środa, 19 października 2016

Z niezapowiedzianą wizytą w podwodnym "raju"





Podczas wakacji w Meksyku dwie siostry postanawiają spróbować czegoś nowego: zamierzają zanurkować w oceanie, by przeżyć kontakt z rekinami. Wszystko wygląda wspaniale, do momentu gdy lina podtrzymująca klatkę ochronną urywa się, a bohaterki lądują na dnie oceanu. Od tej chwili rozpoczyna się ich nieubłagana walka z czasem i rekinem, który czai się gdzieś w głębinach.



Najważniejszym bohaterem filmu jest gigantycznych rozmiarów rekin. Przedstawiony jest on przez twórców jako część natury, jej reprezentant, a nie negatywna postać dramatu. Bohaterki walczą, ze swoimi lękami, wyobrażeniami, i ostatecznie również z nim - przedstawicielem dzikiej przyrody. Rekin nie atakuje ich jednak z powodu swoich złych intencji. Odpowiada na ludzką ingerencję w jego naturalne środowisko (klatka z ludźmi na środku oceanu, porozrzucane kawałki mięsa w celu zwabienia drapieżnika). W tym kontekście rekin jest symbolem natury traktowanej przez ludzi jako część atrakcji rozrywkowej, niczym wizyta w oceanarium, czy zoo, gdzie liczy się tylko ładne zdjęcie zamieszczone na portalach społecznościowych. Bardzo szybko dociera do bohaterek, które miejsce w hierarchii w przyrodzie zajmują. Przytłaczający ogrom oceanu ukazuje kruchość człowieka w porównaniu z prawdziwą wielkością jego mieszkańców.



In The Deep, (znany pod błędną nazwą: 47 Meters Down) w reż. Johannesa Robertsa (2016) obraz praktycznie nieznany (ciężko znaleźć nawet oficjalny trailer) zainteresował mnie z powodu nazwiska Alexandre Aja (twórcy Bladego strachu, czy też świetnego remaku hitu Wesa Cravena z lat 70. pt. Wzgórza maja oczy), który piastuje tutaj fotel producenta. Patrząc na wcześniejszy dorobek filmowy reżysera/scenarzysty należałoby zapytać: jakim cudem to wszystko tak dobrze się udało? Wietrzę tego dwie przyczyny. Po pierwsze: postać Alexandre Aja w roli producenta, który zapewne w jakimś stopniu mógł pomóc w utrzymaniu w ryzach "tandetnych" ambicji scenariuszowych reżysera, którymi raczył widzów w swoich poprzednich dziełach np. Ziemi potępionych (Forest of the Damned, 2005) czy też Storage 24 (2012). Po drugie (które łączy się z pierwszym): wszystkie wcześniejsze porażki artystyczne reżysera wynikały z jego przekombinowanych scenariuszy, dlatego ograniczenie go do, z pozoru, banalnej historii wychodzi obrazowi na dobre. Twórca może skupić się na tym, co wychodzi mu całkiem nieźle, czyli na budowaniu napięcia i atmosfery, zmuszając widza do postawienia się na miejscu bohaterek.



Bardzo udanie twórcy rozwiązali finał obrazu. Taki gatunek i taka konwencja wręcz domagają się maksymalizacji odczuwanych emocji. W ten sposób film może i bywa atrakcyjniejszy wizualnie, jednak traci zupełnie na prawdopodobieństwie. Ktoś może napisać, że to taka konwencja i nie ma co narzekać. Dobrze, ale przecież można próbować pogodzić te dwa, skrajnie do siebie niepasujące, elementy. Ten wyczyn udaje się twórcom dzięki bardzo prostemu i wynikającemu z fabuły, "trickowi" scenariuszowemu. Można napisać, by zanadto nie zdradzać fabuły, że "otoczenie" przychodzi twórcom z pomocom dzięki temu, ostatecznie, zadowoleni powinni być nawet malkontenci (wiem, jestem naiwny).



Napięcie w filmie dozowane jest z matematyczną precyzją, od bardzo sugestywnego wstępu, z rozlanym winem w basenie, po scenę końcowego wynurzania. Ponadto, cała sytuacja przedstawiona jest niezwykle realnie i pomimo, że nie posiadam żadnej wiedzy na temat nurkowania, zachowania bohaterów wydają się psychologicznie solidnie uzasadnione (brak jakiś szczególnie irracjonalnych postępowań, tak często spotykanych w podobnych produkcjach). Dodatkowo wiele zapadających w pamięć scen, z tą najbardziej sugestywną, finałową, która w kontekście tego co obserwowaliśmy wcześniej, urasta do rangi symbolu.



Trochę szkoda, że z filmów o rekinach, to 183 metry strachu (The Shallows, 2016, reż. Jaume Collet-Serra) z racji swojej kinowej dystrybucji przejdzie w tym roku do świadomości widza. Z drugiej strony, jak ktoś chce, to zawsze można samodzielnie zdobyć film In The Deep, zasiąść przed ekranem telewizora (czy monitora) i delektować się nim w swoim domowym zaciszu.  Uważam, że to dobre kino, więc warto.

piątek, 7 października 2016

Nienawistna czwórka – wrzesień






The Duel /2016/ – reż. Kieran Darcy-Smith

Western z zacięciem psychologicznym, to ciekawa odmiana w ramach gatunku. Na pierwszy plan wysuwają się pogmatwane relacje pomiędzy trójką bohaterów: mężem Davidem Kingstonem (Liam Hemsworth), jego żoną Marisol (Alice Braga) i "wielebnym" Abrahamem Brantem (Woody Harrelson). Zastanawiałem się, co by się stało, gdyby główny bohater nie zabrał ze sobą swojej żony na kolejną "misję"? Najpewniej bardzo szybko zostałby zastrzelony przez ludzi "wielebnego", a film nie byłby tym czym jest teraz. Żonę jednak bohater zabrał, co sprawiło, że stała się centralną osią niemalże całej akcji.


Bój, który bohaterowie stoczą o kobietę wychodzi poza standardowe ramy znanych opowieści z dzikiego zachodu. Marisol, w ujęciu twórców, to dzikość, która potrzebuje ujarzmienia. Nie można zadowolić się półśrodkami, nie można takiej zmysłowości otrzymać w prezencie, trzeba o nią zawalczyć, a najlepiej "wyszarpać" ją przeciwnikowi prosto z gardła (wraz z jego życiem). Nie liczy się człowiek, jego honor, dobro czy czułość. Taka "dzikość" dążyć będzie zawsze do innej "dzikości". Dobroć i szczęście jest relatywne, dlatego nieprzewidywalne. Pierwiastek żeński, przede wszystkim podświadomie, ale nie tylko, ulega z rozkoszą pierwotnemu instynktowi i oddaje się najsilniejszemu (bardziej charyzmatycznemu) osobnikowi. 


Czy warto było? Gdy chodzi o naturę nie ma czasu na refleksję. Istotna jest chwila, moment, w którym osoba zostanie przez drugą dopełniona. Szczęście osiągnie się tylko wówczas, gdy zrobi się to na własnych warunkach. Niemalże feministyczny charakter obrazu skręca znaczeniowo w mocno szowinistyczną (czy wręcz mizoginistyczną) stronę. Co przeważa? To, niech każdy widz oceni samodzielnie.
Ocena 7/10






Blair Witch /2016/ – reż. Adam Wingard

Duże nadzieje, jakie wiązałem z nowym filmem o wiedźmie z Blair wynikały co najmniej z dwóch przesłanek. Po pierwsze i najważniejsze, pierwowzór z 1999 r. raczej umiarkowanie przypadł mi do gustu. Strasznie rozwleczony, bronił się jako "straszak" jedynie w finałowych sekwencjach. Nuda, do pewnego stopnia, "zabiła" oryginalny koncept formalny obrazu. Druga przyczyna moich rozbuchanych nadziei względem filmu wynikała z faktu, iż za reżyserię zabrał się nie kto inny jak utalentowany twórca i zagorzały entuzjasta horrorów: Adam Wingard - twórca m.in. rewelacyjnego Następny jesteś ty (You're Next, 2011).


Niestety nie mogę napisać, by moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone. Co prawda, twórcy podkręcili akcję do tego stopnia, że przez cały czas trwania seansu "coś się dzieje", jednak im bliżej końca, tym mniej interesowałem się losami bohaterów (który notabene, z góry były przesądzony). Na gruncie tego gatunku filmowego jest to grzech niewybaczalny. Wszyscy bohaterowie wydają się być bezbarwni i schematyczni jakby twórcy czerpali jedynie z szerokiego wachlarza znanych już ofiar horrorowego uniwersum.
Ocena 5-6/10




Pitbull. Nowe porządki /2016/ - reż. Patryk Vega


Patryk Vega powinien zajmować się wyłącznie kręceniem filmów traktujących o pracy stróżów prawa. Robi to z pazurem i pomimo, że jego obrazy dalekie są od doskonałości, mają swój specyficzny charakter. W Nowych porządkach reżyser powraca, wraz z nowym głównym bohaterem, na stare i znane z poprzedniego filmu kinowego i serii TV śmieci. Jest w tym dużo świeżego oddechu i fajnych pomysłów. Największą jednak zaletą filmu są bohaterowie. 


Niesamowicie charyzmatycznie wypada (i to był strzał w dziesiątkę) nowy główny bohater Majami (Piotr Stramowski), który godnie zastępuje Despera (Marcin Dorociński). Grabowski, Królikowski i Kula powracają, jednak stanowią już tylko sympatyczne tło. Fabuła w filmie koncentruje się na konflikcie z bandą Babci (Bogusław Linda). Nigdy za Lindą nie przepadałem, jednak w tej roli aktor po prostu błyszczy. Udanie rewersuje graną przez siebie w przeszłości kultową, co dla niektórych, postać Franza Maurera z dylogii Psy. Bardzo dobrze napisane są również postacie Zupy (Krzysztof Czeczot) jako psychopatycznego współpracownika Babci oraz mięśniaka Stracha (Tomasz Oświeciński), wprowadzającego element humorystyczny do filmu. 


Wszystko to zrobione jest bez ambicjonalnego nadęcia i wymuszenia, a że ma wady, no cóż… Pourywany, chaotyczny scenariusz, to rzecz do której Vega zdążył już widzów przyzwyczaić. Natomiast wylewające się zewsząd szambo ciągłych przekleństw, być może jest normą w środowiskach, o których film opowiada. Wyczekuję z niecierpliwością kolejnej części, której szybkość powstania, mam nadzieję, nie wpłynie na jakość i nie zepsuje wrażenia z tak udanego powrotu do patologicznej części naszej stolicy.
Ocena 7/10





Fudoh - Nowa generacja (Gokudo Sengokushi: Fudo) /1996/ - reż. Takashi Miike


Minęło dziesięć lat odkąd zetknąłem się z tym filmem po raz pierwszy. To zadziwiające, że nic w moich oczach obraz nie stracił, a wręcz przeciwnie. Wszystkie jego ówczesne ewidentne wady, dzisiaj stają się niemalże zaletami. Z tego powodu film nabiera nowej świeżości. Jest to jeden z pierwszych tak "szalonych" obrazów Takashiego Miike, w którym reżyser odwołuje się do mangi, japońskiego komiksu już na stałe goszczącego w jego twórczości. Również ukazywane wszelkie aberracyjne zachowania stanowią u twórcy Ichiego Zabójcy (Koroshiya 1, 2001) normę. Imponuje duża swoboda z jaką opowiadana jest historia.


Nie da się ukryć, że to początek kariery reżysera, ale wszelkie niedostatki warsztatowe niwelowane są surowym zapałem młodego twórcy. Przez ten zapał właśnie wiele jestem mu w stanie wybaczyć. Można napisać, że historia opowiedziana w Fudoh jest pocięta, niepełna, epizodyczna, jednak w tym szaleństwie zdaje się być metoda. Reżyser nie podporządkowuje bohaterów pod opowiadaną historię, a wręcz przeciwnie, próbuje, by to właśnie bohaterowie byli w niej priorytetowi (nawet wówczas, gdy wpływa to na strukturę fabuły). Dlatego przykładowo mamy do czynienia z rozbudowanym (wydawać by się mogło, że niepotrzebnie) epizodem zbliżenia seksualnego pomiędzy nowo przybyłą nauczycielka języka angielskiego, a hermafrodycką podwładną głównego bohatera.


Niestety, należy to przyznać, że dziewięćdziesiąt minut, to zdecydowanie za mało na tak dużą ilość bohaterów. Konsekwencją tego jest pewne uczucie niedosytu (słyszałem, że są kolejne części ale już innego reżysera, ciężko dostępne i nie tak udane). Z drugiej strony, pomysłowość rozwiązań scenariuszowych jest godna pochwały. Najbardziej w tym kontekście podobał mi się wątek głównego bad guya czyli Daigena Nohmy (Riki Takeuchi). Widz cały czas czeka na finałową konfrontację, która nastąpi ale poza obiektywem kamery. Dobrze komponuje się to z całością pourywanej fabuły. Ogólnie, Fudoh, to pięknie popierniczony film spod znaku japońskiej ekstremy.
Ocena 7/10 i ogromne serducho.

PS Dodatkowo jest tam masa bajeranckich scen, jak ta, w której jedna z bohaterek idzie oddać mocz ukazując tym samym swoją hermafrodycką naturę.