środa, 21 września 2016

Na gruzowisku uczuć







Davis (Jake Gyllenhaal) traci żonę. Życie wali mu się na głowę, jednak on nic nie czuje. Czy to możliwe, że jej nie kochał? Odmienny sposób patrzenia, spowodowany wstrząsem, generuje zmianę. Powoli, ale systematycznie, bohater "rozczłonkowuje" swój świat na coraz to mniejsze kawałki. Impulsem staje się automat ze słodyczami ze szpitalnego korytarza. Jest on również jak kamyk rzucony w przednią szybę pędzącego samochodu – powodem dla którego wszystko zaczyna pękać. To, w wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka, groteskowej spowiedzi wobec siebie samego, bohater próbuje ustawić swoje życie na właściwym miejscu.



By jednak poukładać, najpierw należy zburzyć, zniszczyć i pogrzebać dotychczasowy styl życia, styl, który spowodował wewnętrzną śmierć bohatera. Obojętność i zniechęcenie przebiło się widocznie do wszystkich sfer jego jałowej egzystencji. Tragedia czegoś uczy, wyostrza zmysły, czyni sprawy prostszymi. Czy jednak na pewno? Pod rozbitą warstwą samego siebie ukazuje się również nieznana do tej pory część świata zewnętrznego, świata, którego nie mogliśmy, a może nie chcieliśmy, znać ("nie moje krzesło, nie mój problem"). To jednak nie jest ważne, bo raz wyzbywszy się ułudy, dociera się do istoty swojej osoby.


Nowy punkt widzenia, nowe osoby na horyzoncie. Jedna "chora" dusza ciągnie do drugiej i tak Davis spotka Karen (Naomi Watts). Kobieta pozornie ma wszystko: dom partnera, dorastającego syna, pracę. Toczy ją jednak ten sam robak zobojętnienia, co głównego bohatera. Co prawda jest w związku z mężczyzną, jednak od samego początku zdaję sobie sprawę, że nie darzy go uczuciem. Nie angażuje się, bo tak jest wygodniej i bezpieczniej. Ma syna, którego kocha ale kompletnie straciła z nim kontakt. Nie rozumie go, jego problemy są dla niej obce. Znajomość z Davisem jest dla Karen zbawienna. Bohater swoją odwagą do bycia szczerym wobec siebie i świata inspiruje ją na tyle, by "otworzyć jej oczy". Pomału kobieta pozbywa się swojej wierzchniej warstwy ułudy. Z drugiej strony, rodzina Karen jest dla głównego bohatera miejscem, gdzie może całkowicie "odsłonić" swoje nowe ja, bez narażenia się na konsekwencje społeczne. Bohaterowie "ocalają" siebie nawzajem.
 


Mieli twórcy "nosa" angażując do głównej roli Jakea Gyllenhaala. Na dzień dzisiejszy, to nie jest aktor, to jest "zwierzę" sceniczne. Sposób w jaki swoją grą aktorską pociąga i angażuje bez reszty widza (jego efektowny "taniec" na ulicach), każe przypuszczać, że urodził się tylko w jednym celu. Tak wielka forma aktora nie jest przypadkowa i stanowi kontynuację jego rewelacyjnej passy trwającej i urzeczywistniającej się w takich tytułach jak Wróg (Enemy, reż. Denis Villeneuve, 2013), Wolny strzelec (Nightcrawler, reż. Dan Gilroy, 2014) czy Do utraty sił (Southpaw, reż. Antoine Fuqua, 2015), by wymienić tylko kilka. Prawdziwe brawa należą się jednak reżyserowi, który potrafił wzorcowo poprowadzić tę historię. Destrukcja (Demolition, reż. Jean-Marc Vallee, 2015), to oryginalny dramat ukazujący subiektywny (jak wszystko w życiu) sposób radzenia sobie z żałobą. Reżyser umiejętnie dozuje emocje widzów, od zaciekawienia, poprzez fascynację, aż po wzruszenie. 


Przekonująco, nie popadając przy tym w sztampę, ukazuje kolejne etapy zrozumienia samego siebie w obliczu jednostkowej tragedii. Bohater poprzez wypadek "wybudza" się, ale równocześnie, to "wybudzenie" pozwoli mu zrozumieć i pogodzić się z tak bardzo nieoczekiwaną stratą. Film jest tematycznie podobny do wcześniejszych obrazów reżysera, szczególnie do Witaj w klubie (Dallas Buyers Club, 2013) i Dzikiej drogi (Wild, 2014). Wydaje się że reżyser upodobał sobie opowiadanie historii ludzi znajdujących się na "rozdrożach" życia. Robi to z wyczuciem godnym eksperta, dlatego, jak dla mnie cała jego filmografia mogłaby się kręcić wokół tego tematu.

wtorek, 6 września 2016

Nienawistna czwórka – lipiec/sierpień




Mały Quinquin (P'tit Quinquin) \2014\ - reż. Bruno Dumont

Aż dziw bierze, że spod ręki takiego "smutasa" jak Bruno Dumont wyszedł tak pogodny film. Niektórzy nawet posuwają się do stwierdzenia, że jest to komedia. Nie przesadzałbym w tej kwestii, ale to prawda, reżyser zapełnia przestrzeń ekranową różnymi indywiduami, których zachowanie może wywoływać uśmiech na twarzy. Robi to celowo, zdając sobie sprawę, że konfrontacja ich zachowań z przyzwyczajeniami widowni może śmieszyć.


Nie łudźmy się jednak, to cały czas stary, poczciwy Dumont. Zęby mu się nie stępiły, a co najwyżej chwilowo schowały. Pomimo swojej "dziwności", nasi zebrani w małym miasteczku bohaterowie, borykają się ze zwyczajnymi problemami współczesnego społeczeństwa: marzenia o popularności, strach przed ekstremizmem, opieka nad seniorami rodu. Jak gdyby Dumont znalazł klucz do ukazywania ludzkich ułomności, której objawy wewnętrzne odbijają się w zachowaniu na zewnątrz. Pomyli się jednak ten, kto będzie chciał przypisać bohaterom jakieś wyjątkowe wady (analogiczne do ułomności fizycznych). 


To tylko ludzie: specyficzni, drobiazgowi, nieuważni, zacofani, ufni, przyjacielscy, zazdrośni, niesprawiedliwi, przesądni, troskliwi, marzący ale twardo stąpający po ziemi - nic nadzwyczajnego, ot człowiek. Dumont ich nie ocenia, portretuje z większą niż zazwyczaj sympatią, pozwalając, by stali się w naszych oczach zwyczajni. Buduje most, który podczas seansu przerzucony jest od strony zaciekawienia innością, po tolerancję połączoną niemalże z afirmacją.
(Ocena: 8/10 i film trafia do grona moich ulubionych, a Komendant Van der Weyden staje się moim ulubionym filmowym policjantem)





X-Men: Apocalypse /2016/ - reż. Bryan Singer

A ja, w opozycji do wszystkich, napiszę, że mnie się nowy film o mutantach podobał. Przed paroma miesiącami wszyscy wychwalali nowego Kapitana Amerykę: Wojna bohaterów(Captain America: Civil War, reż. Anthony Russo, Joe Russo, 2016) - jeden z portali internetowych traktujących o kinie przyznał mu nawet pierwsze miejsce wśród wszystkich adaptacji komiksowych (sic!). Dla mnie natomiast, był to obraz solidnie zrobiony, lecz niczym szczególnym się niewyróżniający. Po miesiącu pojawili się nowi mutanci i zaczęło się narzekanie. Zupełnie tej krytyki nie pojmuję.


Siłą napędową filmu jest dobrze poprowadzona reżyseria. Bryan Singer trzyma cały obraz za "mordę", układając z niego uniwersalną mozaikę palących problemów rodu mutantów. Mamy (jak zwykle) nietolerancję, mamy poszukiwanie samego siebie oraz przede wszystkim, mamy walkę wewnętrzną związaną z dźwiganiem jarzma odpowiedzialności za posiadaną moc – standard w komiksach i filmach o mutantach. Opowiedziane jest to sprawnie z dużą sympatią do bohaterów. A to, że jest tam wiele głupot... No cóż, jakbym się uparł mógłbym doczepić się do każdej adaptacji komiksu. W nowym X-menie nie denerwowały mnie nawet takie kwiatki jak akcja Magneto (Michael Fassbender), przeuroczo kaleczącego nasz język ojczysty, z funkcjonariuszami MO. Interesującym doznaniem było odkrycie, iż nasi milicjanci przy aresztowaniach używali  łuków (to zapewne romantyczna dusza Polaków skierowała ich na drogę, którą kroczył Robin Hood;) 


Bardzo dobrze przedstawiony został antagonista i bardzo dobrze w ramach swojej postaci jest zagrany. Natomiast osobistą radość stanowi większa rola mojej mutanckiej ulubienicy: Psylocke (Olivia Munn). To jeszcze nie jest szczyt moich marzeń (nie sądzę, by twórcy go kiedykolwiek osiągnęli;) ale już jest bardzo dobrze. Poza tym cieszyłem się z braku irytującego Hugh Jackmana w roli Wolverinea (epizod z Bronią X pominę wymownym milczeniem). Do tego dodajmy zapierającą dech w piersiach solową scenę Quicksilvera (Evan Peters) oraz zakończenie dające nadzieję na niezłą kontynuację, i mamy całkiem udany film mainstreamowy.
(ocena: 7/10 a co?)





Nice Guys. Równi goście (The Nice Guys) /2016/ - reż. Shane Black

Jeszcze nie trafiłem w tym roku na film, który miałby tak skrajne recenzje. Entuzjaści pieją z zachwytu nad oldschoolowym charakterem filmu i nad nawiązaniami do komedii sensacyjnych z przełomu lat 70/80. Przeciwnicy narzekają na jego wtórność i kiepską fabułę. Najlepiej, rzecz jasna, owe opinie zweryfikować osobiście. W tym przypadku, jak w przeważającej większości przypadków, prawda leży pośrodku. Niestety należy się zgodzić z narzekającymi, że fabuła, pisząc kolokwialnie, leży na całej linii. Film jest tak wtórna, że w pewnym momencie musiałem, przestać na nią zwracać uwagę, by móc dotrwać od końca seansu. Jeden schemat goni drugi i tak przez dwie godziny.



Ja rozumiem nawiązania, ale w pewnym momencie autor powinien dać coś od siebie, "zamrugać" do widza, coś przejaskrawić, jakiś element zaakcentować w sposób odmienny - cokolwiek. Nadzieję w tym temacie stanowiły postacie, jednak i tutaj zamknięte zostały w niemiłosiernie wąskich ramach obowiązującego schematu. Mamy brutala o złotym sercu, lekkomyślnego detektywa, który pomimo wad świetnie wykonuje swój zawód, a na dokładkę przypałętała się nastoletnia córka, która jest (bo jakżeby inaczej) dojrzalsza od swojego beztroskiego rodziciela. To wszystko już w kinie widzieliśmy przetwarzane dziesiątki razy. Pokazywanie starych schematów jedynie w odświeżonej formie jest widzowi zupełnie niepotrzebne, bo niczemu nie służy.



Pomimo wszystko jednak film ogląda się całkiem przyjemnie. Zasługi przypisać należy aktorom, którzy bawią się swoimi rolami, co odczuwają również widzowie. Z męskiego duetu zwycięsko, niespodziewanie dla mnie, wychodzi Russell Crowe. Swoja interpretacją "gburowatego" brutala o nie do końca "czarnym" sumieniu, przebija również bardzo udaną rolę Ryana Goslinga. Natomiast na osobne słowa uznania zasługuje rola Angourie Rice, która zagrała postać Holly March, córki jednego z głównych bohaterów. W pamięci pozostaje jako równorzędna postać dotrzymująca kroku tytułowej dwójce, a to już zasługa charyzmy młodej aktorki – brawo! Podsumowując, żadnych rewelacji nie należy się spodziewać, ot, przyjemny i niewymagający seans na sobotni wieczór z rodziną. Raczej nie powtórzę i nie zapamiętam na dłużej.
(ocena: trochę za wysoka, wiem, ale z czystej sympatii 6/10)






Legion samobójców (Suicide Squad) /2016/ - reż. David Ayer

Cóż to za  kontrowersyjny film jest. Praktycznie nikomu się nie podoba – za wyjątkiem mnie – rzecz jasna;) Wszelkie jego mankamenty, z wyrwanym z kontekstu głównym antagonistą naszej wesołej drużyny, bledną w morzu błogiej przyjemności, którą czerpiemy podczas seansu Legionu samobójców. Właśnie na tym elemencie poległa wcześniejsza produkcja ze stajni DC Comics: Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice, reż. Zack Snyder, 2016).



Tam się wręcz męczyłem przy oglądaniu, a każdy idiotyzm fabularny dotykał mnie osobiście, sprawiając, że co rusz miałem ochotę zakończyć seans. W Legionie tego nie ma. Widz siedzi i ogląda, czerpiąc nieprzerwaną satysfakcję z filmu. Refleksja nadejdzie, ale na długo po wyjściu z kina. Wady skrystalizują się w głowie ale i tak uśmiech zadowolenia z twarzy nie zniknie. Fabuła jest tylko dodatkiem, a film bohaterami stoi. I nie mówię jedynie o rewelacyjnej postaci Harley Quinn (Margot Robbie) tylko o większości bohaterów.



Obserwowanie ich relacji to przyjemność, co prawda niskich lotów, ale jednak przyjemność. Deadshot (Will Smith), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), Kapitan Boomerang (Jai Courtney), a przede wszystkim wspomniana wcześniej Harley Quinn, to dobre materiały na postacie występujące w filmie w przyszłości uznanym za kultowy. Czekam na sequel.
Acha, i jeszcze coś: Jared Leto jako Joker, daje radę.
(Ocena: 7-8/10 z wielką sympatią. Oryginalne DVD musowo trafi do mojej kolekcji)