięcia, tylko przesuwają go z elementu niewiedzy, w stronę strachu o moment dekonspiracji bohatera. Dodatkowo cała fabuła bardzo mocno trzyma się  logiki i ciężko doszukać się sytuacji nierealnych. Cieszy to bardzo zważywszy, że poprzednie filmy reżysera nie były od tego mankamentu zupełnie wolne (a przecież za scenariusze filmów Dunstana odpowiadają zawsze te same osoby).


Po raz trzeci w filmie reżysera podziwiać można wyczyny Josha Stewarta. Dobrany do wymagań roli został wprost idealnie. Gra bardzo oszczędnie, tłumiąc wszystkie zbędne środki aktorskiej ekspresji. Partnerująca mu Alex Essoe godnie dotrzymuje mu kroku. Nie do końca zadowoliła mnie natomiast kreacja aktorska tytułowego "sąsiada", będąca nie tyle źle zagraną, co niewłaściwie zinterpretowaną - zbyt mało "demoniczną" (zważywszy na cechy charakteru i sytuację, których był inspiratorem). Na szczęście jest to jedyny drażniący element w filmie.


Jako reżyser Marcus Dunstan w swoich filmach jest bardzo monotematyczny. Można powiedzieć, że prześladują go zamknięte przestrzenie szczególnie obcych domostw. Tak było w poprzednich filmach, tak jest i teraz. Za swój cel reżyser obiera takie przedstawienie zaistniałej sytuacji, by atakowała zmysły widzów przez cały czas trwania seansu.  Zamierzenie reżysera w filmie The Neighbour zostaje w pełni osiągnięte, dlatego z jednej strony zastanawiam się, a z drugiej, już nie mogę doczekać, kolejnego jego filmu, nawet jeżeli ponownie chciałby swoich bohaterów zamknąć na obszarze złowrogiej posesji.