środa, 11 lipca 2018

We dwoje łatwiej





W swoich filmach Lynne Ramsay zawsze interesowała się ludźmi funkcjonującymi na pograniczu społeczeństwa – odmieńcami. Często przygląda się ich działaniom, analizuje przyczyny zachowania, rozpatruje różne punkty widzenia. Jako artystka, ze wszystkich sił broni się przed jednoznacznymi interpretacjami. To widz ma zdecydować. W najnowszym filmie reżyserka nie porzuca ulubionego tematu, dodając do listy swoich bohaterów kolejne, wykolejone przez los, indywiduum.

W Nigdy cię tu nie było (You Were Never Really Here, 2017) główną postacią dramatu jest były żołnierz i policjant o dźwięcznym imieniu Joe (Joaquin Phoenix). Joe jest mężczyzną w średnim wieku, który został "zniszczony" przez sytuacje, w które rzucił go los. Aktualnie egzystuje na uboczu społeczeństwa, swoje działania podporządkowując precyzyjnie wykalkulowanej rutynie. Wszystko musi działać według założeń bohatera, koordynowane z dokładnością do jednej minuty (vide: awantura z powodu spóźnienia dealera). Świat zewnętrzny dla niego nie istnieje, a kontakt z ludźmi ograniczony jest do niezbędnego minimum. Nie jest to jednak żadna specjalna fanaberia bohatera. Joe cierpi. Prześladowany przez duchy przeszłości świadomie kroczy na pograniczu życia i śmierci. Jego żywot dawno dobiegłby końca, gdyby nie niedołężna matka. To za nią czuje się odpowiedzialny, to jedyna osoba, która do Joe potrafi dotrzeć. Z jej powodu (dzięki niej?) w bohaterze utrzymuje się trauma z przeszłości. To w opiece nad matką Joe próbuje odpokutować swoją bezradność, gdy jako dziecko był świadkiem brutalności ojca. 
 

Z tego zapewne powodu bohater zaciąga się do wojska, a później do policji. Paradoksalnie, niestety, wszystkie te zabiegi, mające na celu odcięcie go od bolesnych wspomnień z dzieciństwa, jeszcze bardziej je utrwalają, sprawiając, że Joe istotnie staje się "silniejszy", ale na wzór swojego bezwzględnego ojca. Zachowania męskiego rodzica zaadaptowane zostają przez syna, z tą różnicą, że ich ujście przesunięte zostaje z członka rodziny (matka) na innych ludzi. Joe jest najemnikiem specjalizującym się w "odzyskiwaniu" zaginionych dzieci. To w tej "pracy" daje upust swojej nabytej w dzieciństwie, i wzmocnionej w życiu dorosłym, traumie. To aktualny sposób zarobkowania dostarcza bohaterowi możliwość ujścia dla zakorzenionej w przeszłości brutalności (z którą ochoczo się dzieli, przy pomocy wiele znaczącego młotka). Życie Joego, to istny koszmar, bo w każdej kobiecie dostrzega ofiarę przemocy (turystki proszące bohatera o pamiątkowe zdjęcie czy wizja pobitej kobiety na stacji kolejowej). Wzmacniane jest to dodatkowo przez obrazy ofiar osób, z którymi zetknął się w życiu dorosłym.


Gdy Joe straci najbliższą osobę, zdecyduje wybrać się na pogrzeb. Pogrzeb ten  będzie wyjątkowy, bo zaplanowany dla dwóch osób. Bohater postanawia "dołączyć" do matki, ponieważ nie znajduje już powodu, by żyć - nie ma już nikogo do ochrony… Czy jednak na pewno? W jego głowie wizualizuje się postać Niny (Ekaterina Samsonov) – jego ostatniego zlecenia. Obraz jej osoby sprawia, że Joe na nowo postanawia "walczyć", a tym samym, żyć. Jeżeli dla niego jest za późno, to może chociaż Ninę uda mu się uratować. W młodej bohaterce widzi obraz samego siebie sprzed lat. Nietypowy "związek" Joe z Niną okaże się dla obu tych wykolejonych dusz zbawienny. On odnajdzie bratnią duszę, widok której nie przywołuje demonów z przeszłości, a ona, pod jego opieką, otrzyma bezpieczeństwo, którego nigdy nie zaznała przy swoim zdemoralizowanym ojcu.


Lynne Ramsay wykazała się niezwykłą intuicją w doborze aktorów. Joaquin Phoenix potrafi dźwignąć na swoich barkach cały film. Tylko aktor dużego formatu mógł podołać tak skomplikowanej postaci. W żadnym aspekcie jego gra nie trąci fałszem i nie ma znaczenia czy aktualnie śpiewa, opiekuje się czule matką, czy też wykonuje swój "brutalny" proceder. W każdym z tych działań jest równie przekonujący. Tym bardziej robi to wrażenie, gdy uświadomimy sobie, że reżyserka dała Phoenixowi dużą swobodę interpretacyjną. Wzorowo ze swojego zadania wywiązała się również aktorka wcielająca się w postać Niny. Pomimo, że w sumie niewiele czasu gości na ekranie, Ekaterina Samsonov potrafi być nieobecna, zagubiona i przestraszona. Najważniejsze jednak, że gdy zaistnieje taka potrzeba w jej zachowaniu dostrzec można tak ważny dla tej roli, stłumiony, pierwiastek przemocy (końcowa "krwawa" kolacja).


W filmie niezwykle interesująco przedstawiona jest przemoc, której z racji tematu, powinno być całkiem sporo. Twórcy jednak starają się od niej uciec stosując pomysłowe substytuty obrazu filmowego takie jak, robiące największe wrażenie, ujęcia z kamer monitoringu. Osiągnięty w ten sposób dystans z jednej strony naturalnie oddziela widza od pokazywanej przemocy, z drugiej nienachalnie ją estetyzuje.


Filmem Nigdy cię tu nie było Lynne Ramsay ma szansę dotrzeć do szerszej publiczności. Powodem jest zakończenie, które pomimo, że otwarte - to jednak kieruje w stronę tak przez widownię lubianego (bo pozostawiającego w dobrym nastroju) happy endu. Dwoje rozbitków życiowych, wspólnie, bez celu, przemierza świat – czy to jest szczęśliwe zakończenie? Dla bohaterów zdaje się być najlepszym z możliwych.

piątek, 29 czerwca 2018

Intruder - raz jeszcze





Kontynuując temat z poprzedniego posta prezentuję w kilkudziesięciu pięknych kadrach (wszak nazwa bloga zobowiązuje) świetną początkową scenę z filmu Intruder (Kong bu ji, 1997, reż. Kan-Cheung Tsang), w której rewelacyjna Chien-lien Wu wkupia się w łaski przypadkowo poznanej kobiety, by ją ostatecznie bezlitośnie i brutalnie "wykorzystać". Może w ten sposób uda mi się kogoś zachęcić (lub zniechęcić;) do seansu bo naprawdę warto.