wtorek, 28 czerwca 2016

Zupełnie inny, a prawie jak swój




Wstyd się przyznać, fanowi horrorów, ale gdy film Inny (Altered, reż. Eduardo Sanchez, 2006) wszedł na ekrany, przeszedł obok mnie zupełnie niezauważony. Dodatkowo, gdy niedawno zabierałem się za nadrabianie straty, miałem raczej niewielkie oczekiwania (obraz pozostaje nieznany), a tu spotkała mnie taka przyjemna niespodzianka.


Już od samego początku seansu film udanie atakuje uwagę widza. Przeniesieni zostajemy do lasu, gdzie nocą trzech mężczyzn udaje się na polowanie. Nie wiemy czego szukają ale już po bardzo niedługim czasie, okazuje się, że to "coś" jest śmiertelnie niebezpieczne i bynajmniej nie jest to zwierze. Wkrótce stwór przysporzy naszym bohaterom nie lada problemów. Jednak dlaczego i po co nasi bohaterowie na niego polują? Reżyser bardzo oszczędnie dozuje widzom informacje powodując, że zaintrygowani jesteśmy tymi "puzzlami" do samego końca seansu. Z czasem grono filmowych bohaterów poszerza się o kilka osób (trzy), wśród których jedna, nie dość, że z tym "czymś" miała już w przeszłości do czynienia, to jeszcze okazuje się, że może stanowić dla stwora poważne wyzwanie. W tym kontekście wyjaśnienie tytułu filmu kieruje nas w stronę nie "innego" z "zewnątrz", a z "wewnątrz" nas samych, czyli człowieka. Wychodzi na to, że z "czymś innym" ma szanse tylko "ktoś inny".


Drugi film twórcy The Blair Witch Project (1999) czerpie garściami z wielu źródeł, wśród których kilka wybija się na plan pierwszy. Od samego początku mamy do czynienia ze stylistyką filmów grozy lat 80., to po pierwsze. Reżyser wychował się na filmach z tego okresu i tę osobistą fascynację przekłada widocznie w ramy swojego dzieła. Więcej nawet, bo nie tylko klimat, a sposób prowadzenia narracji, jako żywo odzwierciedla ówczesne tendencje. Gdy mowa o inspiracjach, nie wypada nie wspomnieć o wczesnych filmach Petera Jacksona z Martwicą mózgu  (Braindead, 1992) na czele. Większość makabrycznych scen, które będziemy mieli okazję obejrzeć mają podobny prześmiewczy i groteskowy charakter (np. siłowanie się jelitem). Oczywiście mówimy tu tylko o nawiązaniach, pominąwszy które, reżyser kroczy własną ścieżką (w żadnym stopniu nie jest to komedia, a komizm jaki obserwujemy, wynika z zastosowania nadmiaru określonych elementów). W zapożyczeniach reżyser kieruje się nawet w stronę własnej twórczości. Tworzy obraz w którym akcja toczy się "tu i teraz" bez większych elips czasowych. Nie idzie na łatwiznę, odtwórczo kopiując technikę zastosowaną w swoim głośnym debiucie, tylko "wyciska" z niej to, co najlepsze i przeszczepia na nowy grunt (rezygnuje z dokumentalnej formy ograniczając się do zawężenia czasu akcji do kilku godzin podczas trwania jednej nocy). Największą jednak zaletą filmu jest umiejętność samokontroli w stosowaniu tych wszystkich zapożyczeń. Ma się wrażenie, że twórcy znaleźli złoty środek, który powoduje, że pomimo iż cały czas "dociskają nogą gaz do dechy", nie rozbijają się.



Wspomnieć należy również o interesującym zabiegu, jaki reżyser zastosował względem oczekiwań widza. Otóż, przez cały czas trwania seansu przewija się groźba przybycia odsieczy dla osaczonego potwora. Wspomina się o tym już po zaledwie kilku (nastu) minutach seansu, a odnaleziony "nadajnik" skutecznie ten stan podtrzymuje. Również hałasy z zewnątrz domu, w którym zabarykadowali się bohaterowie, oraz nieoczekiwana wizyta, służą przygotowaniu widzów na starcie z chordą obcych. Ostatecznie owe starcie następuje, ale rozegrane jest to bardziej na poziomie naszych wyobrażeń i oczekiwań, a na samym ekranie niewiele zobaczymy.


Znaczący sukces debiutu sprawił, że wszystkie oczy filmowego świata zwrócone zostały w stronę reżysera. Co teraz zrobi? Czy wytrzyma presję? Czy jego kolejny film dorówna debiutowi? Może sukces był tylko dziełem przypadku? Filmem Altered Eduardo Sanchez udowadnia, że na miano obiecującego twórcy kina grozy jak najbardziej zasłużył, czego potwierdzeniem będą jego kolejne filmy, z Lovely Molly (2011) na czele.

wtorek, 7 czerwca 2016

Nienawistna czwórka - maj




10 Cloverfield Lane /2016/ – reż. Dan Trachtenberg

Podoba mi się pomysł stworzenia jednego "świata", w którym różni filmowcy mogą snuć swoje własne i niezależne opowieści. Na takim koncepcie można by stworzyć nowy rodzaj podgatunku filmowego, np. mockumentu. Historia zamyka się (dosłownie) w ramach schronu, w którym to bohaterowie zostają zamknięci. Przez większość czasu odkrywamy powody tego zamknięcia oraz rzeczywiste pobudki osoby, która do tego stanu rzeczy doprowadziła.  Na tym poziomie mamy do czynienia z thrillerem z elementami dramatu. Sama końcówka natomiast, wpasowuje obraz w ramy rasowego filmu Sci-Fi. Dla widzów, którzy nie widzieli wcześniej Projektu: Monster (Cloverfield, reż. Matt Reeves, 2008) może to być spore zaskoczenie (biorąc pod uwagę fakt, że zdecydowana większość obrazu nie przygotowuje nas na to).


Aby nie zdradzać zanadto fabuły napiszę jedynie, że film ma świetną główną bohaterkę, która ani na moment nie traci zimnej krwi i z opanowaniem godnym stoika próbuje przetrwać całą sytuację. Jest zaradna, zdecydowana, trzeźwo myśląca i odważna. Przypomina mi główną bohaterkę innego filmu - horroru: Następny jesteś ty (You're Next, reż. Adam Wingard, 2011), która równie zaradnie (jak nie bardziej) "kopie tyłki" oprawcom. Może mamy możliwość obserwować narodziny specyficznej tendencji? Się okaże. 
(ocena: 7-8/10)




New World (Shin-sae-gye) /2013/ - reż. Hoon-jeong Park

Film w którym widocznie pobrzmiewają dalekie echa Infernal Affairs: Piekielna gra (Mou gaan dou, reż. Wai-keung Lau, Alan Mak, 2002) i nie jest to bynajmniej żaden zarzut. Uderzająco podobny jest szczególnie punkt wyjścia opowiadanej historii. Mamy policjanta, który od wielu lat, "pod przykrywką", infiltruje niebezpieczną grupę przestępczą. Mamy inspektora, który nadzoruje całą operacją i wprowadza w życie swój "chytry" plan. Brakuje nam tylko "kreta" w gronie stróżów prawa. Na jego miejsce wprowadzona zostaje niejednoznaczna postać Cheong Jeong (Jeong-min Hwang) przyjaciela ("brata") głównego bohatera. To miedzy nimi dojdzie do "starcia", które to odmieni bohatera i pchnie film na zupełnie inne tory niż wspomniany już Infernal Affairs


Wszystko co najlepsze w filmie rozgrywane jest na poziomie psychologii postaci. Policjanci w osobie komisarza i jego przełożonych, jawią się niczym banda "przestępców", którzy nie zważają na cenę swoich postępowań, ani nie uznają żadnych zasad. Działają niczym syndykat zbrodni. Z drugiej strony mamy do czynienia z organizacją, która pomimo przestępczych korzeni, ma w sobie (bardziej niż policja) ducha honoru i lojalności przyjaciół (pomimo, iż zakopane jest to pod pokładem szpanerstwa i udawanej beztroski). W świecie w którym symptomów prawości ciężko dopatrzeć się u stróżów prawa, naturalnym jest zwrócenie się w stronę tylko własnego interesu. Szczególnie, gdy jawi się on nam jako mniejsze zło. Naprawdę świetne kino.
(Ocena: 8/10 i film trafia do grona moich ulubionych)



We Are the Best! (Vi arbast!) /2013/ - reż. Lukas Moodysson

Moodysson od zawsze lubował się w obrazowaniu życiowych wyrzutków (Tylko razem, 2000, Kontener, 2006). Nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego filmu, w którym za bohaterki obiera ponownie (po Fucking Amal, 1998) nastoletnie uczennice. Fabuła filmu skupia się na dwójce dziewczyn lubujących się w stylu punk. Przez zbieg okoliczności dziewczyny zakładają zespół muzyczny. Żadna z nich nie potrafi śpiewać i na niczym grać, lecz nie o to im chodzi. Muzyka stanowi kolejny element umożliwiający pełne wyrażanie samych siebie. W krótkim czasie do dziewczyn dołącza kolejny wyrzutek szkolny, tym razem potrafiący dobrze grać na gitarze. Muzyka zespołu zaczyna nabierać lepszego brzmienia. 


Zdziwiłby się ten, kto myśli, że jest to film o zespole, lub chociażby o muzyce (której jest w filmie bardzo dużo). Moodysson mówi o dojrzewaniu, o związanych z tym problemach, tych małych i tych trochę większych. Przenosi się wraz z bohaterkami do początku lat 80., gdzie z nostalgią opowiada o własnych latach młodości. W filmie wręcz czuć jest namacalną sympatię do bohaterek. Reżyser odchodzi od krytycznej i "beznadziejnej" stylistyki (tak bardzo obecnej w jego ostatnich filmach), na rzecz przyjemnej gloryfikacji przeszłości połączonej z tęsknotą za czymś, do czego nie można już powrócić. Całkiem ładny film.
(ocena: 7/10)



Riaru Onigokko /2013/ - reż. Shion Sono

Lubię Shiona Sono ponieważ przez jego filmy przebija się taka dzikość, takie szaleństwo, które mi szczególnie odpowiada. Nie zawsze ono do mnie w stu procentach trafia, nie zawsze go do końca rozumiem, ale jak już mnie "walnie", to tak, że kładę się na łopatki (jak to miało miejsce z Cold Fish, 2010).


Riaru Onigokko  "kupił" mnie początkową sceną w autobusie, która ścięła mnie z nóg (wraz z karoserią pojazdu;). Później jest szokująco, groteskowo (absolutnym zwycięzcą w tej kategorii jest pan młody ze świńską mordą, podążający za bohaterkami wykonując różne akrobacje) ale w żadnym razie niegłupio. Sono snuje filozoficzną opowieść o naszym istnieniu, której całego sensu do końca nie pojąłem, ale nie zmienia to faktu, że wrażenie pozostawił, jak najbardziej pozytywne. Na uwagę zasługuje praca kamery, która "niesie" nas ponad głowami bohaterów oraz bardzo dobra muzyka potęgująca wrażenie obcowania z nieznanym. Tak już jakoś mam, że gdy obraz mnie intryguje, to podążam za twórcą nawet wówczas, gdy prowadzony jestem po omacku.
(Ocena: 6/10)