czwartek, 21 sierpnia 2014

Zwariowany świat Gregga Araki: Splendor


Po swojej młodzieżowej trylogii "angst": Totally F***ed Up, The Doom Generation i Nowhere, Gregg Araki postanawia zrobić "skok" na kino mainstreamowe i kręci Splendor. Nie do końca mu to, co prawda, wychodzi, ale szczęściem (w tym nieszczęściu) jest kontynuowanie przez niego dominującej w jego fabułach tematyki, co i tak (niestety) nie ratuje filmu.
Treść filmu koncentruje się na losach Veroniki, dwudziestodwuletniej dziewczyny, która rusza w świat, do dużego miasta, by "czerpać z życia pełnymi garściami". Bohaterka przedstawia się jako przysłowiowa "cicha myszka", jednak już na pierwszej imprezie, zakochuje się, nie w jednym, a w dwóch adoratorach. Nie mogąc dokonać wyboru, postanawia związać się z obydwoma. Jej wybrańcy nie tylko zgadzają się na taki układ, co więcej, postanawiają razem z nią zamieszkać. Trwająca idylla przerwana zostanie wraz z pojawieniem się statecznego, "tego trzeciego", który wydawać się będzie najlepszym kandydatem do roli przyszłego ojca.


Splendor, pomimo kontrowersyjnej (bądź co bądź) historii, jest najbardziej "ugrzecznionym" filmem reżysera (pomijając późniejszy This Is How the World Ends, pilot nigdy nie powstałego serialu). Araki ponownie uderza w nim w społeczeństwo, oskarżając je o narzucanie dla dobra ogółu (bezpieczeństwo i możliwość wychowywania dziecka) właściwego modelu rodziny. Problem polega na tym, że wszystko w filmie uproszczone zostaje do granic możliwości percepcyjnych przeciętnego mainstreamowego widza. Z tego powodu przykładowo, rozterki bohaterki wiążą się nie tyle z modelem rodziny (dwóch tatusiów, co więcej, sypiających jednocześnie z jedną kobietą), co z ich niemocą ekonomiczną (jeden ukochany bohaterki to muzyk – jeżeli można tak nazwać bębniarza z jakiejś podrzędnej rockowej kapeli, a drugi, to krytyk – pisarz). Obydwaj pozostają na utrzymaniu swojej wybranki. "Ten trzeci", oczarowuje bohaterkę przede wszystkim pojemnością portfela. Co także zastanawia, że zapewne, by nie komplikować masowemu widzowi sytuacji, Araki postanawia wyrugować z rzeczywistości filmowej całą sferę rodzinną bohaterów. Żadna z postaci nie posiada bliskich (dziwne jest to nawet wówczas, gdy weźmie się pod uwagę, że w USA trochę inaczej podchodzi się do więzów rodzinnych). Na rodzinę w filmie nie ma miejsca, bo mogłaby zepsuć samopoczucie oglądających.


Ostatecznie, problemem filmu nie jest jego temat, tylko fakt, że Araki do jego prezentacji posługuje się zupełnie wytartymi kliszami, czyniąc obraz zwyczajnie nudnym (by nie nazwać go w inny, dosadniejszy sposób: "głupkowatym"). Dodatkowo, nie dość, że film opiera się na prostych dychotomiach: bogaty – biedny, kocham – nie kocham, to dodatkowo jest do przesady zachowawczy (zapewne dla zwiększenia widowni). Wprawdzie otrzymujemy jeden, wymuszony pocałunek pomiędzy mężczyznami, jednak na tym kontrowersje się kończą. Nawet strip-tease bohaterki jest aseksualny i oczywiście niewidoczny dla oczu widzów (celowo nie wspominam o scenach seksu, bo takowych w filmie nie zobaczymy). Nie twierdzę, że brak ograniczeń w filmach autorskich jest konieczny. Nie zmienia to faktu, że obejrzawszy Splendor czuje się bardziej niebezpieczną bliskość z serialem Beverly Hills, 90210 (tym z lat 90.), niżeli z twórcą tak drapieżnych filmów autorskich jak The Living End czy The Doom Generation. Jakby Arakiemu "stępiła się" czasowo ostrość spojrzenia (na szczęście reżyser powraca do formy w Mysterious Skin kolejnym swoim rewelacyjnym obrazie kinowym).

Podsumowując: elementy, z których  reżyser usiłuje skonstruować film, nie układają się, bo do siebie nie pasują. Czasem dobrze jest, "palący" problem "ubrać" w popularne ciuchy, by dotrzeć do większej liczby odbiorców. Sztuką jest jednak, w takich przypadkach, zachować równowagę w doborze środków, bo można się łatwo, pisząc obrazowo, potknąć, a nawet przewrócić (Drive, przykładowo, Nicolasa Windinga Refna, udanie wykorzystuje ramy mainstreamu). Araki tym filmem zalicza bolesną "wywrotkę" i pomimo, że nie skręca karku, to kości nieźle sobie rachuje.