czwartek, 19 listopada 2015

Krytyka zasad kodeksu bushido w filmach twórców jidai-geki lat 60. XX wieku – Hideo Gosha (1)


Na początek lat 60. przypada prawdziwa "eksplozja" talentu Hideo Goshy (1929-1992), mistrza jidai-geki (będącego specjalistą również w podgatunku jakim jest chanbara eiga, czyli filmów przepełnionymi pojedynkami na miecze). Tak jak to było u innych mistrzów kina samurajskiego, tak i u tego reżysera, w obrazach z lat 60., dostrzec można wyraźną krytykę zwróconą w kierunku wojowników mających działać według kodeksu bushido


Jego debiut filmowy to ukłon w stronę mistrza Kurosawy. Już tytułem Trzech samurajów (Sanbiki no samurai, 1964) reżyser nawiązuje do znanej historii siedmiu wojowników, za miskę ryżu broniących przed bandytami wioski chłopów. Oczywiście Gosha tylko nawiązuje, tak tytułem jak i treścią, do wielkiego dzieła cesarza kina japońskiego, a nie bezmyślnie go kopiuje. Historia opowiedziana w filmie koncentruje się na losach trzech samurajów (roninów), którzy po szeregu perypetii decydują się walczyć za sprawę wyzyskiwanych chłopów. Postacią kluczową w filmie jest Sakon Shiba (Tetsuro Tanba), który jako pierwszy angażuje się w z góry przesądzoną sprawę. Jest to również osoba, która swoją postawą przyciąga pozostałą dwójkę samurajów, z początku stojącą po przeciwnej stronie konfliktu. Sam Shiba jest, jeżeli nie odbiciem, to postacią tworzoną pod wyraźnym wpływem Kambeia Shimady (Takashi Shimura) jednego z głównych bohaterów Siedmiu samurajów Akira Kurosawy. Reprezentuje również większość jego cech: zapatrzony na krzywdę niżej stojących w hierarchii społecznej chłopów, honorowy, słowny, współodczuwający, charyzmatyczny, chętny do pomocy i zaangażowania się w sprawy na pozór przegrane. Pozostała dwójka wojowników posiada kompilację cech pozostałej szóstki samurajów. Kyojuro Sakura (Isamu Nagato) przejął przykładowo cechy m.in. Kikuchiyo (Toshiro Mifune), a Einosuke Kikyo (Mikijiro Hira) samego mistrza miecza Kyuzo (Seiji Miyaguchi). 


Inaczej natomiast rozkłada Gosha akcenty, jeżeli chodzi o samą krytykę postępowania wojowników. U Kurosawy tytułowa siódemka ucieleśniała cnoty stanu samurajskiego - z wyjątkiem Kikuchiyo, ale, jak już wspominałem przy okazji omawiania Siedmiu samurajów, po pierwsze, nie był "prawdziwym" samurajem, a po drugie, jego "przewinienia" wobec kodeksu, spowodowane były niewiedzą i wynikały bardziej z nieokrzesanego temperamentu bohatera, niżeli z jego rzeczywistego zepsucia. U twórcy Trzech samurajów, tylko Shiba zdaje się ściśle podążać ścieżką wytyczoną przez samurajski kodeks. Pozostali samurajowie tak wierni duchowi japońskich wojowników już nie są. W debiucie fabularnym Goshy łamane są notorycznie dwie zasady: dotrzymywanie danego słowa oraz bezwzględne i niehonorowe podążanie za pieniądzem. O tym, jak bardzo zdeprecjonowane zostało słowo samuraja świadczy scena, w której Shiba rzuca bezpośrednio oskarżenie (bardziej do widzów, gdyż nikt właściwie tego nie słyszy): "Więc to tak wygląda słowo dane przez samuraja?" Jest to komentarz do postępowania zarządcy, który wcześniej daje "słowo samuraja", że chłopom, którzy porwali jego córkę, nic się nie stanie, (w rzeczywistości zostają zamordowani przez wynajętych zbirów), a jedyna kara za ten czyn spotka Shibę (w postaci wymierzonej chłosty), do której to bohater sam się dobrowolnie zgłasza. Po wykonaniu kary bohater zostaje jednak wtrącony do lochu, gdzie ma czekać na egzekucję. 


Wypowiedziany komentarz krytykuje postępowanie całej elity wojskowej wskazując na jej postępującą demoralizację. Gosha w tej kwestii nie oszczędza nawet dwóch przyjaciół głównego bohatera. Sakura łamie dane słowo (pod groźbą śmierci ukochanej kobiety) i wyjawia kryjówkę pozostałej dwójki bohaterów, a Kikyo pracuje u niemoralnego pracodawcy (z czego doskonale sobie zdaje sprawę) tylko dla możliwości życia w luksusach. Obaj bohaterowie spostrzegają, iż zboczyli ze ścieżki wytyczonej prawdziwemu wojownikowi i ostatecznie na nią powracają. Jest to jednak wyraźny sygnał, że "choroba" nie oszczędza nikogo i toczyć zaczyna nawet najlepsze jednostki. Zaprezentowane wykroczenia przeciw zasadom postępowania samurajów, tyczą się również pozostałych wojowników pojawiających się w filmie. Przykładowo, roninowie wynajęci do wykonania "brudnej roboty", łamią dane słowo i przez zachłanność próbują szantażem wyłudzić większą zapłatę. Pokusić się można o diagnozę, wedle której żądza pieniądza jest przyczyną degenerowania się postępowania wojowników (i żadnym usprawiedliwieniem być tutaj nie może brak środków do życia i ubóstwo, bo w większości pokazanych w filmie przypadków, nie chodzi o możliwość zwykłej codziennej egzystencji, a o szybkie i łatwe wzbogacenie się).


W filmach Hideo Goshy często przewijać się będą sformułowania: bestia, wilk czy zwierzę, używane na określenie samurajów. Patrząc na całą filmografię jidai-geki autora Honoru samuraja, stwierdzić można, iż jednym z głównych problemów, które porusza reżyser w swoich filmach, jest proces symbolicznego przeistaczania się japońskiego wojownika w "zwierzę drapieżne" lub opis jego egzystencji w tym "dzikim" (pozbawionym ustalonych zasad) stanie. W Trzech samurajach główny bohater - co prawda – jeszcze "wilkiem" nie jest, ale już jego dwóch towarzyszy przejawia tego symptomy (Kikyo - uciechy cielesne oraz praca dla niemoralnego zwierzchnika, Sakura - zdrada przyjaciół). Wszystko to jest jeszcze stłumione i mało istotne, jednak ziarno "dzikości" zostało rzucone. 


Kiełkować ono powoli zacznie w drugim obrazie reżysera, pt. Miecz bestii (Kedamono no ken, 1965). Głównym bohaterem filmu jest Yuuki Gennosuke (Mikijiro Hira), ubogi samurai z klanu Enshu Kakegawa. Jest rok 1857, Japonia stoi u progu przemian. Młodzi szeregowi i postępowi samuraje próbują zmienić swoją pozycję w klanie poprzez próbę wprowadzenia reform. Nie zdają sobie sprawy z faktu, iż są tylko narzędziami i gdy wykonają "brudną robotę" (pozbycie się konserwatywnego doradcy klanu) zostaną zgładzeni lub zmuszeni, jak Gennosuke, do ucieczki. Ścigany, "przyparty do muru", niczym zaszczute zwierzę na polowaniu, siłą rzeczy, zmodyfikować musi swój światopogląd i dostosować zachowanie do zaistniałej sytuacji. "Gennosuke, przynajmniej zgiń jak samuraj! – krzyczy stojący na czele pościgu były przyjaciel bohatera Daizaburo Torio (Kantaro Suga). - Jak mógłbym? Toż to masakra!" – ripostuje bohater. Zawiedziony postępowaniem przełożonych z klanu, traci grunt pod nogami nie widząc dla siebie już miejsca w samurajskich szeregach. Odarty z ideałów, którym hołdował (prawego wojownika) kieruje się instynktem przetrwania, czyli rozpoczyna pogoń za pieniądzem. Jest to kolejny element (poza wspomnianym zezwierzęceniem) w filmach Hideo Goshy, który stanie się nierozerwalną częścią jego filmów. Ślepe podążanie za pieniądzem, a przede wszystkim, zachłanność będzie od teraz głównym powodem moralnego "upadku" bohaterów. W Mieczu bestii reżyser ukazuje modelowy proces przeobrażania się samurajów w tytułowe "bestie". 


By dobrze to zobrazować, odwołuje się do dwóch przykładów. Pierwszym jest już wspomniany główny bohater. Na własnej skórze doświadcza wyrachowania władzy, która bezwzględnie wykorzystuje naiwność młodego i pełnego ideałów samuraja. Gennosuke stając się roninem przewartościowuje normy, którymi się kierował. Drugi z bohaterów Jurota Yamane (Go Kato), jest - do pewnego stopnia - do Gennosuke podobny. Po pierwsze, jak on, walczy o awans społeczny (gdy wydobędzie określoną ilość złota, obiecany ma awans na samuraja z 200 koku pensji) i podobnie zostaje przez klan wykorzystany (do wzbogacenia), a później oszukany (po wykonaniu zadania zostaje wraz z żoną zamordowany). Różnica pomiędzy bohaterami tkwi w tym, kiedy następuje degeneracja zasad, którym hołdują. Gennosuke do końca wierzy, że to, co robi, jest zgodne z ideami honoru wojownika (zamachu dokonuje po podstępnej namowie przełożonego, który po fakcie wszystkiemu zaprzecza), a "bestia" odzywa się w nim dopiero gdy zostaje "zaszczuty", już jako ronin. Z Jurotą jest inaczej. Żądza awansu (a co za tym idzie – pieniądza) oddziaływać zaczyna na bohatera, gdy pracuje na rzecz klanu, wpływając na sposób widzenia świata. Posuwa się do grabieży (wydobywane złoto należy do szogunatu) i co więcej, w imieniu tej żądzy, staje się zabójcą mordującym wszystkich, którzy próbują stanąć mu na drodze. Ta swoista "gorączka złota", która go ogarnia powoduje, iż skłonny jest nawet poświęcić żonę (nie chce oddać złota nawet wtedy, gdy jego ukochanej grożą gwałtem i śmiercią), by tylko zachować "skarb". 


Działania Jurota są tym bardziej demoralizujące, gdyż wpływają na postępowanie innych, czyniąc ich podobnym do niego (żona bohatera nie mogąc znieść tego, że została poświęcona dla złota, udaje się do Gennosuke z prośbą, by uczynił z niej nieczułą bestię, jaką, w jej mniemaniu, jest główny bohater). Podobnie jednak jak w debiucie, Gosha ostatecznie nie pogrąża bohaterów całkowicie. Jurota, gdy dowiaduje się o zdradzie klanu, już nie poświęci życia żony, tylko bez stawiania oporu razem z nią zginie. Gennosuke natomiast, odchodzi ostatecznie nie jak zaszczute zwierzę (córka zamordowanego doradcy zobaczywszy prawdziwe pobudki kierujące postępowaniem bohatera, pozwala mu odejść nie roszcząc już sobie praw do zemsty), ale wolny człowiek. Gosha zdaje się wyraźnie mówić, że to nie jednostki deprawują tylko klan (czyli organizacja/instytucja), który jest bezwzględną bestią "pochłaniającą" (i zmieniającą) nawet najbardziej prawe jednostki.


W swoim kolejnym filmie Gosha przedstawia własną wersję historii popularnej postaci, jednookiego i pozbawionego prawej ręki ronina zwanego Tange Sazen. Postać ta znana z kart powieści Kaitaro Hasegawa, doczekała się również, podobnie jak chociażby Zatoichi, kilku filmów kinowych oraz serialu telewizyjnego. Sekret urny (Tange Sazen: Hien iaigiri, 1966) jest bodajże najlżejszym tematycznie filmem nakręconym przez reżysera w latach 60. Co by jednak o nim nie mówić, jest to nadal, jeżeli nie podręcznikowy przykład dramatu samurajskiego, to co najmniej świetnej chanbary. Jest to tym ważniejsze gdyż postać jednookiego i jednorękiego ronina doczekała się wcześniej udanej wersji obyczajowo komediowej z naciskiem na ten drugi gatunek. W Dzbanie wartym milion ryo (Tange Sazen yowa hyakuman-ryo no tsubo, 1935, reż. Sadao Yamanaka) widoczny jest ironiczny dystans wobec konwencji gatunkowych oraz akcenty parodystyczne, jako że bohater niechętnie dobywa miecza, unika bójek, a lubi za to dobrą zabawę i alkohol, w dodatku opiekuje się osieroconym chłopcem. 


W odróżnieniu od tego, Gosha nawet w swoim najlżejszym obrazie kontynuuje wątki rozpoczęte w swoich dwóch wcześniejszych filmach. Historia okaleczonego samuraja do pewnego stopnia powiela problematykę Miecza bestii. W Sekrecie urny podobnie obserwujemy proces przejściowy, od lojalnego samuraja, po sarkastycznego i nihilistycznie nastawionego do świata ronina. Tange Samanosuke jest wiernym samurajem, który stara się postępować odpowiednio do przypisanej mu roli (bycie lojalnym wasalem). Wykorzystany przez przełożonego, podstępnie pragnącego się go pozbyć, wstępuje na drogę miecza (doskonaląc swoje umiejętności, przemierza szkoły szermierki wyzywając ich mistrzów na pojedynek) oraz przyjmując przydomek Sazen. Od tej pory zdany jest tylko na siebie i na swoje umiejętności, dzięki którym ma szansę przeżyć. Dzięki własnym doświadczeniom Sazen nie ma żadnych złudzeń, co do tego, jakimi ludźmi są samuraje. Nie są to wcale prawe osoby o mocnym kręgosłupie moralnym, a wręcz przeciwnie: "Samuraje wcale nie są tak silni, jak ci się wydaje. Mają tylko miecze, którymi zabijają. Nie myśl, że to siła. Ty jesteś sierotą i musiałeś sam zatroszczyć się o siebie. Jesteś silniejszy od samurajów". – wyznaje Sazen osieroconemu chłopcu, który marzy, by zostać silnym samurajem. 


Gosha swoje ostrze krytyki kieruje w stronę łamania danego słowa i kłamstwa, które jak w przeważającej liczbie przypadków, w filmach reżysera, służy wzbogaceniu się (po pierwsze tytułowa urna wskazująca drogocenny skarb, po drugie, ziemie klanu Yagyu, znajdujące się w strategicznym miejscu dla Szoguna, stając się podstawą filmowej intrygi). W filmie obserwujemy zestawienie postawy realisty, patrzącego na rzeczywistość bez (pośrednio) odwoływania się do zasad, których wymaga się od wojowników, czyli Tange Sazen, z postawą wiernych wasali, którzy pomimo odkrytych knowań, do końca pragną postępować w sposób honorowy. Sposób, w jaki Gosha ukazuje tych drugich podkreśla ich głupotę (bezmyślność), szczególnie gdy ich zachowanie zestawi się z postępowaniem głównego bohatera. Członkowie klanu Yagyu nie zwracają uwagi, że wszyscy wokół knują przeciw nim, tylko bezmyślnie podążają w śmierć. "Chcesz umrzeć podążając za zasadami honorowego kodeksu samurajów? Ja musiałem stać się potworem, żeby uświadomić sobie jak głupi ten kodeks jest naprawdę". – mówi główny bohater do członka klanu Yagyu próbującego popełnić seppuku


Gosha w filmie obwieszcza koniec "prawdziwych samurajów", ponieważ albo zostaną wykorzystani i zgładzeni przez władzę zwierzchnią gdy tylko przestaną być potrzebni, albo sami podążą w śmierć trzymając się sztywno zasad bushido. W takich ludziach jak Tange Sazen (ale nie tylko, bo również we wszystkich "samotnych wilkach") reżyser widzi nadzieje. Główny bohater pomimo, iż nastawiony krytycznie do kodeksu, nie może się go całkowicie wyzbyć ze swojego postępowania. W jednej z ostatnich scen Sazen na pytanie, dlaczego chce wykraść urnę i pomóc klanowi (nie mając nic do zyskania a wiele do stracenia – życie), odpowiada: "Oko i ręka, które straciłem popychają mnie, bym to zrobił". Innymi słowy: honor, który został "odcięty" wraz z drogocennymi członkami, domaga się zadośćuczynienia poniesionych krzywd.
(cdn.)

czwartek, 5 listopada 2015

Żegnaj kowboju



Po sześciu sezonach i siedemdziesięciu ośmiu odcinkach, swój finał miał jeden z lepszych seriali sensacyjnych ostatnich lat. Warto napisać dwa zdania na temat szóstego sezonu Justified (2010-2015), bo trafnie podkreśla i podsumowuje najlepsze cechy serialu. Osobiście największe obawy budziło we mnie rozwiązanie wątku Boyda (Walton Goggins), który dla wielu stał się postacią pierwszoplanową (ważniejszą nawet od postaci Zastępcy szeryfa Raylana Givensa). Na szczęście nie ma się o co martwić, bo twórcy sprostali zadaniu wyśmienicie, ale po kolei…


Nowy, finałowy już sezon przynosi zagęszczenie problemów czyhających na bohaterów. Nie dość, że Ava (Joelle Carter) wychodzi z więzienia jako szpicel policji, to jeszcze na horyzoncie pojawia się nowy łotr, większy - jak na finał przystało – niż wszyscy poprzedni razem wzięci (dobra, trochę przesadzam). Avery Markham (Sam Elliott), to bezwzględny przestępca chcący zawładnąć ziemiami Harlan. Jego celem jest przejęcie i zintensyfikowanie produkcji marihuany. Agresywnie, nie przebierając w środkach, wykupuje (czy też zagarnia siłą) ziemie, nieubłaganie realizując swoje niecne plany. Mieszkańcy Harlan to jednak twardzi ludzie, wśród których są Raylan (Timothy Olyphant), Boyd, oraz Loretta McCready (Kaitlyn Dever). Konfrontacja wydaje się nieunikniona. 


Twórcy bardzo zgrabnie rozwiązują wszystkie wątki nie popadając przy tym w naiwność i w zbytnie uproszczenia (jak to miało miejsce przykładowo w ostatnim sezonie Czystej krwi [True Blood, 2008-2014]). Chcąc postawić przysłowiową "kropkę nad i", znacząco uwypuklają cechy gatunkowe serialu, który aspiruje do rangi współczesnego westernu (czy też może bardziej - antywesternu).


W tym kontekście, muszę się przyznać, że z niecierpliwością czekałem na finałowy pojedynek "w samo południe" i ostatecznie się go doczekałem. Przyjemnym zaskoczeniem natomiast był fakt, że przeciwnikiem Raylana wcale nie był, jak się wszyscy spodziewali, Boyd tylko nowy badass – Boon (Jonathan Tucker).  Dobrze się stało, bo pomimo mojej wielkiej sympatii do Boyda, nie byłby on żadnym konkurentem dla szeryfa Givensa. Poza tym, byłby głupcem (co kłóciłoby się z jego dotychczasowym wizerunkiem) porywając się na coś dla siebie niewykonalnego. Boon natomiast, to zupełnie coś innego. Wprowadzenie go do serialu w połowie ostatniej serii miało zapewnić godnego przeciwnika dla głównego bohatera. Tak też się stało, a nawet więcej. Pojedynek, do którego pomiędzy bohaterami dochodzi, zmienia Raylana. Zaczyna zdawać sobie sprawę z faktu, iż w końcu trafić może na kogoś szybszego od siebie. Tak jak bohater rozpoczyna serial - butny, pewny siebie, przekonany o wyższości swojej osoby nad przeciwnikami, tak kończy zaopatrzony w dużą dawkę pokory, odmieniony, czego widocznym symbolem jest zmiana, bezpośrednio z bohaterem kojarzonego, kapelusza. Oczywiście sporym nadużyciem byłoby twierdzenie, że powodem zmiany jaka zachodzi w bohaterze, jest tylko starcie z Boonem. Stanowi ono jednak symboliczną granicę.


W osobistym alter ego głównego bohatera, czyli Boydzie, również następuje zmiana. Idzie ona jednak w zupełnie inną stronę. Twórcy mocno akcentują jego postawę wyjętego spod prawa, przybliżając go tym samym do ikonicznego wzorca westernowego "outlaw". W ostatniej serii oglądamy bodajże najbardziej bezlitosną wersję Boyda. Pewnym szokiem dla widza może być bezwzględne zajęcie się Deweyem Crowe (Damon Herriman), bohaterem bardzo dobrze znanym z poprzednich sezonów serialu. Jest to początek etapu, który przekształci postać Boyda. Dalsze jego działania są tego widocznym potwierdzeniem. Kolejno, bez zastanowienia zabija jednego ze swoich ludzi, bo może stać się jego przepustką do wolności. Tak samo bezwzględny pozostaje wobec przypadkowo zatrzymanego kierowcy, który użyczy mu swojego samochodu. "I am outlaw" dźwięczy w uszach widzów, jako przyczyna, ale równocześnie i usprawiedliwienie wszelkich poczynań bohatera. Pomimo tego co obserwujemy na ekranie, postać Boyda nie traci sympatii widzów. Dzieje się tak dlatego, że w swoich działaniach jest konsekwentny, ale również (i może, przede wszystkim) dlatego, że działa zgodnie z obraną przez siebie logiką. Kibicujemy mu od samego początku, bo utożsamia w sobie tęsknotę za "starym" Dzikim Zachodem. Boyd skupia w sobie cechy człowieka wolnego, nieskrępowanego żadnymi społecznymi normami. Tęsknimy za takimi ludźmi, kibicujemy im, będąc samemu skuci kajdanami, pętającymi naszą egzystencję. To on kreuje swój własny świat, to on stanowi obowiązujące w nim prawa. Jest jedynym godnym przeciwnikiem dla (jakżeby inaczej) "szeryfa" Givensa.


Nie tylko bohaterowie, ale również i świat przedstawiony w serialu, to świat z westernu, czyli świat mężczyzn. Z ich perspektywy go oglądamy, to oni mają w nim decydujące zdanie. Pomimo mnogości kobiet, są one tylko dodatkiem do głównych bohaterów. Przez nich są postrzegane i istnieją tylko w obrębie ich świata. Żadna z nich nie jest w stanie zagrozić zarezerwowanej dla mężczyzn przestrzeni ekranowej. Kobiety są w serialu przez mężczyzn "napotykane" - wygrywają swoje role, po czym odchodzą "w zapomnienie" – narzuca się wyrażenie. 


Generalizując, mówić można o dwóch typach kobiet pojawiających się w Justified. Pierwsza grupa to kobiety "uległe", których modelowym przykładem jest Winona Hawkins (Natalie Zea), czyli była żona głównego bohatera. Ten typ kobiet zdolny jest poruszać się po świecie mężczyzn, ale prawie całkowicie od nich zależy. Czeka na ratunek czy opiekę, bez których najpewniej skończyłaby marnie. Większa część tego typu kobiet bardzo dobrze wykorzystuje atrybuty kobiecości w celu osiągnięcia zamierzonego celu, ale ostatecznie są tylko tłem – zabawką w rękach mężczyzn. Drugi typ kobiet, które pojawiają się w serialu, jest zgoła inny.  "Dominujące" (bo taką nazwę im nadałem), nie liczą na mężczyzn, tylko same próbują wyrwać dla siebie kawałek dóbr tego świata. Najczęściej są to kobiety, które w przeszłości zostały doświadczone przez mężczyzn, dlatego zdecydowały się polegać tylko na sobie. Taka jest Mags Bennett (świetna Margo Martindale) z drugiej serii oraz Katherine Hale (Mary Steenburgen) z finału. Wszystkie one jednak kończą marnie, bo weszły w drogę mężczyznom. Nie ma w serialu żadnej żeńskiej przyjaźni, wszystkie bohaterki działają w pojedynkę lub nawet w opozycji do innych pojawiających się na ekranie kobiet. To między innymi je gubi.  Ostatnie odcinki są tego jaskrawą ilustracją, gdzie twórcy poprzez heroiczną akcję Mikea (Jonathan Kowalsky) podkreślają jego bliską przyjaźń z Wynnem Duffy (Jere Burns), która wychodzi o wiele dalej niż standardowe stosunki przełożony – pracownik (ochroniarz). Najsilniejsza nawet kobieta nie jest w stanie zagrozić takiemu rodzajowi przyjaźni. Ckliwie to twórcom wyszło, ale pomimo wszystko, całkiem udanie.


Jedynym wyjątkiem od powyższej reguły wydaje się Ava Crowder. Utożsamia swoją osobą obydwa rodzaje prezentowanych w serialu kobiet. Jako jedyna pojawia się w pierwszym odcinku serii i towarzyszy bohaterom, aż do odcinka finałowego. Wydaje się być silną kobietą, umiejącą zadbać o swoje dobro używając w tym celu zarówno siły fizycznej (strzela do maltretującego ją męża), jak również seksapilu ("uwiedzenie" Raylana i Boyda). Można napisać - potomkini femme fatale z filmu czarnego. To są jednak tylko pozory. Jej związek z Raylanem kończy się z jego inicjatywy, to on również wyciąga ją ostatecznie z więzienia. Od Boyda się, co prawda uwalnia samodzielnie (strzelając do niego), ale jej sposobem na ucieczkę od niego jest życie w ukryciu. Natomiast już ewidentnym pokazaniem jej pozycji (i ogólnie kobiet) w serialu jest ostatni odcinek, w którym to zdana jest ponownie na łaskę, lub niełaskę, szeryfa Giwensa. Ava Crowder jest mocną kobietą, jednak nie na tyle, by mieć większe znaczenie w świecie opanowanym przez mężczyzn. Ten sposób przedstawiania kobiet dopełnia westernową stylistykę, która dodaje serialowi swoistego charakteru i jest znaczącym elementem przyczyniającym się do jego sukcesu. Dobrze, że twórcy nie ciągnęli serialu na siłę i zakończyli pozostawiając go na bardzo wysokim poziomie. Gwarantuje mu to miejsce w historii serialowych bestsellerów oraz długoletnią miłość fanów – moją na pewno.


Podsumowaniem i objęciem swoistą klamrą całego serialu jest scena finałowa (będąca bliźniaczą wersją sceny z końcówki odcinka pilotowego). Raylan przyjeżdża do więzienia w którym wyrok odsiaduje Boyd. Celem szeryfa jest przekazanie informacji o rzekomej śmierci Avy. Pod koniec rozmowy Boyd zadaje Raylanowi pytanie o rzeczywisty cel wizyty. Nie uzyskuje bezpośredniej odpowiedzi, jednak w oczach swojego mimowolnego przyjaciela otrzymuje potwierdzenie słów, które sam wypowiada (w pierwszym odcinku była to króciutka retrospekcja). Podążając za słowami Boyda napisać można podsumowawszy, że kwintesencją serialu są więzi, w tym przypadku, przyjaźni, która narodziła się w czarnych szybach wydobywczych węgla kamiennego miasteczka Harlan w stanie Kentucky.