sobota, 13 grudnia 2014

Sympatyczny gbur


Dotyk grzechu (Tian zhu ding, 2013, reż. Zhangke Jia) to solidne kino podejmujące problematykę wpływu ustroju politycznego na funkcjonowanie jednostki w społeczeństwie. Film ma konstrukcję czterech nowel, niebezpośrednio powiązanych ze sobą treścią, jak i postaciami. Jest to kino ładne, ale raczej niezbyt odkrywcze. Pierwsza nowela wydaje się pod tym względem wyjątkiem. Wyróżnia się na tle pozostałych, nie tyle z powodu tematyki, co rozwiązań scenariuszowych. Twórcy udanie bawią się sympatiami i antypatiami widza, myląc czy też negując jego przyzwyczajenia.


Bohaterem wspomnianej noweli jest typ, którego początkowo ciężko polubić. Jest ogólnie znany w fabryce, w której pracuje, ale trudno powiedzieć, by go tam szanowano. Raczej jest tolerowany, jednocześnie, gdy tylko nadarza się taka możliwość, wszyscy od niego stronią. Powód niechęci w stosunku do bohatera tkwi w jego wiecznym niezadowoleniu, w ciągłym "czepianiu się", a to w społeczeństwie, w którym władzę sprawuje się terrorem, jest niemile widziane. Co ciekawe, ta antypatia uwidacznia się nie tylko ze strony władzy, ale również i zwykłych ludzi. Widz poznaje bohatera, którego pierwszą rzeczą, jaką robi, jest zaczepianie naczelnika i wyrzuty z powodu zaległych pieniędzy ze sprzedaży kopalni. Później jest jeszcze gorzej. Grozi donosem do władz, jest nieprzyjemny dla tych, którzy go zbywają lub unikają (czyli wszyscy). Obserwujemy pieniacza i do pewnego stopnia prymitywa (awantura na poczcie, gdy ekspedientka wymaga adresu na kopercie), z którym nikt nie chce przebywać. Twórcy sprawiają, że widz, stoi po stronie większości – po stronie ludzi i, co znamienne, władzy. Efekt ten reżyser osiąga w bardzo prosty sposób – pozbawia bohatera jakiegokolwiek sprzymierzeńca. W taki sposób mamy do czynienia z niesympatycznym, niedouczonym (czytaj: głupim), dodatkowo pozbawionym jakichkolwiek sympatyzujących z nim osób, bohaterem, którego nie chce się lubić - szczególnie wtedy, gdy przyczyna jego zachowania zaprezentowana jest w sposób dla widza nad wyraz mglisty (nie widzimy tych rzeczy, o które bohater wszystkich oskarża - czyli jego słowa przeciw reszcie). Dodatkowo, bohater mówi o niesprawiedliwościach, jednak sam wydaje się nieczuły względem otaczającego go zła (mocna scena z koniem zmuszanym do pociągnięcia ciężaru przewyższającego jego możliwości). Jako widzowie nie lubimy go i zdecydowanie mu nie kibicujemy.


Gdy już jesteśmy nastawieni wystarczająco mocno przeciwko bohaterowi, reżyser zmienia strategię. Budowany od początku filmu jego negatywny wizerunek pęka wraz z uderzeniami szpadla, które otrzymuje bohater za otwartą krytykę przełożonego. Co się stało? Dlaczego tak brutalnie tłamszony jest nic nie znaczący, "głupi robotnik"? Współczucie i zrozumienie względem postaci rośnie jeszcze bardziej, gdy w szpitalu odwiedzony zostaje przez reprezentantów władzy, bezczelnie rzucających mu "w twarz" pieniądze, które mają "wszystko załatwić". Nie tym razem jednak. Bohater po raz pierwszy wydaje się być zagubiony. Próbuje poszukać jakiegoś wsparcia u dawnej miłości, ale i tutaj nie może liczyć na zrozumienie. Jak zawsze, radzą mu, by schował głowę w piasek, podkulił ogon, dostosował się. Nie taka jest jednak natura bohatera. Nie znajdując innego wyjścia, postanawia być gorszy od tych wszystkich, od których on (i cały lud) doznaje na co dzień krzywd, ładuje strzelbę, owija ją w symboliczny wizerunek tygrysa i rusza, niczym drapieżnik, na polowanie. Akty przemocy, których dokonuje, są niczym wyroki niebios zesłane za niegodziwości tych, którzy wydają się być bezkarni. Nie będzie wyjątków, a kara dosięgnie każdego, bo wszyscy ugrzęźli w tym samym grzechu znieczulenia. Teraz wystarczy przysłowiowa "iskra", nieodpowiednie słowo, wyrażenie – cokolwiek, by spowodować niekontrolowany "wybuch", który w końcu następuje, sprowadzając kolejne, coraz bardziej brutalne i irracjonalne. Wydaje się to być naturalną konsekwencją sytuacji, w której ludzie egzystują tylko w dwóch grupach: wykorzystywanych i wykorzystujących. Zaciskany "pasek" zawsze w końcu kiedyś musi "pęknąć". Pod koniec trwania noweli widz jest już całą "duszą i ciałem" po stronie bohatera. Całkowicie się z nim identyfikuje, jednocześnie wybaczając (rozumiejąc) jego wcześniejsze zachowanie.
 

Muszę przyznać, że dużą frajdę sprawia oglądanie metamorfozy, nie tyle bohatera, co nastawienia, jakie się ma wobec jego działań. Pozostałe nowele pomimo, że traktują o tym samym problemie, nie oferują takich przewrotnych rozwiązań scenariuszowych, ale to i dobrze, bo czujność widza, w tej samej sprawie, zwieść można tylko raz na seans.