piątek, 21 kwietnia 2017

Wychodząc z cienia




Patrząc na nowy filmu Alice Winocour pt. Cień (Maryland, 2015) tylko jak na thriller, można odczuć pewien niedosyt. Mamy, co prawda, dobrze zrealizowaną, prostą fabularnie historię ochroniarza zmuszonego do konfrontacji z intrygą zakorzenioną głęboko w dalece nieokreślonych układach politycznych, jednak rozwiązanie tej intrygi rozmywa się gdzieś, by nie napisać - ginie w mrokach niewiedzy (główni antagoniści nie zostają "ukarani"). Mamy oczywiście i uczucie, które jest motorem sprawczym działań bohatera, ale nic z niego ostatecznie nie wynika. Można na tym poziomie interpretacyjnym pozostać i nawet nieźle się bawić, ale nie warto. O wiele ciekawiej robi się, gdy na film spojrzymy z trochę innej strony.


Widz poznaje głównego bohatera, gdy ten jest jeszcze w wojsku. Nieoczekiwane problemy zdrowotne zmuszają Vincenta (Matthias Schoenaerts) do przeprowadzenia serii specjalistycznych badań. Lekarz stawia diagnozę: syndrom stresu pourazowego, zalecenia: zakaz podejmowania kolejnych misji. Dla bohatera diagnoza jest niczym wyrok. Nie może i nie chce przyznać się do problemów, zarówno przed sobą, jak i przed innymi. Wojsko definiuje bohatera, w nim się realizuje. W przerwie pomiędzy misjami, dla zarobku, ale również dla potwierdzenia przed otoczeniem swojej niezachwianej formy zawodowej, przyjmuje pracę w charakterze ochroniarza.


Tytułowy Maryland odczytywać można co najmniej na dwa sposoby. W pierwszym, dosłownym, rozumieniu oznacza miejsce, w którym toczyć się będzie akcja filmu. Taką nazwę widz zobaczy przed posesją, do której przyjeżdża bohater. Drugie znaczenie kieruje nas w stronę stanu umysłu Vincenta i jego postrzegania świata jako osoby pogrążonej w chorobie. To podczas jego pobytu w Marylandzie właśnie, widz ma okazję obserwować jej postępy. Bohater próbuje zachować pozory jednak bardzo ciężko panować mu nad postępującymi objawami. Reżyser filmu przyjmuje perspektywę Vincenta, dzięki czemu możemy obserwować atmosferę ciągłego zagrożenia, w której egzystuje bohater. Rozedrgany obraz, nietypowe ujęcia i kąty pracy kamery, odgłosy jakby ze środka głowy bohatera, zagłuszające dźwięki z otoczenia, częste zbliżenia twarzy – wszystko to w celu jak najgłębszego wejścia  "w skórę" bohatera. Czujemy jego niepokój, żyjemy jego, ogarniającym go zewsząd, zagrożeniem, obserwujemy jego usilne i bezustanne poszukiwania "wroga". W swoich działaniach Vincent zatraca zupełnie obiektywny osąd sytuacji, i funkcjonuje niczym w sennym koszmarze.


Kto wie, jak postępowałaby "choroba", gdyby bohater nie zauważył (scena w deszczu) Jessie (Diane Kruger), właścicielki całej posiadłości, i nie zauroczył się nią. Od tego momentu wszystkie jego zmysły, cała uwaga, zwrócona zostanie w jej stronę. To ona stanie się jego "celem". Pobudki nim kierujące będą jednak inne niż zazwyczaj. Tym razem nie ofensywa (atak), co defensywa (obrona), ale kto wie, czy nie sprowadza się to do tego samego.

 

Uczucie, którym Vincent obdarzy Jessie, jest nie tyle lekarstwem, co katalizatorem w żmudnej drodze do zrozumienia swojego, za wszelką cenę wypieranego, problemu. Reakcje bohaterki na zachowania Vincenta burzą jego spokój, zmuszając do zastanowienia nad tym, co robi. Najistotniejszą rolę odgrywa w tym fakt, że postępowanie Vincenta jest uzasadnione, a Jessie i jej rodzina rzeczywiście jest zagrożona. To powoduje, że bohater, ku własnemu zdziwieniu, stwierdza, że robiąc to, co "należy" i tak może postępować (i postępuje) niewłaściwie. Zawsze samotny, nie dopuszcza opinii innych lub je bagatelizuje(lekarze). Ta postawa pod wpływem Jessie zaczyna się zmieniać. Kobieta jest niczym lustro, które zacznie ukazywać cały brud duszy bohatera. Z jej opiniom bohater będzie się liczył, w sposób niezamierzony, podświadomie, z szacunku i w odpowiedzi na uczucie, jakim obdarzy kobietę.


Mówi się, że osobę chorą można zacząć skutecznie leczyć, gdy ta przyzna się sama przed sobą do choroby. Owa świadomość choroby dociera do Vincenta w ostatnich minutach filmu, gdy na skutki swoich czynów popatrzy nie tylko swoimi, ale również i oczyma ukochanej przez siebie osoby. Od tej chwili bohater wychodzi z zamieszkiwanego od dawna symbolicznego "Marylandu" i spostrzega, że sam w sobie jest zagrożeniem, na które nie może, a przede wszystkim, nie chce narażać tej jedynej osoby. Finałowa scena jest pożegnaniem, a zarazem  widzialną tęsknotą za czymś, co (na razie) nie może bohaterowi być dane. Niczym sen na jawie.


W filmie liczy się tylko dwoje bohaterów. To pomiędzy Jessie i Vincentem rozegra się emocjonalna potyczka, w wyniku której bohater tyleż samo zyska, co straci (zyska możliwość próby świadomego powrotu do zdrowia, straci możliwość obcowania z ukochaną osobą). Diane Kruger umiejętnie kreuje postać, która z jednej strony jest bardzo zmysłowa i delikatna, wymagająca opieki mężczyzny, z drugiej - emanuje ogromną siłą charakteru. Vincent, natomiast to taki superbohater, tylko że bez peleryny. Oddany, rzeczowy, konkretny, tajemniczy ale z przebłyskiem "wkurwu" w oczach. Przyciąga kobiety. Prawię jak rycerz, ale na miarę naszych czasów.


"Do szczęścia (uzdrowienia) człowieka potrzebny jest drugi człowiek". Z tą prawdą, starą jak świat mierzą się, w otoczeniu atmosfery snu, bohaterowie nowego filmu Alice Winocour. Tylko tyle i aż tyle. To jednak wystarczy.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Nienawistna czwórka – marzec






Zabij mnie jeszcze raz (Kill Me Again) /1989/ - reż. John Dahl

Udane nawiązanie do stylistyki filmów noir. Elementy składowe fabuły definiują gatunek (mroczna tajemnica, postać femme fatale, nie do końca uczciwy detektyw) jednak klimat i sposób kręcenia zanurzony jest już w latach 80. Dwa gorące nazwiska (Val Kilmer i Joanne Whalley), które rozbłysły na chwilę razem dzięki przebojowej baśni: Willow (reż. Ron Howard, 1988). Drogi prywatne i zawodowe tej pary szybko się rozeszły jednak filmy, na szczęście pozostały.


John Dahl na granicy tandety filmów z lat 80, serwuje widzom bardzo spójny obraz,w którym współczesny człowiek jest tylko narzędziem zniewolonym przez władającą nim rządzę pieniądza. W takim świecie nie ma miejsca na przyjaźni, a już z pewnością na miłość. Egoizm wydaje się być cechą wyssaną wraz z mlekiem matki i gdyby nie końcowe spotkanie bohatera z pierwotnymi mieszkańcami dzikiego zachodu, jakiekolwiek odruchy ludzkiego serca byłyby w filmie niebyłe.
Ocena 7/10






The Edge of Seventeen /2016/ - reż. Kelly Fremon

Opowiadaną historię pomimo, że trąci trochę banałem, określić można jednym słowem: urocza. Sama reżyser ją uwielbia, bawi się przy niej i czuć, że zależy jej na bohaterach. Miłość twórcy, w tym przypadku, maskuje naprawdę wiele niedociągnięć. Co by jednak nie napisać, sukces filmu należy upatrywać we wprost rewelacyjnie wykreowanej głównej bohaterce. Postać Nadine (Hailee Steinfeld) jest świetnie napisana, ale również, i to chyba najpierw, z rzadko spotykaną młodzieńczą werwą zagrana.


Wcielająca się w główną postać, młoda aktorka kradnie cały film przysłaniając skutecznie pozostałe elementy filmu. Nie sposób w tym miejscu nie przywołać innej młodej kobiecej bohaterki z podobnego ale o wiele lepszego filmu Todda Solondza: Witaj w domku dla lalek (Welcome to the Dollhouse, 1995). Dawn (w rozkładającej na łopatki kreacji Heather Matarazzo) oraz Nadine pomimo wielu różnic odznacza ta sama siła charakteru i "czar" władny przyćmić dosłownie wszystko.
Ocena 7/10





Pentameron (Il racconto dei racconti) /2015/ - reż. Matteo Garrone

Pentameron to piękna bajka, która bajką być nie chce oraz cudaczna baśń, która przywraca potworom ich naturalną, okropną twarz. Reżyser bawi się z widzem, co rusz wystawiając jego przyzwyczajenia na próbę. Schematy opowieści dla dzieci ukazane są z wszelkimi konsekwencjami świata "dorosłych". Z tego właśnie powodu ojcowie jedynaczek są słabi charakterem i ulegają swoim fanaberią, matki martwią się jedynie o upragnione i okraszone krwią potomstwo, starość zawsze będzie tęsknić za młodością, a siostrzana solidarność szybko wyparta zostanie przez blichtr wielkiego świata.



Jest tam niegłupi ogr, w głębi serca pragnący tylko tego, co wszyscy, czyli dostępu do luksusów otaczającego go świata (księżniczka). W końcu jest owa księżniczka, która nie jest w stanie wyjść poza ramy swojego samolubnego postrzegania świata. Ślepa na sygnały z zewnątrz mogące zburzyć jej światopogląd, woli wziąć sprawy w swoje ręce niżeli oddać się zakochanemu w niej stworowi (zapomnijmy o romantyzmie "Pięknej i bestii"). Przywołany wątek ogra ciekawy jest również w kontekście historii, wszystkim znanego, Shreka, który zdaje się, zmienił globalne postrzeganie potwora dając mu "twarz" bardziej ludzką od niejednego człowieka. I jeszcze ta końcówka, która pozostaje otwarta bez żadnej możliwości dodania "i żyli długo i szczęśliwie".
Ocena 7/10





Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć  (Fantastic Beasts and Where to Find Them) /2016/ - reż. David Yates

Nie spodziewałem się, że nowy film ze świata Harry’ego Pottera będzie aż tak przyjemny w odbiorze. Jest to wyjątkowo dla widzów bezbolesna podróż wraz z jednym z uczonych Hogwardu. Paradoksalnie, to co w filmie imponuje najbardziej, to wcale nie tytułowe "zwierzęta", a postacie ludzkie. Duże brawa należą się za poszczególnych bohaterów, przede wszystkim dla tych najbardziej znaczących. Co prawda wszystkie postacie mieszczą się w schemacie bohaterów opowieści dla młodzieży, jednak twórcom udało się uniknąć ich przerysowania (vide: rodzina zastępcza głównego bohatera w filmach o Harrym Potterze).


Słowa uznania należą się również osobom odpowiadającym za casting. Wszyscy aktorzy ze swoich ról wywiązali się wzorowo. Ostatecznie, Fantastyczne zwierzęta (…) są bardzo kolorowe, wypełnione po brzegi widowiskowymi efektami specjalnymi i wcale niegłupie. Fajna końcówka sprawia, że w pamięci zostaje przyjemne odczucie połączone z przyjemnym niedosytem (kontynuację obejrzę chociażby dla uroczej Katherine Waterston).
Ocena 7/10

czwartek, 23 marca 2017

W potrzasku




Muszę się przyznać, że najnowszy film Marcusa Dunstana, to dla mnie spore zaskoczenie. Po całkiem udanym The Collector (2009) reżyser "popełnił" jego kontynuację (The Collection, 2012), która z różnych względów zupełnie do mnie nie trafiła. To niepowodzenie nie wróżyło niczego dobrego na przyszłość. Postanowiłem się jednak nie zrażać i ochoczo usiadłem do seansu najnowszego dzieła reżysera, o tyleż dźwięcznym, co wielce sugerującym tytule: The Neighbour (2016). Do tej pory nie jestem w stanie uwierzyć w to, co miałem przyjemność zobaczyć. Różnica w jakości jest tak duża, że gdyby nie znajome elementy stylu reżysera, można by zacząć się zastanawiać, czy na pewno to on jest jego autorem.


Para kochanków: John  i Rosie (Josh Stewart i Alex Essoe) próbuje wyrwać się z otaczającej ich rzeczywistości. W przeddzień ich wymarzonego wyjazdu odwiedza ich tytułowy sąsiad. Od samego początku wizyty nieproszony gość jest widocznie zauroczony Rosie. Następnego dnia John wyjeżdża wykonać ostatnie zlecenie. Po powrocie do domu swojej kobiety już nie zastaje. Rozpoczyna poszukiwania, które w naturalny sposób kierują go w stronę posesji sąsiada.


Od pierwszych minut nowego filmu Marcusa Dunstana uderza w widza atmosfera niepokoju, która wręcz przytłacza. Czujemy się jak w pułapce, tak, jak powinni czuć się bohaterowie, niczym zaszczute zwierzęta. Wzorcowo stopniowane napięcie nie pozwala na chwilę nieuwagi. Reżyser realizuje modelowo zasadę: boimy się tego, co niewidoczne. Napięcie jednak nie znika nawet wówczas, gdy wszystkie karty filmowej zagadki zostają już odkryte. Dzieje się tak za sprawą sprytnego zabiegu. Mianowicie, wszystko co dzieje się na ekranie, obserwujemy zza pleców głównego bohatera, ukrytego o kilka metrów od oprawców. Widz przyjmuje niebezpieczeństwo podglądacza, który w każdej chwili może zastać odkryty. W ten sposób twórcy nie pozbywają się napięcia, tylko przesuwają go z elementu niewiedzy, w stronę strachu o moment dekonspiracji bohatera. Dodatkowo cała fabuła bardzo mocno trzyma się  logiki i ciężko doszukać się sytuacji nierealnych. Cieszy to bardzo zważywszy, że poprzednie filmy reżysera nie były od tego mankamentu zupełnie wolne (a przecież za scenariusze filmów Dunstana odpowiadają zawsze te same osoby).


Po raz trzeci w filmie reżysera podziwiać można wyczyny Josha Stewarta. Dobrany do wymagań roli został wprost idealnie. Gra bardzo oszczędnie, tłumiąc wszystkie zbędne środki aktorskiej ekspresji. Partnerująca mu Alex Essoe godnie dotrzymuje mu kroku. Nie do końca zadowoliła mnie natomiast kreacja aktorska tytułowego "sąsiada", będąca nie tyle źle zagraną, co niewłaściwie zinterpretowaną - zbyt mało "demoniczną" (zważywszy na cechy charakteru i sytuację, których był inspiratorem). Na szczęście jest to jedyny drażniący element w filmie.


Jako reżyser Marcus Dunstan w swoich filmach jest bardzo monotematyczny. Można powiedzieć, że prześladują go zamknięte przestrzenie szczególnie obcych domostw. Tak było w poprzednich filmach, tak jest i teraz. Za swój cel reżyser obiera takie przedstawienie zaistniałej sytuacji, by atakowała zmysły widzów przez cały czas trwania seansu.  Zamierzenie reżysera w filmie The Neighbour zostaje w pełni osiągnięte, dlatego z jednej strony zastanawiam się, a z drugiej, już nie mogę doczekać, kolejnego jego filmu, nawet jeżeli ponownie chciałby swoich bohaterów zamknąć na obszarze złowrogiej posesji.

piątek, 10 marca 2017

Nienawistna czwórka – luty






Sweetwater /2013/ - reż. Logan Miller

Zaczyna się schematycznie i raczej sztampowo. Dwójka podróżników zostaje "ukarana" za zjedzenie owcy pasącej się na terenach należących do kościoła Proroka Josiaha (Jason Isaacs). Jest to pierwszy z dwóch głównych wątków w filmie. Okazuje się jednak, że podróżnicy powiązani byli z lokalnym politykiem, dlatego do ich poszukiwania wysłany zostaje Szeryf Jackson (brawurowy Ed Harris). Drugi wątek w filmie skupia się wokół pary osadników: Sary (January Jones) i Miguela (Eduardo Noriega). Oni również popadają w konflikt ze wspomnianym Prorokiem. Próby strzeleckie pary zakochanych jasno pokazują, kto się będzie dla fabuły bardziej liczył. Początkowo film trąci trochę sztampą oferując widzom ograne schematy i przewidywalne rozwiązania. Przykładowo, czarny charakter jest na wskroś przesiąknięty złem, jak stereotypowy fanatyk religijny. To trochę nudzi.


Na szczęście, po czterdziestu minutach na ekranie robi się o wiele bardziej ciekawie. Główna bohaterka bierze sprawy w swoje ręce ratując tym siebie i cały film. January Jones wyśmienicie odnajduje się w roli nawróconego "upadłego anioła", który na powrót zmuszony jest przyodziać "kurewskie" ciuchy. Jej zemsta jest niczym wentyl, przez który ulatuje cała sztampowość filmu. Będzie bezwzględnie, pomysłowo, zabawnie ale również brutalnie i stylowo. Najważniejsze jednak, że w końcu niesztampowo. Finał, od bezwzględnego "wykończenia" żon Proroka, po samą jego śmierć, w dobrym stylu podsumowuje zmagania bohaterki. Sweetwater nie jest może dziełem wybitnym ale całkiem udanie zaspokaja apetyt widza złaknionego nowych historii prosto z dzikiego zachodu.
Ocena 6-7/10 (dodatkowy punkt za January Jones)





Bridget Jones 3 (Bridget Jones's Baby) /2016/ - reż. Sharon Maguire

W sumie, to nie wiem czego się spodziewałem, bo efekt był raczej łatwy do przewidzenia. Film jest tak sztuczny, jak sztuczna jest twarz głównej bohaterki po ingerencji chirurga plastycznego. Lekkość części pierwszej filmu uleciała zupełnie pozostawiając tylko cmentarzysko wyświechtanych, wszystkim od dawna dobrze znanych, mało śmiesznych skeczy. Szkoda mi było Colina Firtha, który próbował usilnie być trochę mniej drewniany niż zakłada tego scenariusz (niestety, przykro mi chłopie – nie udało ci się).


Zdaję sobie sprawę, że nie ja byłem targetem dla twórców filmu, ale nawet moja kobieta, z którą (i dla której) to obejrzałem, częściej ziewała niżeli się śmiała. Panuje ostatnio moda na wskrzeszanie hitów sprzed kilkunastu lat. W tym przypadku jednak przypomina to trochę reanimację pacjenta, który od dawna powinien leżeć w grobie. Na domiar złego końcówka filmu  pozostawia otwartą drogę do kontynuacji – strach się bać.
Ocena 4/10





Oczy matki (The Eyes of My Mother) /2016/ - reż. Nicolas Pesce

Film Nicolasa Pesce należy do kategorii debiutów, które wprost uwielbiam. Niepokojący, drapieżny, bezkompromisowy, pomysłowy, a co najważniejsze, świeży. Takie filmy zawsze ogląda się z uczuciem rosnącej ekscytacji. Czuć w nich młodzieńczy żar, który przeważnie udziela się widzom (mi z pewnością). Gatunek, temat oraz wykonanie dawały realne szanse na walkę o miano filmu roku. Tak, gdzieś w połowie seansu mój podziw dla filmu urósł tak wysoko, że stamtąd można już było tylko spaść… co się w sumie stało. Co prawda, dzieło młodego reżysera nie rozbija się całkowicie, jednak swój "idealny" kształt bezpowrotnie traci.


Ostatni z trzech rozdziałów o wymownej nazwie "rodzina" rozczarowuje. Stanowi on tyleż naturalną, co schematyczną konsekwencję działań bohaterki. Razi to tym bardziej, gdyż początkowe dwa rozdziały na tę przypadłość nie cierpiały, a wręcz przeciwnie. Nie zmienia to, rzecz jasna faktu, że Oczy matki stanowią jedną z ciekawszych propozycji dla amatorów oryginalnych pomysłów z pogranicza zmysłowej ekstremy i dlatego pomimo tej końcowej nieznacznej wpadki, gorąco polecam.
Ocena 7/10





Doktor Strange (Doctor Strange) /2016/ - reż. Scott Derrickson

Pomimo mojej dużej sympatii do komiksowych superbohaterów, postać Strangea nigdy mnie jakoś szczególnie nie interesowała. Seans filmu utwierdził mnie tylko w moich przekonaniach. Jest jakiś lekarz, jakiś wypadek, jakieś zaklęcia, jakiś czarodziej… kiepsko to wyglądało już w papierowym pierwowzorze. Duży ekran jeszcze bohatera "zmniejszył". Najbardziej drażni brak jakiejkolwiek inwencji twórczej.


Ostała się tylko sucha kalkulacja producentów, która dokonuje "wycinki" dzieła wedle niezmiennej od lat, wcześniej przygotowanej, formy. Nic nie zaskakuje, nic nie ekscytuje, nic nie zachwyca i, co najgorsze, nic nie bawi. Całkowita pomyłka porównywalna z wpadką Ant-Mana (reż. Peyton Reed, 2015), który w ostatecznym rozrachunku oferował widzom jednak trochę więcej. Mam pretendenta do miana najsłabszego filmu roku.
Ocena 4/10

czwartek, 23 lutego 2017

Na krawędzi człowieczeństwa



Już pierwsza scena filmu (oddawanie moczu przez jednego z oprawców) jednoznacznie określa, z jakim obrazem będziemy mieli do czynienia – plugawym, brudnym, złym. Pretekstowa fabuła z kolei, zmusza nas do przepuszczeń, że jest to kolejny film, którego jedynym zadaniem jest testowanie granic wytrzymałości widzów na pokazywaną przemoc. Jednak czy na pewno?


W dużej ubojni świń ma miejsce przerażający proceder. Dwójka "filmowców" i jeden "specyficzny" aktor kręcą film. Za cel filmowcy obrali poszukiwanie oryginalnych sposobów na zakańczanie życia człowieka i uchwycenie go przy pomocy kamery. Jest to spektakl przemocy, w którym dokonuje się bestialskich czynów na przypadkowo pojmanych ludziach.


Rzeźnik (The Butcher, 2007) w reżyserii Kim Jin-wona ma co najmniej dwa interesujące aspekty. Pierwszy z nich wiąże się z próbą eksploracji najbardziej mrocznych zakątków osobowości człowieka. By tego dokonać, reżyser stawia swoich bohaterów w sytuacji skrajnie beznadziejnej, bez jakiegokolwiek wyjścia. Co pozostanie z naszego heroizmu, naszego męstwa, gdy zestawimy go z niewyobrażalnym bólem i przeświadczeniem o nieuchronności ludzkiego losu? Czy nasza chęć oddania własnego życia za cudze, nawet za to najbardziej ukochane, wytrzyma próbę z piłą mechaniczną odcinającą nasze ukochane członki? Jak silny jest człowiek? Czy tak zwane męstwo rodzaju ludzkiego, to tylko stek wyuczonych kłamstw, które łatwo jest podtrzymywać jedynie w sytuacji stabilnego bezpieczeństwa? Czy zasady życia stadnego zatriumfują nad dobrem osobistym? Twórcy w prezentowanych opiniach są tak samo bezwzględni, jak bezwzględne bywa życie, które nie dla wszystkich zakończy się happy endem.


Drugim ciekawym aspektem w filmie jest skoncentrowanie uwagi reżysera na nas - widzach. Obraz kręcony jest nie tyle z perspektywy uczestników "rzezi", co widzów, dla których ten proceder jest rejestrowany, dlatego to, co obserwujemy na ekranie, pochodzi nie tyle z "oczu" bohaterów, co z obiektywów kamer założonych im na specjale kaski. Twórcy Rzeźnika świadomie oddzielają obraz od występujących w nim postaci wysyłając nam, (widzom) jasny komunikat: "to wy, pośrednio odpowiadacie za to, co się dzieje na ekranie, ponieważ to wszystko tworzone jest dla zaspokojenia waszych "wybrednych", "chorych" gustów.


Również pokazywana przemoc jest ściśle przez twórców kontrolowana. Z jednej strony film jest bardzo okrutny, a poprzez to brutalny, z drugiej jednak, przeważająca część aktów przemocy odbywa się poza obiektywem kamery. Dlaczego tak się dzieje? Przecież zadaniem tego filmu miało być epatowanie przemocą. Może kamera przyjmuje punkt widzenia "głównych bohaterów" dramatu, widzimy to, co oni widzą? Problem w tym, że właśnie nie do końca. Co prawda, twórcy przez większą część ekranowego czasu pokazują świat "oczyma" bohaterów, jednak w określonych przypadkach przyjmują punkt widzenia samych oprawców (filmujących kamerą "z ręki" swoje wyczyny).


Ta ich niekonsekwencja skłania mnie do innej interpretacji, która kieruje nas ponownie w stronę zabawy z nami, widzami. Decydując się na ten film większość widzów będzie wiedzieć, z czym może mieć do czynienia – przemoc połączona z drastycznymi scenami tortur. Do pewnego stopnia jako widzowie oczekujemy tego. Jednak, pomimo faktu, że obraz rzeczywiście jest brutalny, największa ilość scen przemocy odbywa się poza zasięgiem naszego wzroku. Słyszymy (dzięki mikrofonom zamontowanym przy kaskach) co dziej się z współtowarzyszami niedoli naszych bohaterów, lecz tego nie widzimy. Jak gdyby reżyser bawił się z naszymi oczekiwaniami mówiąc: - Ja wiem jak bardzo pragniecie zobaczyć co się stało, jednak to ja, reżyser, zdecyduje kiedy to nastąpi. Pragnienie obejrzenia bezwzględnej makabry zostanie zaspokojone w dwóch wyjątkowo mocnych scenach (z których jedna – wydłubywanie oka nożem – może widzem naprawdę wstrząsnąć).


Rzeźnik to kino niszowe i bardzo specyficzne. Nie trafi do wielu, jednak tych, którzy spróbują się z nim świadomie zmierzyć, jest w stanie bardzo pozytywnie zaskoczyć. Formuła mockumentu pozwala twórcom na intensyfikację zagadnień związanych z granicami ludzkiego heroizmu, który w ostatecznym rozrachunku zawsze zamienia się w walkę o przetrwanie określonej jednostki. Szokowo refleksyjne kino.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Nienawistna czwórka – styczeń






Too Late /2015/ - reż. Dennis Hauck

Pierwsze wrażenie z filmu nieodparcie kieruje mnie w stronę Pulp Fiction z jego niechronologiczną fabułą, błyskotliwym słowotokiem oraz umiejscowieniem akcji w środowisku półświatka przestępczego. Obrana przez debiutanta, Dennisa Haucka forma filmu jest ważna, jednak nie przysłania jego treści. Reżyser posiłkuje się nią, by przedstawić swoją własną, autorską wizję kina. Narażę się na posądzenie o bluźnierstwo ale napiszę, że w warstwie fabularnej Too Late ma do zaoferowania więcej niż wspomniany film twórcy Kill Billa.


Konieczność zmierzenia się z nieuchronnością podjętych decyzji, połączona z autorefleksją przybierającą formę "kina w kinie" sprawiają, że przyjemność z seansu można czerpać po wielokroć. Dodatkowo, każde pojedyncze sceny, to takie małe, oddzielne "arcydziełka". Za przykład niech posłuży druga scena, z rewelacyjnie "odjechaną" w swojej frustracji postacią żony sprawcy całego zamieszania, Janet (Vail Bloom). Bohaterka bardzo długo balansuje na krawędzi, by w pewnym momencie "wybuchnąć", biorąc sprawy we własne ręce (dla czystej przyjemności czerpanej z oglądania tej sceny, zaraz po skończonym seansie obejrzałem ją ponownie).
Ocena 8/10





Zemsta - opowieść o miłości (Fuk sau che chi się) /2010/ - reż. Ching-Po Wong

Film, który "boli" i to bynajmniej nie z powodu realistycznie przedstawianych scen przemocy (chociaż i tych nie brakuje), tylko przez realność opowiadanej historii. Widz ma świadomość, że to co obserwuje na ekranie mogło się przydarzyć prawie każdemu. Obraz wywołuje realne wzburzenie graniczące z niechęcią przed ponownym seansem. Równoważone to jest, na szczęście, wyśmienicie zrealizowaną stroną wizualną filmu. Bardzo precyzyjna reżyseria, wsparta zdjęciami oraz pomysłowymi rozwiązaniami inscenizacyjnymi (auto "atakujące" bohatera) powodują, że film Ching-Po Wonga zapada na długo w pamięć. Pełnię satysfakcji z seansu zaburzały mi jednak dwa mankamenty. Pierwszy, mniej istotny, wynika z faktu, że brakowało mi fabularnego sygnału pozwalającego odczuć desperację bohatera.


Pokazany zostaje moment skrajnego "szaleństwa"(brutalne morderstwa dokonywane w stanie zbliżonym do furii), który zestawia się z całkowitym spokojem (wręcz tkliwa scena wyjścia bohatera z więzienia). Twórcy nie raczą nas niczym pomiędzy. Mogę wyobrazić sobie stan bliski szaleństwa, w którym znajdował się bohater, lecz nie "wyczułem" momentu kiedy on w bohaterze zaczął przybierać na sile. Ten mankament jest jednak niczym w porównaniu z wręcz fatalnym zakończeniem. Przedostatnia scena, z "dziećmi", jest zupełnie niepotrzebna, bo całkowicie nieuzasadniona. Odnosi się wrażenie, że twórcy pragnęli postawić przysłowiową "kropkę nad i" kończąc film mocnym akcentem, który wymyślony jak "na poczekaniu" wydaje się groteskowo odstawać od całości. Na szczęście, wymienione "zgrzyty" zasadniczo nie psują całości tego całkiem  dobrego, bo świeżego (szczególnie w kwestiach formalnych) kina zemsty.
Ocena 7/10 (plus za formę oraz minus za końcówkę)




Wolverine (The Wolverine) /2013/ - reż. James Mangold

Film Wolverine ma szczęście podobne do tego, które przytrafiło się Człowiekowi ze stali (Man of Steel, 2013, reż. Zack Snyder). W obu przypadkach poprzednie obrazy serii sięgnęły poziomem niemalże dna, dlatego, by zrobić coś lepszego niewiele trzeba było się napracować. W drugim solowym filmie o rosomaku, twórcy punktują u mnie już samym pomysłem na przeniesienie akcji do Japonii - nawiązując tym do klasycznego już komiksowego dzieła Chrisa Claremonta i Franka Millera. Drugim widocznym plusem filmu jest postać Viper, w udanej interpretacji Swietłany Chodczenkowej (niestety nie do końca przez twórców wykorzystanej). Cała reszta filmu, mówiąc delikatnie, nie zachwyca. Co z tego, że mamy "jako takie" sceny akcji (kolejny niewykorzystany element), co z tego, że na ekranie dużo się dzieje, nie jest to wszystko w stanie przysłonić mielizn scenariusza, braku konsekwencji i logiki niektórych sytuacji oraz wszechobecnego schematyzmu.


Dodatkowo, Hugh Jackman w roli Wolverinea jest najwyżej zadowalający i zupełnie nie pojmuję wszystkich tych ochów i achów, które zewsząd na niego spływają (ta jego "samczość" zalatuje mi trochę sztucznością). Takie pozycje jak Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (Captain America: The Winter Soldier, 2014, reż. Anthony Russo, Joe Russo) a przede wszystkim Strażnicy Galaktyki (Guardians of the Galaxy, 2014, reż. James Gunn) bardzo wysoko umieściły poprzeczkę w obrębie komiksowych ekranizacji o superbohaterach, dlatego pozycje co najwyżej znośne w żaden sposób nie sprzyjają satysfakcji, a tym bardziej, nie zaspokajają wysokich oczekiwań widza.
Ocena 4/10





Sorgenfri /2015/ - reż. Bo Mikkelsen

Lubię filmy, które starają się być szczere w ukazywaniu rzeczywistych powodów postępowania człowieka. Nie słodzą, nie podlizują się widzom, nie usprawiedliwiają poczynań bohaterów, a wręcz przeciwnie, wskazują "paluchem", nie przymrużywszy nawet jednego oka, na rzeczywiste postępowanie człowieka. Pod płaszczykiem kolejnej historii na temat epidemii groźnego wirusa dostajemy wykład na temat niezbywalnych priorytetów, które odkrywa się w sytuacji krytycznej. To, że w takim momencie przeważy instynkt przetrwania zaskoczeniem nie jest.


Nie liczy się mąż, przyjaciel, ogólnie: człowiek, a pozostaje zawsze i tylko JA!(może to niewygodne dla naszego komfortu psychicznego, ale raczej oczywiste, a co ważniejsze, zrozumiałe). Interesujące natomiast jest zestawienie tego instynktu (wydaje się, że nie do przełamania) czemuś, co w określonej sytuacji może wziąć nad nim górę. Tym instynktem jest prokreacja. Chuć jest w stanie przebić się przez wszystko (nawet przez śmierć matki, której ciało leży tuż obok kopulujących). Dla tego pierwotnego instynktu człowiek jest w stanie rzucić na szalę dosłownie wszystko - łącznie z dobrem własnym i swojej najbliższej rodziny (rodzice, rodzeństwo). Ludzie to rzeczywiście "wyjątkowy" gatunek jest.
Ocena 7/10

piątek, 27 stycznia 2017

Broniąc się przed zatonięciem






Tytułowe Trzy małpy (Uc maymun, reż. Nuri Bilge Ceylan, 2008) stanowią negację japońskiego przysłowia: "Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego" i oznaczają akceptację, a poprzez to przyzwyczajenie się, do otaczającego nas zła.


Na wiejskiej drodze dochodzi do wypadku samochodowego. Sprawca wypadku, polityk będący w przeddzień ważnych wyborów, ucieka. Pragnąc uniknąć odpowiedzialności składa intratną ofertę swojemu szoferowi Eyupowi (Yavuz Bingol). Za wzięcie na siebie winy, oferuje mu pokaźną sumę pieniężną. Gdy Eyup odsiaduje w więzieniu karę, jego żona Hacer (elektryzująca Hatice Aslan), udaje się do polityka po obiecane pieniądze - mają one pomóc w znalezieniu pracy jej synowi Ismaelowi (Ahmet Rifat Sungar). Dochodzi do zdrady małżeńskiej, którą odkryje syn. Po dziewięciu miesiącach z więzienia wychodzi Eyup...


Nuri Bilge Ceylan jest w swoim filmie dla bohaterów bezwzględny. Od początku seansu, na oczach widzów, bohaterowie wpadają coraz głębiej w otchłań zła. Wypadek samochodowy nie jest bezpośrednią przyczyną ich degeneracji, bo ona rozpoczęła się już dawno temu. Bohaterowie wydają się złamani przez los. Snują się po ekranie niczym rośliny, które bardziej wegetują niżeli żyją. Reżyser nie wskazuje bezpośrednio na przyczynę takiego stanu. Rzuca tropy, które to widz ma samodzielnie zinterpretować i poukładać w całość.


Z całej trójki bohaterów  najbardziej cierpieć wydaje się najmłodszy z nich, czyli syn, Ismael. Żyje w całkowitym zawieszeniu, nie mogąc znaleźć pracy, gdyż tak naprawdę wcale jej nie szuka. Całymi dniami leży w łóżku pogrążony w myślach, a wieczorami włóczy się po okolicy z kandydatami na przyszłych przestępców. To on wpływa na matkę, by udała się po obiecane przez polityka pieniądze, to on, pośrednio, odpowiada za jej romans (tak sądzi). Ostatecznie, kto wie, czy nie z tego powodu właśnie, to on dopuści się największego przewinienia. W jego zachowaniu dostrzec można cierpienie osoby winnej, która z jarzmem winy nie może sobie poradzić. Nawiedzają go senne mary, w których to widzi postać chłopca, swojego młodszego brata, który zmarł w skutek utonięcia (wskazuje na to ociekające wodą ciało chłopca). Sposób, w jaki ukazywany jest zmarły, utwierdza widzów w przekonaniu, że wina za jego śmierć leży po stronie Ismaela (ciemna postać pojawiająca się znienacka, wpatrująca się, milcząca, z podkrążonymi prawie zapadniętymi oczyma - niczym dręcząca zmora z zaświatów).


Drugim bohaterem, któremu ukazuje się zmarły, jest jego ojciec Eyup. W jego przypadku jednak, te "spotkania" mają zupełnie inny wydźwięk. Młodszy syn przychodzi do ojca z widoczną tęsknotą, przytulając się do niego w czasie snu. Ma to raczej charakter nostalgii niżeli prześladowań. Przywiązanie ojca do zmarłego dziecka obrazuje scena, w której po wyjściu z więzienia Eyup pierwsze, co uczyni, to uda się na grób zmarłego. Tylko on oczyszcza nagrobek, a przez jego tkliwość przemawiają wciąż żywe ojcowskie uczucia. Niewykluczone, że to właśnie ta tragedia sprawiła, iż bohater stał się nieczuły dla pozostałych członków rodziny.


Postacią, która zmarłego dziecka nigdy nie widzi, i nie jest to bynajmniej przypadkowe, jest Hacer, żona Eyupa. Bohaterka pragnie żyć dalej, dla niej nadal ważne jest tu i teraz, a nie tylko bolesna przeszłość. To ona decyduje się na romans, to ona w groteskowej desperacji będzie chciała trzymać się tego nowo utworzonego związku (nawet za cenę śmieszności). W tym przypadkowym zrywie uczucia bohaterka widzi wyrwanie się z marazmu syna i całkowitego braku zainteresowania męża. Hacer poprzez romans poczuje, że żyje i żyć dalej pragnie. Nie ma jednak szczęśliwych zakończeń, jest dramat, który przygniecie rodzinę – ponownie. Podniesie się ona z tego ciosu, ale cóż z tego, że silniejsza, jeżeli jednocześnie nieodwracalnie pokaleczona moralnie.


Uwielbiam filmy Ceylana, bo jest niczym Dostojewski i Tołstoj z ich prozą realistyczno-psychologiczną. Jego filmy często odbierane są jako nudne, bo przepełnione statycznymi obrazami, długimi ujęciami, skupionymi na bohaterach lub na poszczególnych elementach krajobrazu. To w tych długich ujęciach jednak reżyser próbuje dotrzeć do psychologicznej prawdy na temat poszczególnych postaci. Elementami krajobrazu posiłkuje się, odwołując do symboli, które w toku narracji stają się uniwersalne - jak wrak statku w Uzaku (2002), będący fizycznym odbiciem stanu ducha bohatera. Jak to zwykle bywa u Ceylana, w zgodzie z treścią filmu podąża jego forma. Cały obraz filmowany jest w niskim kluczu, by czerń i wszelkie odcienie szarości obrazowały stan psychiczny bohaterów. Wszechobecny marazm wręcz wylewa się z ekranu. Do tego wszystko jest przepięknie kadrowane i sfotografowane, co tylko potęguje dojmującą "przyjemność" czerpaną z seansu.


Na początku filmu Eyup patrzy w stronę latarni morskiej, która się świeci – wskazuje kierunek. Jeszcze można postąpić właściwie, jeszcze można wyrwać się z kręgu zła. Gdy po jakimś czasie  ma okazję ponownie popatrzeć na drogowskaz morski, żadne światło już się nie pali. Otchłań zaczyna pochłaniać bohaterów, czego ostatecznym symbolem będzie burza na końcu filmu. Podczas jej trwania nasi bohaterowie nie mogą liczyć na żadną taryfę ulgową. Latarnia morska od dawna się nie świeci, a wraki ludzkie czekają tylko na to, by rozbić się o skały własnych uczynków. Piękne kino.