poniedziałek, 11 listopada 2013

Zapach Dzikiego Zachodu

Jest taka świetna scena w serialu Justified, pod koniec odcinka pierwszego, która definiuje charakter całej serii, a w szczególności stosunków panujących pomiędzy bohaterami. "Wyjęty spod prawa" Boyd Crowder i Szeryf Federalny Raylan Givens spotykają się na "nietypowej" kolacji. Po inteligentnej wymianie zdań dochodzi do strzelaniny. Nad postrzelonym Boydem pochyla się Raylan.
- Zrobiłeś to, co? Naprawdę to zrobiłeś. – z trudem wypowiada słowa Boyd.
- Przepraszam. Ale to była twoja decyzja. – odpowiada Raylan podnosząc głowę i patrząc gdzieś w pustkę. Następuje cięcie i przez kilka sekund widz ma możliwość obserwowania sceny, w której dwóch ubrudzonych węglem górników (główni bohaterowie) ucieka podczas eksplozji z kopalnianego szybu. Podtrzymują się nawzajem wiedząc, że tylko w taki sposób można przeżyć.
Muszę się przyznać, że serialem Justified zainteresowałem się dopiero po niezwykle pozytywnej ocenie jednego z moich znajomych. Co prawda już od pewnego czasu postać szeryfa Givensa, z jego nieodłącznym kowbojskim kapeluszem, pojawiała się przed moimi oczami (na plakatach promujących film czy też w zapowiedziach telewizyjnych), zawsze jednak odnosiłem nieodparte wrażenie, że będzie to kolejny "one episode/one case" serial, czyli coś czego raczej unikam. W taki oto sposób ignorowałem Justified przez cztery sezony. Jak teraz o tym myślę, to nie ma tego złego... Dzięki temu miałem przyjemność "połknąć" całe cztery pełne sezony w cztery tygodnie (co zrobiłem z ogromną przyjemnością) i doprawdy nie mogę wyobrazić sobie oczekiwania, z tygodnia na tydzień, na nowy odcinek (od stycznia, niestety, na to się zanosi).
Historia w serialu skupia się na ukazaniu losów wspomnianych już dwóch bohaterów: Szeryfa Federalnego Raylana Givensa oraz wyjętego spod prawa Boyda Crowdera. Mieszkają w miejscowości Harlan (w stanie Kentucky), która daje nikłe perspektywy dla ludzi wchodzących w dorosłość. Do wyboru jest albo mordercza praca w kopalni węgla kamiennego, albo wstąpienie na drogę przestępstwa. Dodatkowe obciążenie dla osób zamieszkujących te rejony, stanowią więzy rodzinne, które od urodzenia, z dziadka na ojca i z ojca na syna, kierują młodych na drogę występku. Dwójce bohaterów wprawdzie udaje "wyrywać" się z Harlan, ale niestety, tylko czasowo. Raylan ma więcej szczęścia (jak się później okaże, nie do końca), bo odesłany przez swoją ciotkę do większego miasta, wstępuje do akademii i zostaje stróżem prawa. Z Boydem jest inaczej. Po zakończeniu służby wojskowej, do której sam się zgłasza, wraca w rodzinne strony stając się tym (dziedzicząc schedę po rodzicach), kim stać się musi – przestępcą. Drogi bohaterów przetną się ponownie, gdy Raylan zostanie przeniesiony na posterunek mający w swojej jurysdykcji ich rodzinną miejscowość.
Receptą na sukces Justified są, przede wszystkim, świetnie nakreślone sylwetki bohaterów. Niejednoznaczni, ewoluujący na oczach widza, powoli zjednują sobie jego sympatię (pomimo że postać Raylana Givensa od początku serii wysuwa się na plan pierwszy, charyzmatycznego Boyda Crowdera pamięta się nie gorzej niż głównego bohatera – a w moim przypadku nawet bardziej). Aktorski drugi plan w filmie nie ustępuje głównym bohaterom tworząc barwny koloryt małomiasteczkowych indywiduów (na szczególną uwagę zasługują: Margo Martindale, Jeremy Davies i Neal McDonough - żeby wymienić tylko kilku).
Do świetnie nakreślonych postaci w filmie dołącza wiarygodnie i skrupulatnie odmalowany świat przedstawiony. Powolutku, z odcinka na odcinek, widz odkrywa wszystkie blaski i cienie społeczności, która urodzeniem "przywiązuje" do siebie wszystkich mieszkańców. W takim oto miejscu Raylan zmuszony zostanie do zredefiniowania samego siebie i swoich rodzinnych zależności. Czy wstąpienie do jednostki Szeryfów Federalnych zdołało zmienić wynikające z urodzenia zależności? Czy w ogóle zdołało coś zmienić? Czy może jest tak, że odznaka daje mu glejt na postępowanie, w majestacie prawa, w sposób, który i tak byłby jego udziałem, gdyby z miasteczka nigdy nie wyjeżdżał (Raylan często balansuje postępowaniem na granicy prawa i bardzo ochoczo korzysta z możliwości użycia broni – przykładowa sytuacja z "prologu" serialu, w której bohater daje czas przestępcy na opuszczenie miasta, po upłynięciu którego grozi mu śmiercią – obietnicy w konsekwencji dotrzymuje)? Z jednaj strony zastanawiające jest (z drugiej wielce wymowne), dlaczego po wyjeździe bohater nie zostaje, np. mechanikiem samochodowym, tylko wybiera pracę, która jest rewersem tego, z czego wyrósł w czasach młodości (ojciec Raylana był jednym z bardziej "szanowanych" okolicznych przestępców). Postać Boyda Crowdera, z którą skonfrontowany zostaje Raylan, od niczego nie uciekła. Po powrocie do rodzinnego miasteczka wstępuje na drogę występku stając się prawdziwym wyjętym spod prawa (Outlaw). Na pierwszy rzut oka postacie całkowicie różne, z czasem okazują się do siebie niezwykle podobne - szukające własnej życiowej ścieżki, odważnie i uparcie dążące do wytyczonego przez siebie celu. Co prawda nie pałają do siebie zbyt wielką sympatią (szczególnie Raylan) jednak związani są niewidocznym węzłem łączącym ich z przeszłością.
Dodatkowo, im historia trwa dłużej, tym mocniej widz "wpada" w realia społeczności, mając wrażenie, że jest tam tylko chwilowo, a ten wykreowany świat żyje własnym życiem nadal. Wszystkie puzzle układanki odkrywane niespiesznie pasują idealnie, dając niesamowite wrażenie, iż twórcy wymyślili całą historię (trzy sezony) nim serial się jeszcze rozpoczął.
W tym miejscu jednak, zmuszony jestem dodać dwa zdania "ale".  O ile trzy pierwsze sezony tworzą ze sobą spójną całość, tak czwarty jest nierówny. Szczególnie zauważalne jest to na początku sezonu. Akcja już nie toczy się tak gładko, a intryga nie wciąga tak bardzo. Na szczęście, od połowy sezonu sytuacja się poprawia, co jednak nie zmienia faktu, iż czwarta odsłona przygód Szeryfa Raylana Givensa jest, jak do tej pory, najsłabsza (cóż, tak wysoko ustawioną poprzeczkę bardzo łatwo strącić). Również w ostatnim sezonie, bardziej niż w poprzednich, zaczynają, jeżeli nie razić, to co najmniej zastanawiać, umiejętności strzeleckie Raylana, połączone z niesamowitym wręcz szczęściem do wychodzenia bez szwanku z najniebezpieczniejszych nawet sytuacji (najbardziej jaskrawym przykładem jest scena, w której bohater wychodzi obronną ręką – zabijając wszystkich napastników – z sytuacji, gdy jego ciężarna kobieta zostaje wzięta na zakładnika. Dodać należy, że przeciwnikami byli "żołnierze" mafii, więc nie byle przestępcy).
Powyższe drobne narzekania stanowią jednak tylko małą rysę na całości, która dzięki spójnemu scenariuszowi, wyśmienitym dialogom, zapadającym w pamięć kreacjom aktorskim oraz specyficznemu klimatowi, ma duże szanse, by ubiegać się o miano serialu kultowego. Polecam wszystkim, w szczególności tym tęskniącym za klimatem Dzikiego Zachodu, którego małe miasteczko Harlan w stanie Kentucky, jest żywym odzwierciedleniem.

piątek, 19 lipca 2013

Z deszczu pod rynnę

Kino mainstreamowe ostatnich latach przyzwyczaiło widzów do specyficznego obrazu seryjnego mordercy. Przeważnie są to bezwzględni szaleńcy mający jakąś "niesamowitą misję" do wypełnienia. Bardzo często ukazani są jako osoby ponadprzeciętnie inteligentne, czy wręcz genialne (Hannibal Lecter), a sposób prezentowania ich widzom, wskazuje na podziw lub co najmniej na szacunek, którymi twórcy ich darzą. Tak było w Milczeniu owiec (reż. Jonathan Demme), Siedem (reż. David Fincher), czy Kolekcjonerze kości (reż. Phillip Noyce). Mordercy pojawiający się w tych filmach ukazywani są nie jako "zwykli" ludzie, a osobnicy, w których tkwi jakaś niepokojąca "skaza". Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale emanuje od nich wyraźny pierwiastek obcości, braku przynależności do otaczającego ich świata.

Oglądając Snowtown, australijskiego reżysera Justina Kurzela, widz może ulec nie lada zaskoczeniu, gdyż obraz mordercy (morderców) przedstawiony jest w filmie w zgoła odmienny sposób. Miałem tę niezaprzeczalną przyjemność obejrzeć film nie będąc do końca świadom z czym będę obcować. Z zasady staram się nie czytać przypadkowych opisów, a tym bardziej komentarzy, gdyż niejednokrotnie już zepsuło mi to przyjemność przyszłego seansu. Z tej perspektywy mogę napisać, że prawdziwą gratką było odkrywanie kolejnych elementów fabuły, która ostatecznie zamyka się w prawdziwej opowieści o brutalnych seryjnych mordercach działających w Australii w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Największą siłą obrazu jest ukazanie na ekranie postaci niezwykle wiarygodnych psychologicznie. Zastosowano do tego bardzo oszczędny, wręcz ascetyczny sposób. Nikt widzom "łopatologicznie" niczego nie wyjaśnia, obrazy często - na pozór - zbyteczne, mówią wszystko, a czego nie mówią – tym lepiej. Postacią kluczową w filmie jest Jamie Vlassakis, młody chłopak wraz ze starszym i dwójką młodszych braci wychowywany przez samotną matkę. Dom, w którym mieszkają, nie sprawia wrażenia oazy spokoju i miłości, a na ekranie panuje atmosfera oczekiwania na coś niedobrego - co wkrótce nadchodzi. Dzieci zostawione pod opieką sąsiada, zostają przez niego seksualnie wykorzystane. Nieudolność systemu prawnego pozostawia sprawcę bez kary. Zrozpaczona matka zaczyna szukać pomocy gdzie indziej. Wtedy to w domu pojawia się John Bunting. Opanowany, stanowczy i konsekwentny w działaniach, szybko "nakłania" zboczonego sąsiada do "dobrowolnej" przeprowadzki. Bunting zadomawia się w "wybawionej" rodzinie przyjmując (pozornie) rolę przyjaciela a nawet ojczyma. Najbardziej zadowolony z tego faktu jest właśnie Jamie, dla którego Bunting staje się mentorem. Silna osobowość powoduje fascynację i przywiązanie dorastającego chłopaka, pozbawionego jakichkolwiek pozytywnych wzorców zachowania. Od małego poniżany, widzi w swoim nowym "opiekunie" oparcie, które może pozwoli mu odmienić beznadzieję własnego losu. Spotkanie Buntinga rzeczywiście odmienia Jamiego, ale nie do końca w taki sposób, jaki by chłopak oczekiwał. Powoli na światło dzienne wychodzą prawdziwe intencje i osobowość mężczyzny o nazwisku John Bunting.

Reżyser prowadzi narrację z punktu widzenia Jamiego, dzięki temu widz jest świadkiem stopniowego przeobrażania się – dostosowywania się - do tragicznej sytuacji, w jakiej mężczyzna się znalazł. Bunting jest inteligentny, swoje poczynania "obudowuje" początkowo ideologią, z którą utożsamia się większość społeczeństwa (walka z pedofilami). Jest to zgrabna przykrywka do zakamuflowania swoich morderczych zapędów. Z początku jego celem są rzeczywiście gwałciciele dzieci i ludzie z podejrzaną przeszłością. Bardzo szybko jednak wychodzi na jaw prawdziwe oblicze oprawcy, dla którego każda odmienność czy nietypowość, przez niego samego definiowana, staje się powodem do dokonywania eksterminacji. Najstraszniejsze w tym wszystkim jest jednak to, w jaki sposób on tych mordów dokonuje. Wszystko to są zaplanowane i z jak największą skrupulatnością przygotowane tortury, które, jak się zdaje, same w sobie, są celem sprawców (Buntingowi od samego początku pomaga niejaki Robert Wagner). Przykładem dobitnie oddającym barbarzyńską ideologię morderców jest przeprowadzenie egzekucji na Troyu, przyrodnim bracie Jamiego. To morderstwo staje się swoistą inicjacją dla Jamiego, późniejszego wspólnika oprawców. Troy w młodości wielokrotnie napastował seksualnie Jamiego, gwałcąc i wyzywając go od "ciot". Fakt ten stał się doskonałym pretekstem do zaspokojenia na nim morderczych zapędów bandy. Oprawcy zaciągają ofiarę do łazienki, wsadzają do wanny (która była częstym miejscem kaźni) i bestialsko katują. Nie zabijają go jednak od razu, tylko "grają" w okrutną grę ze śmiercią. Wagner przydusza ofiarę, ale tylko do momentu, gdy dostaje rozkaz, by przestać. W tym samym czasie Bunting, który znajduje się na kilka centymetrów bezpośrednio przed twarzą dogorywającego, głęboko wpatruje się w jego gasnące oczy, szukając w nich z pasją, oznak pojawiającej się śmierci. Nie pozwala jej jednak szybko nadejść, przeciągając w nieskończoność zabawę w zaciskanie i popuszczanie liny, doprowadzając tym do granic wytrzymałości tak widza, jak i przyglądającego się temu Jemiego. Strategia przynosi pożądany rezultat (a nawet przekracza najśmielsze oczekiwania oprawców), bo Jamie, nie mogąc znieść widoku męczarni brata, sam ostatecznie zaciska na nim pętlę śmierci. Bunting sprawia, że jego podopieczny nie dość, że się przełamuje (wcześniej się buntował), to dodatkowo czyni to z "własnej i nieprzymuszonej" woli, stając się dzięki temu idealnym wspólnikiem w zbrodniach: przywiązanym, oddanym, zastraszonym i nie posiadającym własnej wolnej woli. Z obrazu wyziera nieodparta beznadzieja, jak gdyby inny, jeżeli nie lepszy, to przynajmniej pozytywniejszy świat nie istniał. To, plus tematyka filmu sprawiają, że nie jest to seans łatwy i przyjemny. Twórcy starają się zgłębić naturę zła nie popadając przy tym w moralizatorski ton, pozwalając, by to widz wyrobił sobie opinię na temat tego, czego właśnie był świadkiem.

Co najmniej dwa zdania należą się odtwórcom głównych ról. Wypaść przekonująco w sytuacjach tak skrajnie emocjonalnie od siebie różnych (sceny tortur przeplatają się z "idyllą" domowego życia) wcale nie jest tak łatwo. Szczególnie w pamięć zapada Daniel Henshall jako John Bunting. Nie przesadza, nie szarżuje, wie, jak łatwo taką postać przerysować i rozminąć się z tak pożądanym w tym przypadku realizmem. Lucas Pittaway, czyli filmowy Jamie Vlassakis, miał zadanie jeszcze trudniejsze. Jego postać jest teoretycznie prostsza do zagrania, ale to tylko pozory. Musi być niezwykle konsekwentny (a przez to mało widowiskowy), by wiarygodnie odmalować stan człowieka, który z powodu braku właściwych wzorców moralno-społecznych zagłębia się coraz bardziej w otchłań szaleństwa. W jego zachowaniu nie widać żadnego zadowolenia czy nawet akceptacji, bardziej sprawia wrażenie niewolnika niżeli partnera w dokonywanych morderstwach.

Oczywiście film przeraża tak mocno, bo oglądane na ekranie sytuacje wydarzyły się w rzeczywistości. Nie to jednak przesądza o jego dużej wartości. To, co czyni ten film wyjątkowym, to, powstrzymawszy się od oceny, chęć uchwycenie specyfiki sytuacji skrajnie beznadziejnej, której konsekwencje wstrząsnęły opinią publiczną na całym świecie.

piątek, 28 czerwca 2013

Zmysłowa uczta


Pierwsze ujęcia filmu Nicolasa Windinga Refna: na ekranie pojawia się ostrze maczety. Kamera sunie po nim powoli odsłaniając intrygujący tytuł: Tylko Bóg wybacza. Jedna z kolejnych scen: bohater grany przez  Ryana Goslinga przygląda się swoim dłoniom powoli zaciskającym się w pięści. Te dwa obrazy - wszędobylska maczeta oraz ręce, szczególnie głównego bohatera - powracać będą przez cały seans, nie dając widzowi spokoju, zmuszając, by traktował je nierozłącznie.
 
Dwóch braci żyje w Bangkoku zajmując się handlem narkotykami pod przykrywką organizowanych walk boksu tajskiego. Starszy z braci ma specyficzne upodobania – lubi nieletnie dziewczynki. Pewnego dnia przesadza, gwałcąc i brutalnie mordując czternastolatkę. Za ten czyn dosięga go kara. Do Bangkoku przylatuje matka braci (świetna, przerysowana Kristin Scott Thomas) żądna zemsty…
Można by zachowawczo napisać, że jest to film o zemście - to prawda. Jednak wtedy pytaniem otwartym pozostaje: jeżeli o zemście, to kogo na kim? Siłą obrazu jest możliwa mnogość interpretacji, co powoduje, że filmem trudno się znudzić. Godzinami zapewne będzie można o nim rozprawiać, rozkładając poszczególne sceny na czynniki pierwsze. Dla mnie osobiście - na dzień dzisiejszy - jest to film o pokucie (oczywiście jako jedna z interpretacji). Wszystko, co się wydarza podczas seansu, jest konsekwencją tego, co zrobił (śmierć ojca) i robi (m.in. narkotyki) główny bohater. Jednak jest to pokuta nietypowa, bo zadana samemu sobie. Sam bohater ją sobie wymierza tworząc majaki, które zaczynają go prześladować, powodując zatarcie granicy pomiędzy tym, co rzeczywiste a nierealne. Nie można mieć pewności, czy diabeł z maczetą czy - jak kto woli - Bóg (bo działający w imię sprawiedliwości, czy równowagi, której domaga się natura) – istnieje realnie. Co jeżeli jest li tylko odzwierciedleniem wielu postaci, przybierających konkretny kształt w głowie bohatera? Nic nie jest pewne, bo wydobywa się ze skrzywionego umysłu mężczyzny, który został skrzywdzony i nie potrafiąc inaczej, sam krzywdzi. Zepsute drzewo (matka), wydaje zepsuty owoc (syn). Konsekwencje tego są naturalne i dla bohaterów nieodwracalne. „Bo to jest moja matka!” - krzyczy bohater na swoją kobietę, gdy ta pozwoli sobie na kilka słów krytyki. Jest to jednak krzyk rozpaczy i zrezygnowania. Oznaka szamotania się w sytuacji bez wyjścia, pusty krzyk poddający się bez sprzeciwu trwającemu stanowi rzeczy. Nie można tego zmienić ani zawrócić, ale można próbować przerwać. W pewnym momencie matka zarzuca synowi, że ten cieszy się ze śmierci brata, bo tak naprawdę skrycie mu tego życzył. O ile jednak w przypadku brata mogło to być skryte życzenie, o tyle w przypadku matki, będzie to już bezwiedne, podświadome - ale jednak - działanie. W groteskowej scenie, bohater „wchodzi” na powrót do matczynego łona, bo tylko tam i tylko wtedy, czuł się naprawdę synem – kochanym i bezpiecznym. Całe życie bohatera naznaczone jest złem wynikającym z tego, co czynił i dlatego, wracając do symboliki dłoni i maczety, członki niosące cierpienie muszą być obcięte – czy to symbolicznie czy też zupełnie realnie. Równowaga musi powrócić!

Czego by nie pisać o treści filmu, jest ona tylko dopełnieniem formy. Od samego początku uderza nas muzyka i wizja, która przez cały seans utrzymuje odbiorców w – jeżeli nie transie to – posępnym, narkotycznym klimacie. Trudno to osiągnąć na małym ekranie, z cichą muzyką i podczas przerywanego seansu. Rzadko kiedy to piszę, ale ten film należy obejrzeć w kinie. Jako specyficzny „gatunek”, powinno chłonąć się go całym sobą, angażując do tego wszystkie dostępne zmysły, oddając się im z zapamiętaniem. To z tego powodu serce biło mi w rytm kroków zbliżających się na ekranie egzekutorów wyroku, dech w piersiach zapierał widok ekstazy ponętnej filmowej Mai, a twarz cofała się, gdy z mroku niespodziewanie wyłaniał się „człowiek z maczetą”. Wszystkie te obrazy nie miałyby jednak takiego oddziaływania, gdyby nie cała sfera dźwiękowa, z muzyką i efektami dźwiękowymi na czele. Można rzec, że to dodatkowi bohaterowie filmu. Ponadto reżyser wyraźnie estetyzuje przemoc, co w zderzeniu z tematem filmu wygląda przekonująco. Jest brutalnie, ale pięknie i kolorowo, jak w scenie, gdy widzimy oparte o okno, ciało matki zalane purpurową krwią. Niczym sen czy majaki człowieka chorego lub o rozdartej duszy. To wszystko, to jednak tylko słowa, substytuty, nawet w minimalnym stopniu niebędące w stanie równać się z tym, czego widz doświadcza na kinowym ekranie. Refn to mistrz, który stworzył piękne dzieło, formalnie zbliżone do jego przedostatniego kontemplacyjnego filmu Valhalla Rising, a treścią nawiązujące do najlepszych dokonań Davida Lyncha. Nietypowy obraz, który z pewnością będzie budził (już budzi) wiele kontrowersji. Niewarto jednak zanadto przywiązywać uwagę do opinii innych, bo można w ten sposób ominąć ucztę, która zapadnie w pamięć na długo, a to jest rzecz, której poszukuję i której życzę wszystkim w kinie.

piątek, 31 maja 2013

Spoglądając w oko pustki

Czy można w dzisiejszych czasach zrobić film, który pomimo tego, że właściwie obywa się bez słów i bez jakiejkolwiek, klasycznie zawiązanej akcji, naładowany będzie niebanalnymi znaczeniami, i co istotniejsze, zaangażuje emocje widza (jakie by one oczywiście nie były)? Oglądając dzieło Tsai Ming-liang z 1998 roku pt. Dziura okazuje się, że i owszem… Jedna z początkowych scen, pokazuje jak pijany bohater wymiotuje do tytułowego otworu w podłodze. Tą sceną reżyser jednoznacznie określa charakter stosunków międzyludzkich, jakie będą dominować w filmie.
Dwójka bohaterów: mężczyzna i kobieta, jedno mieszka nad drugim w blokowisku, gdzieś we współczesnym Tajwanie. Obydwoje są skrajnie wyalienowani, samotni i złudnie samowystarczalni. Każde koczuje we własnym kącie tak naprawdę pragnąc tylko jednego: kontaktu z drugim człowiekiem. Bohaterowie snują się po ciasnych, szarych korytarzach budynków miejskiej metropolii, niczym karaluchy dbające tylko o zaspokojenie swoich najbardziej prymitywnych potrzeb. Wirus, który na nich spada jest li tylko konsekwencją, a nie przyczyną, ich beznadziejnej egzystencji. W tym kontekście, cała ludzkość to robaki ryjące w brudnych norach zwanych przez siebie mieszkaniami. Wszystko w otoczeniu jest wrogie, zaczynając od wyludnionych, odrapanych, ciasnych i wiecznie ciemnych pomieszczeń, po niekończącą się deszczową pogodę. Dodatkowo, ta chroniczna wilgoć, jest w filmie bohaterem drugoplanowym i może być interpretowana symbolicznie, odwołując się do kontaktów międzyludzkich. Niby niechciana, ale do życia konieczna, pomimo tego, że spożyta może zatruć… Paradoksalnie, to źródło największego strachu ludzi - drugi człowiek - jest jednocześnie ich największym pragnieniem. Tęsknią za ludźmi, pragną ludzi ale nie potrafią im sprostać. W jednej ze scen bohaterka ogląda się za siebie zalotnie, pragnąc być obserwowaną, jednakże, gdy ma dojść do bezpośredniego kontaktu, to ucieknie się albo do napisania bezosobowej kartki lub do banalnej, zdawkowej i szorstkiej rozmowy o terminie naprawy powstałej usterki (tytułowej dziury). Mężczyzna, który jest w filmie postacią kluczową, chęć zbliżenia zaspokaja w odmienny sposób. Przywołana już scena wymiotowania stanowi przyczynek do jego osobliwych „kontaktów” z drugim człowiekiem. Na samym początku dyskretnie, prawie nieświadomie podgląda i działa poniekąd w sposób ubliżający (wymiociny czy zalewania otworu wodą)… Po pewnym czasie jednak, jego stosunek do niechcianej „rzeczy” w podłodze zaczyna się zmieniać. Prawie pieszczotliwie, oczyszcza otwór z gruzu by później samodzielnie i dyskretnie go poszerzyć (oryginalny pomysł na wykorzystanie parasolki). Na pieszczotę natomiast zakrawa włożenie jednej z kończyn do absorbującego uwagę otworu i próba swoistej współegzystencji w ramach przestrzeni obcego mieszkania. Niczym złożenie wizyty i niewinne bycie w pobliżu drugiej, tak bardzo upragnionej osoby. To wszystko jednak są tylko zamienniki, substytuty prawdziwego doznania innego człowieka. Gdy ta świadomość dociera do postaci, pozostaje tylko żałosny szloch… Ale dzięki temu może i coś jeszcze - chęć działania, chęć przezwyciężenia tej nieprzezwyciężalnej pustki, rozbicia barier i przełamania wyuczonych przez lata przyzwyczajeń. Uderzanie młotkiem w podłogę jest w swojej desperacji aktem zrywania z otaczającym bohatera światem i symbolizuje samouświadamianie swojego losu i dążenie do jego zmiany, która w końcu… następuje.
Film obfituje w niekończące się sceny snu, oddawania moczu, jedzenia i inne, wydawać by się mogło, mało zajmujące szczegóły ludzkiej egzystencji. Ich oglądanie ma skłonić widza do empatii. Wszystko co robią bohaterowie czyni ich życie nieznośnym. Jak, wobec tego, na takim świecie żyć? Odpowiedź jest jedna… To przetworzone przez kulturę masową wyobrażenia o doznawanej rzeczywistości są niedościgłym ideałem bohaterów. Nieprzypadkowo film regularnie przerywany jest wstawkami wyjętymi z musicalu. Rozbuchany blichtr przedstawienia, fajerwerki kolorów i tandetne emocje, rażąco rozgraniczają świat realny od tego wyimaginowanego. Cała kultura pop tak bardzo zakorzeniła się w rzeczywistości bohaterów, że nawet w wyobrażeniach przybiera realne postacie (we wspomnianych wstawkach nie dość, że występują sami bohaterowie, to jeszcze wszystko odbywa się w ich „naturalnych” plenerach np. winda). To właśnie w tej „kulturze na pokaz” reżyser dostrzega przyczynę wszystkich bolączek współczesnego człowieka. Już sami nie widzimy, już samodzielnie nie myślimy, już nawet indywidualnie nie potrafimy pragnąć, bo to czego chcemy jest poza naszymi możliwościami. Współczesna kultura wytwarza w ludziach tylko pragnienia, chęci, które tylko ona sama w swoich ramach, potrafi zaspokoić i stąd nieszczęście bohaterów. Podążając za pięknem pozoru gubią namacalną realność rzeczywistości.
Reżyser jest dla bohaterów srogi ale z pewnością nie jest nieczuły, a wraz z końcową sceną wręcz łaskawy. Pomimo całej wcześniejszej niemocy, pozwala na zbliżenie, na kontakt pomiędzy bohaterami i mimo narzucającej się symboliki (wniebowstąpienie) daje nadzieje na, jeżeli nie lepsze, to przynajmniej inne jutro… Cieszmy się chociaż z tego, bo w innych filmach Tsai Ming-liang dla swoich bohaterów już tak łaskawy nie będzie.

niedziela, 19 maja 2013

Pogrążeni w obrazach



- Czy skoptofilie można wyleczyć?
- Tak.
- Szybko?
- O tak. Wystarczą dwa lata psychoanalizy, trzy razy w tygodniu i choroba znika bez śladu”.  Ta odpowiedź, którą lekarz udziela Markowi przekreśla w jego życiu wszystko. Odbiera mu nadzieję na upragniony powrót do zwyczajnej egzystencji w społeczeństwie. Nie pozostaje mu nic innego jak poświęcić się, by dokończyć rozpoczęte dzieło…
Mark to osoba skrajnie pogrążona w skoptofili. Nieustannie filmuje i bez przerwy ogląda efekty swojej pracy. Całe swoje życie postrzega przez pryzmat filmu. Po powrocie z romantycznej kolacji pocałowany przez kobietę stoi oniemiały. Z błogą miną przystawia do ust obiektyw w groteskowej próbie „uchwycenia” ulotnego pocałunku. Nic dla niego nie istnieje, nic nie jest ważne dopóki nie pozostanie uwiecznione na taśmie jego podręcznej kamery. Paradoksalnie, reszta społeczeństwa wcale nie znajduje się tak daleko od bohatera. Większość z nich nosi głęboko zaszczepionego w sobie bakcyla podglądactwa. Ma go starszy pan kupujący sprośne obrazki spod lady, modelka do owych obrazków pozująca, podrzędna aktorka będąca w stanie oddać wszystko za przysłowiową minutę sławy, a nawet niewinna dziewczyna żyjącą w sąsiedztwie i nie mogąca oprzeć się przemożnemu pragnieniu zagłębienia się w tajemniczych (fascynujących) filmach kręconych przez bohatera.


Jedyną osobą, która jest w stanie „dostrzec” rosnące niebezpieczeństwo ze strony Marka jest niepełnosprawna matka jego ukochanej. Sama jest wyrzutkiem, alkoholiczką, osobą wyrzuconą na margines społeczeństwa. Z powodu problemów zdrowotnych traktowana jest przez innych z pobłażliwą obojętnością. Jednak to ten mankament zdrowotny właśnie pozwala jej lepiej zobaczyć, to, co słabo dostrzegalne, a tym mankamentem jest ślepota. Zmuszona zaufać innym zmysłom niż wzrok, nie daje się zaślepić obezwładniającym ogół „obrazom”.
Główny bohater natomiast, pomimo iż wydaje się osobą najbardziej „skażoną” podglądactwem jest równocześnie tego najbardziej świadom. On nie ma złudzeń, bo zna genezę swojej choroby. Wie, że naleciałości z dzieciństwa najtrudniej przezwyciężyć (czego potwierdzeniem jest przytoczona rozmowa z lekarzem). Owa mania podglądactwa bez zapamiętania pcha go naprzód, czyniąc jego żywot nie do wytrzymania. Swoimi działaniami rzuca światu wyzwanie. Chce być złapany, ale nikt nie potrafi dostrzec oczywistej prawdy. Nie pasuje do wizerunku osoby, którą jest w rzeczywistości (zimny morderca), dlatego nie jest przez innych nawet zauważany. Z tego powodu zakończyć to musi w inny sposób. Otwartym pytaniem pozostaje natomiast co z innymi bohaterami? Mark wie dlaczego i jak postępuje, w jego życiorysie tkwi widoczna, a dla widzów jasna, przyczyna. Ale jakie usprawiedliwienie postępującego podglądactwa mają inni bohaterowie? Czy takowe usprawiedliwienie w ogóle istnieje? Czy może jest to powszechna „choroba” współczesnego człowieka, który musi „oglądać”, by móc patrzeć?


Film Peeping Tom (reż. Michael Powell), pomimo pięciu dekad jakie dzielą nas od jego powstania, robi nadal wielkie wrażenie, szczególnie w warstwie fabularnej. Razić może trochę zbytnia wiara w potęgę psychoanalizy, ale sama problematyka jest aktualna nawet dzisiaj. Michael Powell to reżyser (w tym wypadku i scenarzysta), którego zna się przeważnie z dokonań filmowych realizowanych wspólnie z Emericem Pressburger. Ciężko z tej współpracy jednoznacznie wywnioskować, który z nich był tym „pierwszym”. Peeping Tom jest potwierdzeniem, że Powell był twórcą bardzo świadomym, samodzielnie radzącym sobie z rzemiosłem filmowym. Szczerze ubolewam, że nie pozostawił po sobie więcej dzieł pokroju Peeping Toma.



sobota, 4 maja 2013

Komiks, który komiksem być nie chce




Czasem sprawdza się zasada, że jeżeli jakiś mainstream jest kinową „klapą”, to jest to dla niego najlepsza rekomendacja. Tak było swego czasu z Wyspą Michaela Baya, tak jest również i teraz w przypadku Sędziego Dredda. Powód małego zainteresowania filmem staje się jasny zaraz po zakończeniu seansu. Dredd 3D (reż. Pete Travis) to adaptacja komiksu, która nie chce się wpisywać w schematy analogicznych produkcji. Z pozoru wszystko dopasowane jest do odtwarzanego wzorca: bohater to twardziel z zasadami, który z racji zajmowanego stanowiska, czy raczej wykonywanej profesji (sędziowie w futurystycznym mieście przyszłości na swoich barkach dźwigają obowiązki trzech służb: policji/sędziów/katów) jest swoistego rodzaju superbohaterem. Przywdziewa swój „kostium” – kombinezon ochronny i specyficzny hełm ze znakiem X pomiędzy oczami – po czym rusza „w miasto” wymierzać sprawiedliwość… Wszystko w ramach przyjętej konwencji (filmów o superbohaterach) powinno się zgadzać. To jednak tylko pozory. Podstawowa różnica pomiędzy Dreddem a innymi komiksopodobnymi produkcjami wynika z zacierania się umowności świata przedstawionego. Oglądając wszystkie Spidermany, Supermany, Avengersy i inne, od początku widz zdaje sobie sprawę z czym ma do czynienia. Oddane zostaje to zarówno poprzez konstrukcję bohaterów - idealne postacie przyodziane w swoje kolorowe trykoty - oraz przez sposób prezentowania świata przedstawionego. Dredd 3D obydwie te prawidłowości, jeżeli nie łamie, to co najmniej solidnie nagina.
 
W „klasycznym” obrazie o komiksowych herosach główny bohater musi posiadać „przyziemne” wady zapewniające widowni łatwiejszą identyfikację. Na ogół jednak twórcy nie wychodzą poza sferę „prywatną” (ludzką) postaci (przykładowo Iron Man jest aroganckim, cynicznym megalomanem, a Spider-Man nie radzi sobie w stosunkach interpersonalnych w szczególności z kobietami). Oczywiście, gdy postacie nakładają swoje specyficzne „maski”, ich wady znikają, a oni ze zwykłych ludzi przeistaczają się w bohaterów ale już z przedrostkiem „super”. W Dreddzie 3D reżyser wychodzi poza ten ograny schemat, posługując się prostym zabiegiem. Ruguje całkowicie z filmu sferę prywatną bohatera. Dredd nie „staje się” obrońcą uciśnionych, on nim jest na co dzień (nie poznajemy twarzy postaci ukrytej pod hełmem). I am the law! – obrazując to sławetną maksymą sędziego. W jakie zatem niedoskonałości wyposażyć bohatera, by uczłowieczyć jego „super” naturę? Nic prostszego: wystarczy zrobić z niego pracoholika z wyraźnym ukierunkowaniem na nadgorliwość szczególnie w kwestiach przemocy (względem przestępców rzecz jasna). Co prawda wypacza to postać, ale równocześnie spełnia podobną rolę co „człowiecze” wady innych superbohaterów - zbliża widza do postaci i pozwala się z nią utożsamiać (wyczuwalne echa Brudnego Harry’ego). Któż nie zrozumie stróża prawa, który co prawda brutalnie (nie przekraczając oczywiście określonej granicy tolerancji), ale i bezwzględnie rozprawia się z „ludzkimi odpadkami” tego świata. Dobrze obrazuje to następująca scena: Ma-ma, główny antagonista, odcina przejście na całe piętro w bloku, w którym uwięzieni zostali bohaterowie. Wytaczając potężne działa przeciwpancerne zrównuje cały teren z ziemią. Gdy zostają tylko ruiny i kłęby dymu wysyła swoją „prawa rękę” wraz z pomniejszym oddziałem, by dokończyli dzieła (ewentualnie odnaleźli ciała)… W kolejnym ujęciu Ma-ma stoi na przeciwległym skrzydle budynku i wpatruje się w zadymione zgliszcza, z których dochodzą tylko odgłosy pojedynczych wystrzałów. Po chwili zapada cisza a z tumanów kurzu wyłania się postać Dredda podchodząca do barierki i wyrzucająca przez nią krzyczącego protegowanego Ma-my… Kolejne ujęcie: kobieta patrzy w dół za spadającym ciałem, podnosi głowę, by ujrzeć jak w zwolnionym tempie milcząca postać sędziego znika w mrokach unoszącego się dymu. Z tego rodzaju bohaterem będziemy mieli do czynienia. Równocześnie, dla przeciwwagi, wprowadzona zostaje postać młodej adeptki Anderson, która wraz z rozwojem akcji ewoluuje (tak, by widz robił to razem z nią) z niedoświadczonego żółtodzioba do świadomego swojej roli sędziego. Jednak i jej postać nie poddaje się prostym schematom. W scenie, w której zmuszona jest wykonać wyrok śmierci na osądzonym przestępcy, do pewnego stopnia również przełamuje schemat spotykany w analogicznych produkcjach.

Bohaterowie to jednak nie jedyny element odróżniający Dredda 3D od innych komiksowych opowieści. Drugim czynnikiem (niejako dopełniającym pierwszy) jest świat przedstawiony w filmie. Na ogół w tego typu obrazach jest to rzeczywistość pełna przemocy, ale nie tej prawdziwej, wyzierającej z każdego kąta, tylko tej bardziej domniemanej i nie do końca rzeczywistej. Przyzwyczajeni jesteśmy do oglądania ciągłych starć superbohaterów z ich, mniej lub bardziej super, przeciwnikami (superzłoczyńcami rzecz jasna), ale ta dosłowna, właściwa przemoc dzieje się gdzieś poza kadrem, nie na oczach widza. Nie ma zbyt wiele krwi, nie wspominając nawet o obrazie makabry, czy scen gore, które z natury przecież przynależą do świata przemocy. Dzieje się tak, po pierwsze, dlatego, że wciąż, jako przeciętni widzowie, nie jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania mocno krwawych scen, a po wtóre, i chyba właśnie najbardziej dlatego, że są to historie o bohaterach, o herosach walczących o dobro, kierujących się wzniosłymi pobudkami, a zbyt dosłowne pokazywanie skutków ich czynów mogłoby naruszyć nasze wyobrażenie na ich temat - szczególnie gdy wziąć pod uwagę fakt, że superbohaterowie komiksowi są idolami przeważnie dzieci i nastolatków. Ta przesłanka prowadzi nas do konkluzji finalnej, czyli do rachunku ekonomicznego. Tutaj sprawa jest niezwykle prosta: zbyt dużo przemocy, nazbyt dosłowne jej ukazywanie, ponadto nagość i erotyka automatycznie skazują film na wyższą kategorię wiekową, a to wiąże się z dotarciem do węższego grona odbiorców, co z kolei skutkować będzie mniejszymi wpływami do kas biletowych, czyli mniejszą opłacalnością, na którą mainstream jest przecież nastawiony. Współczesny Dredd za nic ma wszelkie kalkulacje i bezkompromisowo (prawie) brnie w wyzierającą zewsząd paszczę obrazowej przemocy. Nie dość, że postać bohatera ukazana jest w sposób dosadnie przejaskrawiony, to jeszcze jego uczynki (tak jak i jego adwersarzy) są z pieczołowitością eksponowane z ukierunkowaniem na estetyzację scen przemocy (dziurawienie ciał ukazane w zbliżeniach i w zwolnionym tempie – nota bene efekt ciekawie uzasadniony przez twórców jako skutek działania narkotyku o nazwie „Slomo”).


Tym samym mniej dziwi fakt, że nowa wersja Dredda (pierwsza powstała w 1995 roku z Sylvestrem Stallone w tytułowej roli) niekoniecznie spodobała się potencjalnej grupie docelowej filmu. Oczywiście, Dredd 3D to nic więcej jak świetnie „skrojony” mainstream, skierowany jednak do węższej grupy odbiorców (co w definicji kłóci się z ideą mainstreamów). Zdecydowanie jednak bliżej temu filmowi do mrocznych widowisk SF w rodzaju Blade Runnera (sic!), niż do kolorowych historii w stylu Iron Mana. Z tego również wynika właśnie swoisty paradoks: dla osób, które lubują się w komiksach, nieprzyswajalna może być forma obrazu a dla ludzi, dla których forma stanowić mogła by zaletę, film może być pomijany, bo to przecież tylko komiks (a w domyśle: bzdura dla dzieci). Moje upodobania plasują się gdzieś pośrodku tych dwóch opcji. Z jednej strony byłem (a w przypadku pewnych tytułów nadal jestem) fanem komiksów, a z drugiej jednak, jestem już na tyle „przeżarty” popkulturową papką, że poszukuję i lubuję się w rzeczach nieszablonowych, odstających od konwencji, czego nowy Sędzia Dredd jest dobrym przykładem.