piątek, 9 listopada 2018

Na gorąco: One! (Them!) /1954/ - reż. Gordon Douglas





Straszna ramotka, sympatyczna ale mało strawna dla kogoś, kto nie jest specjalnym entuzjastom filmów Sci-Fi z lat 50. Początkowo fabuła wciąga i nawet intryguje, niestety im dalej, tym gorzej. Szczególnie widoczne są niedostatki w zakresie scenariusza. Najbardziej irytuje brak wyraźnego głównego bohatera. Wprawdzie podjęto próby jego wykreowania ale zrobiono wszystko na opak. Początkowo pojawia się charyzmatyczny policjant, który całkiem umiejętnie dźwiga ciężar głównej postaci. Potrafimy się z nim utożsamić, a przez to kibicować jego poczynaniom. Niestety, w czasie trwania akcji pojawia się drugi męski bohater, pracownik FBI, który nie dość, że jest całkowicie pozbawiony charyzmy, to jeszcze budzi w widzach negatywne odczucia względem swojej osoby. Postać jest tak bezbarwna, że nawet przez myśl by mi nie przeszło, że to właśnie ją twórcy wybrali na głównego bohatera. Niestety, staje się to nad wyraz jasne, gdy nasz agent połączy swoje siły z partnerką.


W filmie, według przepisu, musiała pojawić się kobieta, dlatego twórcy wprowadzili postać pani naukowiec, która "snuje się" za głównym(i) bohaterem niczym zjawa (mając za zadanie zapewne stanowić przeciwwagę dla pojawiających się na ekranie, niemalże wyłącznie, męskich bohaterów). Oczywiście, gdy mamy już kobietę, to musi pojawić się również i uczucie, lub co najmniej jakieś symptomy romansu. Do naszej pani naukowiec twórcy nakazują, ku mojej rozpaczy, smalić cholewki bezbarwnemu agentowi FBI… A później było już tylko gorzej. Cała druga połowa filmu, w tym ten wątpliwej jakości romans, wydaje się być "szyta" od niechcenia na kolanie. Odniosłem wrażenie, że twórcy mieli fajny pomysł wyjściowy, jednak nie starczyło im inwencji twórczej, by go umiejętnie rozwinąć. Trochę szkoda bo obraz posiada świetny klimat i całkiem niezłe efekty specjalne (biorąc oczywiście pod uwagę lata w których powstał). Generalnie, film tylko dla entuzjastów.
Ocena 5/10

piątek, 26 października 2018

Na gorąco: Nine - Dziewięć (Nine) /2009/ - Rob Marshall




Film leżał od dłuższego już czasu (9 lat;) w mojej prywatnej "poczekalni filmowej", oczekując na swoją kolej (zapewne podświadomie spodziewałem się tego, co zobaczę, dlatego odkładałem seans). Niedawno nadarzyła się ku temu stosowna okazja i - muszę tak napisać - mam go już za sobą! Niestety, wszystkie obawy, które miałem względem filmu potwierdziły się. Podobną wydmuszkę, zrealizowaną na tak wielką skalę naprawdę „ze świecą szukać”. Co za sława, co za rozmach, co za blichtr. Niestety za tym wszystkim nie kryje się nic poza oklepanymi truizmami. W zamyśle całkiem ciekawy – musicalowa wersja Osiem i pół Felliniego (8 ½, 1963) – finalnie ociera się o śmieszność. Rozterki Guido (Daniel Day-Lewis) są tak płytkie, tak trywialne, że dorównują im jedynie teksty prymitywnie napisanych piosenek. Do tego elementu filmu mam zresztą największe zastrzeżenia. Czego jak czego, ale od musicalu wymagam piosenek na najwyższym poziomie – toż to w nich przecież tkwi jego serce. Po zrealizowaniu tak dobrego obrazu jakim był Chicago (2002), po Marshallu oczekiwałem czegoś więcej niżeli tekstów o klepaniu po tyłkach (nawet tak atrakcyjnych jak te należące do Penelope Cruz) i powierzchownych odniesień do Freudowskich teorii upatrujących powodów każdego dorosłego działania w dzieciństwie.


Nie jestem fachowcem ale w kwestii muzyki film również nie reprezentuje niczego nadzwyczajnego. Wystarczy napisać, że absolutnie żadna melodia nie zapisała się w mojej pamięci na dłużej. Natomiast, cóż tu mamy za obsadę: Daniel Day-Lewis i cały orszak gwiazd kobiecych m.in. Marion Cotillard, Judi Dench, Sophia Loren, Nicole Kidman, Kate Hudson, Fergie Duhamel.  Niestety, aż żal serce ściska, że główny bohater musi się zmagać z tak "płytką" rolą. Z kobietami jest nawet jeszcze gorzej. Aktorki pojawiające się w filmie wyglądają, ale zdecydowanie nie grają.  W sumie nie ma się czemu dziwić, gdyż grać tam nie ma czego. Na obronę napiszę, że w tym gąszczu nijakości broni się, rozbłyskująca na moment, rola Nicole Kidman. Niestety, tym dobitniej podkreśla to nijakość reszty obsady. Piękne buźki, nawet największych gwiazd kina, nie zastąpią solidnie napisanego scenariusza i dobrej realizacji. Może problem tkwił w moich rozbuchanych oczekiwaniach? Nie wiem. Nie mniej jednak uważam, że Marshall tym filmem popełnił jedno z największych rozczarowań w dziejach kina.
Ocena 3/10

piątek, 12 października 2018

W potrzasku






Debiutancki film Levan Bakhia 247°F (2011) był treningiem formalnym przed czymś poważniejszym. Kręcąc go reżyser przećwiczył sytuację, w której niewielka grupa (trzy-cztery osoby) funkcjonuje w warunkach izolacji przestrzennej. Test przeszedł pomyślnie więc wykorzystując przećwiczony schemat, zabrał się za rzecz o wiele poważniejszą. Jego nowy film Nagmi (znany szerzej pod nazwą Landmine Goes Click, 2014), to swoista wariacja na temat thrillera z podgatunku rape and revenge i kina zemsty.


W warstwie fabularnej mamy do czynienia ze spotykanym często schematem w obrębie którego amerykańscy turyści pałętają się po pustkowiach starego kontynentu. W pewnym momencie jeden z bohaterów następuje na minę lądową. Nie jest w stanie nic zrobić - znalazł się w swoistej pułapce. To wydarzenie wyłącza go (unieruchamia) z funkcjonowania w środowisku zewnętrznym. Cały ciężar działania zmuszona jest wziąć na swoje barki jego młoda koleżanka, próbująca desperacko mu pomóc. Czy w takiej sytuacji można jednak coś sensownego zrobić? Sami, pośrodku pustkowia, bez zasięgu telefonicznego, ogarnięci coraz to większą paniką? Po pewnym czasie na dwoje nieszczęśników przypadkowo natyka się jeden z miejscowych autochtonów. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że do bohaterów uśmiechnęło się szczęście. Czy aby jednak na pewno? W bardzo krótkim czasie okazuje się, że przybysz ma względem młodych Amerykanów własne plany, niekoniecznie związane z ratunkiem.


Opowiedziana przez Levan Bakhia historia mocno angażuje widza poprzez umiejętne zmuszenie go do utożsamienia się z bohaterami. Duży udział w tym ma bardzo dobrze nakreślona charakterystyka głównych postaci dramatu. Została ona tak skonstruowana, by z jednej strony im szczerze współczuć (sytuacji, w której się znaleźli), z drugiej strony jednak wyposażyć ich w takie niedoskonałości charakteru (zdrada uczuciowa najbliższych), pod którymi mogłaby się podpisać większość widzów. Całym sercem jesteśmy po ich stronie do tego stopnia, że ich osobista krzywda prawie nas boli. Oczywiście nie wolno zapominać o ich adwersarzu, który tak swoją postać poprowadził, by widzowie nie mieli żadnych wątpliwości, kto w przedstawionej sytuacji jest tym złym.


Przez cały seans film zdaje się być poprawny, niczym się niewyróżniający, jednak w ostatnim akcie nabiera głębszego i całkiem  niebanalnego sensu. Reżyser skupia się na dramacie rozgrywającym się w obrębie swoistej mikroprzestrzeni społecznej. We wspomnianym już 247°F, to pomieszczenie więziło bohaterów, w Nagmi bohaterowie działają, co prawda, na otwartej przestrzeni, jednak, poprzez warunki, które zostały im narzucone, duszniej jest niż w saunie z debiutu. Również podejmowana problematyka jest bardziej złożona. Reżyser tym razem mierzy się z fundamentalnym pytaniem o naturę zła, o jego zaraźliwość i powszechność, którą zauważyć można bez względu na narodowość czy pochodzenie. Na szczęście dla filmu nie poprzestaje on na typowym schemacie zbrodni i kary, tylko poszerza jego zakres o kolejny element nie pozwalając sobie na jednoznaczność i pozostawiając widza z niepokojem w sercu. W tego rodzaju filmach, to bardzo dużo.

niedziela, 30 września 2018

Depcząc po piętach pierwowzorowi





Obawy wobec kontynuacji Sicario (2015, reż. Denis Villeneuve) miałem od momentu pojawienia się pierwszych informacji o rozpoczęciu jej produkcji. Na samym początku dowiedziałem się, że w filmie zabraknie Emily Blunt. Nie mogę powiedzieć, że postać przez nią kreowana była moją ulubioną. Spajała jednak akcję i wprowadzała do mrocznego thrillera pierwiastek kobiecego piękna. Ponadto całkiem dobrze sprawdziła się jako główna bohaterka dramatu. Drugi zgrzyt nastąpił, gdy okazało się, że ktoś inny obejmie funkcję reżysera. Denis Villeneuve to wizjoner, który zapewniał filmowi mroczny sznyt oraz reżyserską ogładę. Czy jego następca sprosta oczekiwaniom? Moje obawy rosły coraz bardziej. Ostateczna fala wątpliwości napłynęła wraz z ukazaniem się pierwszego trailera. Wprawdzie profesjonalnie zrobiony, pachniał jednak trywialnością scenariusza, oraz sprawiał wrażenie celowo przeładowanego na potrzeby kontynuacji.


Na korzyść nowej produkcji natomiast przemawiał powrót większości kluczowych aktorów z Joshem Brolinem na czele oraz fakt, że w scenariuszu znalazło się dużo więcej miejsca dla najlepszej postaci z pierwszego Sicario, czyli Alejandro, w świetnej interpretacji Benicia del Toro. Do dzisiaj twierdzę, że jego drugoplanowa postać skradła cały film dystansując wszystkich pozostałych aktorów.


Pełen wyżej opisanych obaw udałem się na seans Sicario 2: Soldado (2018, reż. Stefano Sollima). Muszę to przyznać: już dawno żaden film nie zaskoczył mnie tak pozytywnie. Ani jedna z moich obaw się nie potwierdziła. Więcej nawet, obraz nie dość, że świetnie radzi sobie jako kontynuacja, to może być również traktowany jako osobna produkcja.


Siła filmu Sollimy tkwi w rzadko spotykanej w kontynuacjach oryginalności. Twórcy stworzyli bardzo ciekawy i spójny scenariusz opierający się na podobnych przesłankach co część pierwsza, nie kopiując ich. Ponownie do czynienia mamy z brudnym światem polityki mieszającym się w sprawy przestępczości zorganizowanej i ponownie we wszystko wpleciony jest kontekst współczesnych problemów (imigranci, terroryzm). Tym razem grupa (czy oddział) dostaje zadanie wywołania wewnętrznej wojny pomiędzy kartelami. Najlepszym sposobem na to jest porwanie nastoletniej córki jednego z bossów narkotykowych. Oczywiście, jak to zwykle bywa, nie wszystko pójdzie, jak zaplanowano i po świetnej samochodowej akcji (nawiązującej bezpośrednio do części pierwszej) bohaterowie zostają zupełnie sami. W filmie zaskakuje brak oczywistości scenariuszowych, które aż proszą się o realizację. Na przykład, jest w filmie scena, w której Alejandro zostaje "opiekunem" porwanej córki bosa narkotykowego. Relacja: młoda dziewczyna – zabójca była w kinie przedstawiana już wielokrotnie: Leon zawodowiec (Leon, 1994, reż. Luc Besson) czy Człowiek w ogniu (Man on Fire, 2004, reż. Tony Scott), by wspomnieć te najbardziej znane. Te filmy wyznaczyły pewien schemat postępowania bohaterów, którego widzowie nieświadomie oczekują. Twórcy Sicario 2 sprawnie się z tymi schematami rozprawiają, oferując swoje własne oryginalne rozwiązania. Dodatkowo, fajną rzeczą, niezauważalną w części pierwszej, jest pewien posmak atmosfery wyjętej wprost z kina klasy B. Szczególnie jest to widoczne w drugiej połowie obrazu, osiągając swoje apogeum w akcji na pustyni, nawiązującej rozwiązaniami fabularnymi do Tajemnic Los Angeles (L.A. Confidential, 1997, reż. Curtis Hanson). Mała rzecz, a cieszy.


Aktorsko, na plan pierwszy w Sicario 2 wysuwa się bohater grany przez  Josha Brolina (co równie zaskakuje, gdyż to postać kreowana przez Benicia del Toro miała tym razem być głównym bohaterem) i urasta do miana postaci pierwszoplanowej. To, co zaskakuje jednak najbardziej, to fakt, że udaje mu się jej ciężar udźwignąć. Pomimo mojej irracjonalnej, bo z niczego uzasadnionego niewynikającej, niechęci do tego aktora, muszę oddać mu sprawiedliwość pisząc, że dzielnie starł się z kreacją Benicia del Toro. Więcej nawet, jest jego równorzędnym partnerem, czego również nie uświadczyliśmy we wcześniejszym filmie reżyserowanym przez Denisa Villeneuve. Co także bardzo ważne, pomimo zmiany reżysera, film prawie nie stracił na mrocznym klimacie. Udzielająca się widzom atmosfera nieuchronnego fatalizmu świetnie podkreślana jest przez ścieżkę dźwiękową, która jako jeden z najbardziej widocznych elementów łączy kontynuację ze swoim poprzednikiem.


Sicario 2: Soldado stanowi nieliczny przypadek filmu, który potrafi godnie stawić czoło swojemu poprzednikowi - w niektórych elementach nawet go prześcigając. Pomimo że na kontynuację nie czekam, to jeżeli zrealizowana zostanie w podobny sposób, co część druga, powitam ją z otwartymi ramionami.

środa, 12 września 2018

Na gorąco: Człowiek z Dzikiego Zachodu (Man of the West) /1958/ - reż. Anthony Mann




Człowiek z Dzikiego Zachodu jest widocznym pomostem prowadzącym od najbardziej reprezentatywnych klasycznych opowieści z dzikiego zachodu Johna Forda, po przepełnione nihilizmem antywesterny Sama Peckinpaha. Pomimo klasycznej szaty w filmie czuć już podmuch zbliżającej się zmiany. Przykładowo, mamy głównego bohatera, który wydawać by się mogło, że prawy, jednak w głębi duszy skrywa mroczny sekret. Ustatkował się (żona i dwójka dzieci) ale, gdy sytuacja tego wymaga przebudzają się w nim demony z przeszłości. Sam bohater przyznaje, że jeden moment wystarczy, by przekreślone zostały lata jego starań kroczenia drogą prawości.


Pewne elementy zmiany w charakterze dostrzec można również u herszta bandytów. Z jednej strony na wskroś zły, z drugiej doznaje osobistego załamania po odejściu głównego bohatera. W pewnym sensie późniejsze działania bandyty uwarunkowane zostają przez to odejście, które niechcący, ale jednak, "niszczy" go jako człowieka.


Największy bodajże "krok" w stronę przemiany w obrębie gatunku dostrzec można w postaci kobiecej. Do pewnego stopnia w filmie mamy do czynienia z lustrzanym odbiciem sytuacji zaczerpniętej z najbardziej chyba reprezentatywnego klasycznego westernu jakim jest Dyliżans (Stagecoach, 1939, reż. John Ford). Podczas podróży dochodzi do spotkania kobiety "upadłej" i byłego "zabijaki". Ich relacje, z oziębłych zaczynają ewoluować w coraz cieplejsze, aż do samego uczucia… W tym momencie Anthomy Mann wprowadza modyfikacje. Główny bohater filmu może i czuje coś do kobiety, ale gdzieś tam ma żonę i dwójkę dzieci (dodatkowo jest im wierny).  Na końcu filmu nie dochodzi do klasycznego happy endu (bohaterowie nie zostają "ze sobą"), tylko następuje coś pośredniego. Co prawda kobieta nie może liczyć na uczucie mężczyzny (toż to cały czas prawy bohater jest), ale przez miłość do niego dokonała się w niej przemiana. Wyrusza razem z nim, objąć posadę nauczycielki oraz zapewne, by być blisko bohatera. To niespełnione uczucie jest kluczowe dla ewolucji klasycznego westernu. "Upadła" kobieta wprawdzie odnalazła miłość ale nieszczęśliwą (niespełnioną) i kto wie czy w przyszłości nie doprowadzi do rozpadu małżeństwa (co było nie do pomyślenia w klasycznych westernach). Ziarno "zepsucia" zostało przez twórców zasiane i kiełkować będzie kierując kolejne klasyczne opowieści z dzikiego zachodu ku, rozwijającemu gatunek, "upadkowi".

piątek, 24 sierpnia 2018

Na gorąco: Tomb Raider /2018/ - reż. Roar Uthaug





Nowy film o przygodach Lary Croft (Alicia Vikander) zalicza się, niestety, do typowych filmopodobnych produktów mainstreamowych. Bez polotu, bez krzty inwencji twórczej, bez charakteru. Jakiś analityk wykalkulował sobie, że minęło wystarczająco dużo czasu, by tytuł odświeżyć i tym samym zarobić trochę grosza. Popularność nowych gier spod szyldu Tomb Rider dodała wiatru w żagle kiełkującemu pomysłowi i machina producencka ruszyła. Wysmażono aktorów, scenarzystę i reżysera. Wszyscy wyżej wymienieni wyrobnicy przyszli, "odbębnili" swoje przysłowiowe "osiem godzin w pracy", zabrali zapłatę za chałturę i sobie poszli. Międzyczasie ruszyła kolejna machina, tym razem promocyjna. Skleili jako takiego trailera, przedstawili "odmłodnioną" wersję bohaterki, a resztę czasu poświęcili przypominaniu o premierze. Premiera nieuchronnie nadeszła, a to, co ze sobą przyniosła, już nawet odgrzewanym kotletem nie było. 


Kolejny raz okazało się, że wymieszanie "składników" według klucza producenckiego nie zagwarantuje nam chociażby strawnej potrawy. Efekt końcowy ich pracy, bardziej niż konkretne danie przypomina pomyje, smrodem ostrzegające widzów o swojej nieświeżości. Nie rozczulałbym się zbytnio nad tym gniotem, gdyby nie Walton Goggins. Jakimś nieszczęśliwym trafem jeden z moich ulubionych aktorów wkręcił się do tej wątpliwej jakości produkcji - próbując zapewne dotrzeć do większej ilości widzów. Niestety, wybrał film, który zawodzi niemalże w każdym filmowym elemencie (również aktorskim). Jego kreacja jest nijaka, jak cały obraz, ale zważywszy na materiał na którym musiał pracować, nie stanowi to zbyt mocnego zarzutu. Mam nadzieje, że kolejne jego wybory aktorskie będą bardziej interesujące, a o nowym Tomb Rider chcę jak najszybciej zapomnieć.
Ocena 3/10

sobota, 11 sierpnia 2018

Na gorąco: Calibre /2018/ - reż. Matt Palmer




Niezwykle udany, bo zaskakujący to był seans. Zaczęło się jak typowy thriller z wielkomiejskimi chłopakami wybierającymi się na polowanie do odległej głuszy. Zderzenie "cywilizacji" z "tradycją" zdaje się być nieuniknione. Reżyser i zarazem scenarzysta bardzo udanie zwodzi tropy, mieszając w głowach widzów. Podrzuca stereotypowe zachowania "szukających zaczepki" zacofanych miejscowych, by tym mocniej uderzyć w przyzwyczajenia widza, zmuszając go do rewizji własnych poglądów. Pierwszy zwrot akcji sprawia, że stajemy się zaangażowani w sytuację, która wydaje się nad wyraz prawdziwa. Jako widzowie czujemy się usprawiedliwieni, bo wydaje się, że opowiedzieliśmy się po właściwej stronie. Wszakże to wszystko tyko nieszczęśliwy wypadek był, a reszta, to niespodziewane, ale nieuniknione, konsekwencje tego czynu… Czy jednak na pewno?


Matt Palmer bardzo pomysłowo przemyca krytykę współczesnego społeczeństwa wyzutego z jakichkolwiek zasad - Marcus (Martin McCann) lub kompletnie niedojrzałego/niezdolnego do podejmowania jakichkolwiek właściwych (podtrzymujących status quo społeczeństwa) decyzji - Vaughn (Jack Lowden). To drugie nie dziwi, gdy uznamy, że stanowi preludium do tego pierwszego. To jednak ta zacofana  i "upadająca" społeczność pokaże bohaterom "właściwą drogę" jaką powinien kroczyć mężczyzna, przyjaciel, ojciec czy, po prostu, człowiek. W obrębie tej społeczności i dzięki jej "nauce" jeden z bohaterów sprowadzony zostanie na tą "właściwą drogę", którą od teraz świadomie będzie kroczyć. Czy będzie to droga słuszna? To pytanie bohater, a przez niego i twórcy filmu, kierują do widza.
Ocena 8/10