środa, 24 sierpnia 2016

Dusza chłodem ziejąca






Rusza ekspedycja na Antarktydę. Celem jest zdobycie jednego z najbardziej nieosiągalnych punktów na ziemi: południowego bieguna niedostępności. Sześciu mężczyzn pokusi się na wyprawę, która zmusi ich do zmierzenia się ze swoimi największymi ograniczeniami. Ich sześciu i nic poza wszechogarniającą bielą krainy skutej wiecznym lodem - krainy, w której po pół roku trwa dzień  i noc. Trzeba zdążyć przed zmrokiem, bo ciemność w takich warunkach oznacza śmierć. Czy uda im się osiągnąć cel? Czy zdążą na czas?


Od samego początku seansu Mroźnego piekła (Nam-geuk-il-gi, reż. Pil-Sung Yim, 2005) wyczuć można dalekie, acz wyraźne, echa filmów Wernera Herzoga, z Aguirre, gniew boży (Aguirre, der Zorn Gottes, 1972) na czele. Niby tak niewiele te filmy łączy, a jakby stały obok siebie - na przeciwnych biegunach (dosłownie i w przenośni). W obu filmach bohaterowie "walczą" z nieubłaganą naturą: u Herzoga z gorącym klimatem dżungli w Peru, w filmie koreańskim, z surowymi warunkami Antarktydy.


Największe podobieństwo jednak leży po stronie przywódców wyprawy. W obu filmach mamy do czynienia z osobami owładniętymi żądzą zdobycia wyznaczonego celu, żądzą, która przejmuje nad nimi kontrolę, prowadzi ich. Koreański twórca, gdzie indziej umieszcza akcenty związane z przyczyną tej szalonej pogoni za nieosiągalnym. Kapitan Do-hyeong Choi (Kang-ho Song) poprzez tą wyprawę szuka dla siebie ocalenia, zadośćuczynienia za grzechy uczynione w przeszłości (śmierć syna). Osiągnięcie celu ma służyć odkupieniu jego win. Jednak zadośćuczynienie zamierzchłej krzywdy sprowadza na bohatera kolejne przewinienia. Nie zważając na żadne granice, prze on jednak do przodu, "taranując" na swojej drodze wszelkie przeciwności, od bezwzględnej natury zaczynając, na ludziach kończąc. Biegun owładnął go całkowicie zabierając resztkę zdrowego rozsądku.


Pozostali członkowie ekspedycji zmuszeni są ponosić konsekwencje "szaleństwa" ich kapitana. Nie potrafią i nie mogą mu się przeciwstawić. Jego determinizm odbija się również na nich, zaraża ich. Poddają się jego woli niczym "synowie swojemu ojcu". Droga ku zatraceniu zawsze kończy się w jeden sposób… Po wszystkim nastąpi otrzeźwienie, które przywróci zdrowy rozsądek. Biegun "przemówi" i zażąda co jego. Takiej sile się nie odmawia. Może teraz, w końcu, bohater odnajdzie tak bardzo upragnione ukojenie?
 


Zawiedzie się srogo widz, który w Mroźnym piekle doszukiwał się będzie dramatu przyrodniczego – obrazu ukazującego trudy człowieka walczącego z przeciwnościami przyrody (w tym przypadku Antarktydy). Reżyser obiera inny kierunek. W filmie, to człowiek stanowi największe zagrożenie dla siebie i innych (podobnie zresztą jak u Herzoga). Reżyser penetruje najbardziej odległe zakątki duszy ludzkiej, stara się przeniknąć ją, zrozumieć. W tym kontekście mroźna natura może tutaj stanowić symboliczny opis wnętrza kapitana: niedostępnego, dzikiego, ekstremalnego, brutalnego.


Z drugiej strony, biegun przedstawiony jest jak demon, który opętuje podróżników. W tym celu reżyser sięga po elementy kina grozy (do którego powróci w następnym swoim filmie) wykorzystując je do stworzenia wizji świata, w którym "coś" niesamowitego (by nie napisać mrocznego) wpływa na postępowanie bohaterów. To właśnie ten element "niesamowitości" najbardziej odróżnia film koreański, od dzieła twórcy Fitzcarraldo (1982) i pomimo, iż pozycja arcydzieła Aguirre nie zostaje zachwiana, Mroźne piekło stanowi dobry przykład wykorzystania elementów kina gatunkowego w służbie oryginalnej wizji autorskiej.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Nadchodzą barbarzyńcy (cz. 2)





Ragnar z innymi bohaterami stanowią szczegół w szerszym kontekście serialu, który posiada ambicję, by ukazywać losy skandynawskich plemion, wyruszających na podbój państw europejskich, siejąc przy tym (bo jakże można by było inaczej) zniszczenie i trwogę. Plemion, których świetność w tym czasie jednocześnie rozkwita i więdnie. Mam z tym serialem pewien problem. Z jednej strony bardzo mi się podoba: bohaterowie oraz świat przedstawiony cywilizacji, która "potrząsnęła" światem. Duży nacisk twórcy kładą na ukazywanie obyczajów, co stanowi dobry sposób na historyczną edukację. Fabuła ciekawi, tworząc w miarę spójną opowieść. Wszystko jest niby na swoim miejscu ale… No właśnie, zawsze musi być to nieszczęsne ale.


Forma serialu daje wyśmienitą okazję do pokazania, krok po kroku, przeobrażania się bohaterów. Twórcy seriali dzięki czasowi antenowemu, którym dysponują, mają możliwość zobrazowania wiarygodnych, z psychologicznego punktu widzenia, zmian w bohaterach. Do tej pory w filmach fabularnych było to problematyczne, mając do dyspozycji w najlepszym przypadku do 180 minut trwania filmu(co nie oznacza, że niemożliwe). Spore elipsy czasowe mogą powodować u widzów wrażenie pewnego niedosytu. Ostatnimi laty serial wyprzedził i zdeklasował w tej kwestii swoich starszych "kolegów" z dużego ekranu.


Za przykład niech posłuży rewelacyjny Breaking Bad (2008 – 2013), gdzie ramy serialu uwiarygodniają przemianę bohatera z nauczyciela fajtłapy do bezwzględnego bosa narkotykowego, potrafiącego przechytrzyć największe tuzy podziemnego półświatka. Odbywa się to na oczach widzów, krok po kroku, w konwencji pędzącego na złamanie karku dramatu sensacyjnego. Przemiana jest stopniowa, z odcinka na odcinek, i dlatego prawdziwa. Twórcom udaje się nie zgubić nawet na chwilę wiarygodności psychologicznej. Chciałoby się napisać, że podobnie jest w Wikingach, ale nie mogę. O ile postać Ragnara przedstawiona jest w miarę wiarygodnie, to do zachowań innych postaci serialu można mieć poważne zastrzeżenia. Są to w danym momencie może i szczegóły ale, gdy popatrzymy na serial jako całość, jest to symptomatyczne, a przez to może przeszkadzać.


Mógłbym przytoczyć wiele sytuacji na poparcie moich zarzutów, ale skupię się jedynie na dwóch. Pierwsza z nich dotyczy Athelstana, czyli najbliższego przyjaciela Ragnara. Bohater  jest mnichem, który pojmany zostaje przez wikingów podczas jednej z wypraw. Żyje tylko dzięki Ragnarowi (zaciekle bronił pisma świętego, co zaintrygowało najeźdźcę). W wiosce wikingów szybko przestaje być więźniem i powoli staje się członkiem rodziny nowego władcy. Opowiada Ragnarowi o swoim świecie, uczy go jego zasad, samemu również przyswajając kulturę barbarzyńców. Na kolejnej wyprawie staje do walki razem z wikingami ale już nie jako ich przeciwnik, a sprzymierzeniec. Pojmany do niewoli przechodzi "ponowną" przemianę, a później kolejną… Aż się chce napisać, że facet ewidentnie "czegoś" szuka. Nie te przemiany są jednak problemem (bo obiektywnie da się jeszcze w nie uwierzyć), a sposób ich przedstawienia. Zdecydowanie z nich wszystkich najgorzej wypada pierwsza. Nadspodziewanie łatwo, z zagorzałego wyznawcy Chrystusa, Athelstan wchodzi w świat barbarzyńskich bogów. Na ekranie zaprezentowane to zostało niczym po "pstryknięciu palcami" lub po przysłowiowym "machnięciu czarodziejską różdżką". W jednym dniu był chrześcijaninem, w drugim, "przyszywanym" wikingiem. Ja wiem, że to strach, fascynacja, zwątpienie, a to wszystko nie odbywało się na przestrzeni kilku dni, a co najmniej miesięcy, ale w tym właśnie tkwi sedno problemu: ja to wiem, zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, ale potwierdzenia moich przypuszczeń próżno doszukiwać jest na ekranie.


Drugi przykład dotyczy najnowszego sezonu i jest łatwiejszy do dostrzeżenia. W celu przypieczętowania swojej zdrady, Rollo bierze za żonę księżniczkę francuską. Od początku ich związku niechęć młodej władczyni do nieokrzesanego wikinga każe widzom sądzić, że zgoda pomiędzy nimi na długo nie zagości. Księżniczka ostentacyjnie ignoruje męża i wyśmiewa. Gdy już ma dojść do rozwodu, sytuacja ulega zmianie. Ta nieustępliwa w swej pogardzie i odrazie względem barbarzyńcy kobieta przekonuje się do jego osoby natychmiast po tym jak usłyszy, że Rollo nauczył się jej języka ojczystego. Cała powłoka nienawiści pęka niczym bańka mydlana, bo Rollo nauczył się francuskiego? Nawet gdy przyjąć, że ta odraza była tylko maską, za którą kryła się fascynacja dzikością, nawet gdy przyjmiemy, że od samego początku tych dwoje "wpadł sobie w oko" (podczas oblężenia zamku), twórcy nieumiejętnie ich zbliżenie przedstawili. Trąci to wszystko fałszem i uproszczeniami, a to sprawia zawód, bo możliwości przecież były. Przytaczane "nieścisłości" psychologiczne nie są jedynymi i, co prawda, nie przeszkadzają jakoś wyjątkowo mocno w seansie, lecz nie sposób o nich zapomnieć.


Na końcu pierwszej części czwartego sezonu znienawidzony wódz powraca do swoich ludzi. Pomimo zachęt, nikt nie kwapi się do dźwigania na swoich barkach jarzma przywództwa. Mogło to być bardzo dobre podsumowanie historii wielkiego wodza. Twórcy postanowili inaczej. Zapewne, dużo kwestii pozostało otwartych, dużo niepowyjaśnianych wątków, które proszą się o domknięcie. Niedługo okaże się czy twórcy mają dobry powód na kontynuowanie historii wikinga, który marzył o wielkości i którego ta wielkość ostatecznie przygniotła.