piątek, 27 stycznia 2017

Broniąc się przed zatonięciem






Tytułowe Trzy małpy (Uc maymun, reż. Nuri Bilge Ceylan, 2008) stanowią negację japońskiego przysłowia: "Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego" i oznaczają akceptację, a poprzez to przyzwyczajenie się, do otaczającego nas zła.


Na wiejskiej drodze dochodzi do wypadku samochodowego. Sprawca wypadku, polityk będący w przeddzień ważnych wyborów, ucieka. Pragnąc uniknąć odpowiedzialności składa intratną ofertę swojemu szoferowi Eyupowi (Yavuz Bingol). Za wzięcie na siebie winy, oferuje mu pokaźną sumę pieniężną. Gdy Eyup odsiaduje w więzieniu karę, jego żona Hacer (elektryzująca Hatice Aslan), udaje się do polityka po obiecane pieniądze - mają one pomóc w znalezieniu pracy jej synowi Ismaelowi (Ahmet Rifat Sungar). Dochodzi do zdrady małżeńskiej, którą odkryje syn. Po dziewięciu miesiącach z więzienia wychodzi Eyup...


Nuri Bilge Ceylan jest w swoim filmie dla bohaterów bezwzględny. Od początku seansu, na oczach widzów, bohaterowie wpadają coraz głębiej w otchłań zła. Wypadek samochodowy nie jest bezpośrednią przyczyną ich degeneracji, bo ona rozpoczęła się już dawno temu. Bohaterowie wydają się złamani przez los. Snują się po ekranie niczym rośliny, które bardziej wegetują niżeli żyją. Reżyser nie wskazuje bezpośrednio na przyczynę takiego stanu. Rzuca tropy, które to widz ma samodzielnie zinterpretować i poukładać w całość.


Z całej trójki bohaterów  najbardziej cierpieć wydaje się najmłodszy z nich, czyli syn, Ismael. Żyje w całkowitym zawieszeniu, nie mogąc znaleźć pracy, gdyż tak naprawdę wcale jej nie szuka. Całymi dniami leży w łóżku pogrążony w myślach, a wieczorami włóczy się po okolicy z kandydatami na przyszłych przestępców. To on wpływa na matkę, by udała się po obiecane przez polityka pieniądze, to on, pośrednio, odpowiada za jej romans (tak sądzi). Ostatecznie, kto wie, czy nie z tego powodu właśnie, to on dopuści się największego przewinienia. W jego zachowaniu dostrzec można cierpienie osoby winnej, która z jarzmem winy nie może sobie poradzić. Nawiedzają go senne mary, w których to widzi postać chłopca, swojego młodszego brata, który zmarł w skutek utonięcia (wskazuje na to ociekające wodą ciało chłopca). Sposób, w jaki ukazywany jest zmarły, utwierdza widzów w przekonaniu, że wina za jego śmierć leży po stronie Ismaela (ciemna postać pojawiająca się znienacka, wpatrująca się, milcząca, z podkrążonymi prawie zapadniętymi oczyma - niczym dręcząca zmora z zaświatów).


Drugim bohaterem, któremu ukazuje się zmarły, jest jego ojciec Eyup. W jego przypadku jednak, te "spotkania" mają zupełnie inny wydźwięk. Młodszy syn przychodzi do ojca z widoczną tęsknotą, przytulając się do niego w czasie snu. Ma to raczej charakter nostalgii niżeli prześladowań. Przywiązanie ojca do zmarłego dziecka obrazuje scena, w której po wyjściu z więzienia Eyup pierwsze, co uczyni, to uda się na grób zmarłego. Tylko on oczyszcza nagrobek, a przez jego tkliwość przemawiają wciąż żywe ojcowskie uczucia. Niewykluczone, że to właśnie ta tragedia sprawiła, iż bohater stał się nieczuły dla pozostałych członków rodziny.


Postacią, która zmarłego dziecka nigdy nie widzi, i nie jest to bynajmniej przypadkowe, jest Hacer, żona Eyupa. Bohaterka pragnie żyć dalej, dla niej nadal ważne jest tu i teraz, a nie tylko bolesna przeszłość. To ona decyduje się na romans, to ona w groteskowej desperacji będzie chciała trzymać się tego nowo utworzonego związku (nawet za cenę śmieszności). W tym przypadkowym zrywie uczucia bohaterka widzi wyrwanie się z marazmu syna i całkowitego braku zainteresowania męża. Hacer poprzez romans poczuje, że żyje i żyć dalej pragnie. Nie ma jednak szczęśliwych zakończeń, jest dramat, który przygniecie rodzinę – ponownie. Podniesie się ona z tego ciosu, ale cóż z tego, że silniejsza, jeżeli jednocześnie nieodwracalnie pokaleczona moralnie.


Uwielbiam filmy Ceylana, bo jest niczym Dostojewski i Tołstoj z ich prozą realistyczno-psychologiczną. Jego filmy często odbierane są jako nudne, bo przepełnione statycznymi obrazami, długimi ujęciami, skupionymi na bohaterach lub na poszczególnych elementach krajobrazu. To w tych długich ujęciach jednak reżyser próbuje dotrzeć do psychologicznej prawdy na temat poszczególnych postaci. Elementami krajobrazu posiłkuje się, odwołując do symboli, które w toku narracji stają się uniwersalne - jak wrak statku w Uzaku (2002), będący fizycznym odbiciem stanu ducha bohatera. Jak to zwykle bywa u Ceylana, w zgodzie z treścią filmu podąża jego forma. Cały obraz filmowany jest w niskim kluczu, by czerń i wszelkie odcienie szarości obrazowały stan psychiczny bohaterów. Wszechobecny marazm wręcz wylewa się z ekranu. Do tego wszystko jest przepięknie kadrowane i sfotografowane, co tylko potęguje dojmującą "przyjemność" czerpaną z seansu.


Na początku filmu Eyup patrzy w stronę latarni morskiej, która się świeci – wskazuje kierunek. Jeszcze można postąpić właściwie, jeszcze można wyrwać się z kręgu zła. Gdy po jakimś czasie  ma okazję ponownie popatrzeć na drogowskaz morski, żadne światło już się nie pali. Otchłań zaczyna pochłaniać bohaterów, czego ostatecznym symbolem będzie burza na końcu filmu. Podczas jej trwania nasi bohaterowie nie mogą liczyć na żadną taryfę ulgową. Latarnia morska od dawna się nie świeci, a wraki ludzkie czekają tylko na to, by rozbić się o skały własnych uczynków. Piękne kino.

piątek, 13 stycznia 2017

Nienawistna czwórka – IV kwartał 2016






Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (Rogue One: A Star Wars Story) /2016/ - reż. Gareth Edwards

Jakoś mnie ten film nie przekonał. Nigdy nie byłem specjalnym fanem sagi, ale pomimo to pamiętam, że od zawsze obcowanie z nią wiązało się ze swoistą magią - co rusz wskrzeszaną na mocy rycerzy Jedi. Niczym czarodzieje ze "świecącymi laskami", w pojedynkę potrafili przeciwstawić się całym oddziałom wroga. To robiło wrażenie (szczególnie, gdy człowiek był młodszy).


W najnowszej odsłonie historii tego elementu zabrakło. Co prawda, dużo się dzieje, ale odarte to zostało z tej specyficznej atmosfery, której nie był w stanie przywrócić nawet epizodyczny występ Lorda Vadera, spektakularnie rozprawiającego się z żołnierzami rebelii. Gdyby nie on, a w filmie nie wspominano by o sytuacjach znanych z główną linią sagi, mielibyśmy kolejny, zwyczajny i niczym się niewyróżniający film Sci-Fi.
Ocena 6/10





Człowiek-scyzoryk (Swiss Army Man) /2016/ - reż. Daniel Scheinert, Dan Kwan

Jeden z bardziej, jeżeli nie najbardziej, odjechanych filmów ubiegłego roku – przynajmniej jeżeli chodzi o kino mainstreamowe. Obawiam się, że gdyby w rolach głównych nie zagrali rozpoznawalni, dobrzy aktorzy, film przeszedłby zupełnie bez echa. Bo czy film o przyjaźni rozbitka z pierdzącymi zwłokami (sic!) może być intrygujący? Otóż, okazuje się, że jak cholera! Gdy już przebrniemy i przyzwyczaimy się do "wierzchniej" warstwy filmu okaże się, że po pierwsze, mamy do czynienia z całkiem mądrą historią, a po drugie, i szczególnie ważne dla widzów, obraz jest bardzo sprawnie opowiedziany.


Można film krytykować ale nie można zaprzeczyć, że dobrze został poprowadzony, za co odpowiada bardzo sprawna reżyseria. Człowiek-scyzoryk, to szczególny film drogi, w którym bohater grany przez Paula Dano odkrywa, istotę życia. Za kompana swojej "podróży" obiera zwłoki, bo nikogo innego obrać mu nie pozostaje. Groteska miesza się z symboliką, a komizm sytuacji równoważony jest dramatem człowieka, który w swoim życiu wszystko udawał i którego życie toczyło się obok niego - zupełnie jak gdyby był żywym trupem. Zaprawdę piękna i odważna rzecz.
ocena 7-8/10





Deadlock /1970/ - reż. Roland Klick

Niesamowicie ogląda się obraz, w którym rekwizyty filmowe zaburzają ramy gatunku ustanowione przez muzykę, klimat, sposób filmowania, konstrukcję postaci oraz opowiadaną historię. Widz zadaje sobie pytanie: skąd w tym westernie znalazła się ciężarówka i dlaczego ci kowboje biegają z karabinem maszynowym? Cała reszta świata przedstawionego w filmie funkcjonuje w zgodzie z ramami wyznaczonymi przez gatunek - western.


Film praktycznie bez fabuły ogląda się jak rasowy thriller:). Pesymizm i zanik jakichkolwiek więzi międzyludzkich triumfuje na ekranie zgodnie z panującymi standardami na przełomie lat 60-70. Wszyscy bohaterowie są tego jaskrawą wizytówką. Pieniądz jest bogiem wyznaczającym standardy w stosunkach międzyludzkich. Niczym zwierzęta, bohaterowie kierują się jedynie instynktem, jednak nie przetrwania, a posiadania.
Ocena 8/10





Dae-ho /2015/ - reż. Hoon-Jung Park

W oczach mieszkańców wioski, władca gór – tygrys, jest niczym bóstwo, które sprawuje władzę nad swoim terytorium. Nic więc dziwnego, że w sytuacjach konfliktowych (polowanie) traktowany jest nie jak zwykłe dzikie zwierzę, a inny, mądry myśliwy. Do momentu, gdy człowiek nie wchodził mu zbytnio w drogę, nie musi się go obawiać.


Zawsze jednak znajdzie się zgraja ignorantów pragnąca "przewrócić" istniejący porządek rzeczy. Tygrys, to sprawnie opowiedziana historia, która udanie balansuje pomiędzy ckliwością i przerysowaniem graniczącym ze śmiesznością (odebranie wilkom syna głównego bohatera). Dobrze opowiedziany mainstream.
Ocena 7/10