czwartek, 3 listopada 2016

Bezdomna sprawiedliwość





Dwight (Macon Blair) jest włóczęgą. Żyje z dnia na dzień, oddzieliwszy się od najbliższych i całego społeczeństwa murem anonimowości. Stroniąc od innych, mieszka we własnym samochodzie żywiąc się resztkami ze śmietników. Jego obecna sytuacja stanowi reakcje na dramatyczne wydarzenie z przeszłości, które złamało bohatera (śmierć rodziców). Dwight przywyknął do takiego stanu rzeczy, zaakceptował go. Jego wypracowany latami, ale pomimo to bardzo kruchy, spokój zostanie jednak zburzony wraz z wyjściem na wolność domniemanego mordercy. Dwight nie chce i nie może zaakceptować takiej sytuacji. W jego systemie wartości więzienie niczego nie wyrównało, a jedynie oddaliło w czasie to, co nieuniknione.


Właściwym rozwiązaniem, według bohatera, wydaje się być tylko: krew za krew. W taki oto sposób rozpoczyna się przedziwne polowanie. Przedziwne, bo Dwight jest raczej modelowym przykładem "zwierzyny łownej" aniżeli łowcy. Przeciwnikiem bohatera będą natomiast typowi myśliwi - "bestie" żyjące z polowań. Zakorzenione przez lata poczucie niesprawiedliwości może jednak zdziałać cuda, sprawiając, że w największej nawet "ofierze" obudzi się "drapieżnik". Bohater jest niestety niczym amator pomiędzy zgrają profesjonalistów. Błędy, które popełni mogą kosztować życie jego i  pozostałą mu rodzinę (siostra z dziećmi). Przelana krew nigdy nie kończy sprawy i tak spirala zemsty zatacza bezwzględne koło.



Po sześciu latach od swojego niezbyt udanego (będąc delikatnym) debiutu pt. Murder Party (2007), Jeremy Saulnier powraca z nowym filmem. Rezygnuje w nim z metafor, banalnej symboliki i całego nieumiejętnie stosowanego sztafażu filmów gore, na rzecz surowej dosłowności. Okaże się to trafnym wyborem, który wyewoluuje w pełni w jego najnowszym, i jak do tej pory najlepszym, dziele pt. Green Room (2015).



Blue Ruin (2007), to film o poczuciu sprawiedliwości rozumianym przez bohaterów jedynie w kategorii osobistego poczucia doznanych krzywd. Zadośćuczynienie może nastąpić jedynie według starotestamentowej zasady: wet za wet. Bohaterowie pochodzą ze specyficznej społeczności dla której ład społeczny regulowany przez aparat państwa jest tolerowany na tyle, na ile są do tego zmuszeni. Więcej nawet, "narzędzia" regulowania ładu społecznego są w filmie całkowicie nieskuteczne lub praktycznie niebyłe (Policja ukazana jest jako zwiastun "złej nowiny" - informacji o wyjściu mordercy z więzienia. Poza tym, nie interweniuje, nie wtrąca się, jak gdyby, stróżów prawa w ogóle w filmie nie było).



Reżyser widocznie sympatyzuje z tą kontrkulturą przyznają jej prawo do własnych racji. Odnosi się wrażenie gloryfikacji kolonialnego prawa do obrony swojej rodziny, a poprzez to do posiadania nieograniczonej ilości broni. Jej wszechobecność w filmie, posiadanie, obnoszenie się z nią, umiejętności posługiwania się, a w końcu dostępność, wskazują na ten pełen pychy charakter osobowości bohaterów mówiący: moja sprawa, moje zasady.


Jest to w sumie jedyny bardziej drażniący element w filmie. Na szczęście jego "rażenie" osłabione zostaje przez postać głównego bohatera. Od początku seansu osoba Dwighta całkowicie absorbuje uwagę widzów. Jego początkowa nieporadność, zagubienie czy wręcz naiwność, w bardzo obrazowy sposób przekształca się w chłodny determinizm. Ostatecznie, w naturalny sposób, bardzo świadomie bohater staje się tym, na kogo sam polował. Macon Blair, wykonał świetną aktorską robotę swoją fizjonomią myląc widzów co do tego, kim każdy człowiek, jeżeli zechce, może się stać. Nie ma znaczenia pochodzenie, status społeczny czy wielkość portfela… To banalne, ale "bestia" żyje w każdym z nas.