środa, 27 lipca 2016

Nadchodzą barbarzyńcy (cz. 1)




Skończyła się pierwsza część czwartego sezonu Wikingów (Vikings, 2013-), sezonu, który mógłby być ostatnim (biorąc pod uwagę ciekawe zakończenie), ale z tego co się czyta, nie będzie. Czy to dobrze? Hmm, to zależy. Od samego początku najmocniejszym elementem serialu jest jego główny bohater, czyli Ragnar Lothbrok (Travis Fimmel). Jest to postać dobrze napisana i, co ważniejsze w kontekście opowiadanej historii, świetnie zagrana. Cały serial wydaje się być opowieścią o narodzinach i upadku wielkiego wikinga.


Ragnar Lodbrok, to ambitny wojownik mający "wizję" świata, w którym żyje. Nie ma możliwości jej przeforsowania, bo jest tylko poddanym, a "strącić" władcę z tronu wcale nie jest tak łatwo. Mając jednak inteligencję bohatera oraz wsparcie przyjaciół, zdziałać można bardzo wiele. Nieśpiesznie, to uczynki zaczynają przemawiać za bohatera, co z czasem przynosi zamierzony efekt. Sukces Ragnara jest w znacznej mierze wynikiem otwartego umysłu wikinga. Pragnie on przede wszystkim poznawać obce cywilizacje, a nie tylko je podbijać. Jednak, jak się tego można było spodziewać, ogrom nowej wiedzy i doświadczeń budzi wątpliwości, które z kolei w znacznym stopniu przyczynią się do zmiany zachowania. 


Zmiany, która nie będzie mile widziana przez poddanych, bo pozostanie zupełnie niezrozumiała (Ragnar jako jeden z niewielu wikingów ma "otwarty umysł"). Do tego wszystkiego dochodzi brzemię władzy, które z czasem niemiłosiernie zaczyna ciążyć. Po "odejściu" ukochanego przyjaciela, Athelstana (George Blagden), Ragnar rozumie, że jest sam. Nikt go nie rozumie, bo zrozumieć nie może – nikt nie patrzy tak jak on. Wszystkie przyjazne mu osoby zaczynają realizować własne plany życiowe - nikt nie chce być li tylko tłem dla wielkiego przywódcy. Ta samotność jest męką niewyobrażalną. Nikt Ragnarowi nie pozostał, od wszystkich oddalił się na tyle, by stać się dla nich obcym. Nawet najstarszy syn Bjorn (Alexander Ludwig), który ufa i popiera ojca całkowicie, nie jest w stanie pojąć jego bólu. 

 
Twórcy serialu sadzają często bohatera na tronie w samotności, zapatrzonego we wszechogarniającą pustkę. Osoby przychodzą i odchodzą, ale żadna się nie przysiada. Wszystkim daleko jest do problemów władcy. Niepowodzenia militarne będą gwoździem do trumny człowieka, który zmuszony jest odejść – i tak też się staje. Dwa lata nieobecności jest próbą oczyszczenia się z fizycznego ale również i mentalnego nałogu podejmowania ciągłych decyzji, konieczności sprostania oczekiwaniom innych. W tym kontekście prawdziwym strzałem w dziesiątkę było zatrudnienie Travisa Fimmela do tej roli. Bohater sprawdza się idealnie nadając rys postaci bliski Szekspirowskiemu Makbetowi.



Obok Ragnara serial posiada całą galerię ciekawych postaci, wśród których na plan pierwszy wysuwa się brat głównego bohatera, Rollo (Clive Standen). Można napisać, że jego postać jest najbardziej tragiczna ze wszystkich bohaterów. Jeden z najsilniejszych wojowników żyje cały czas w cieniu swojego brata.  Wszystko co posiada Ragnar mogłoby być w posiadaniu Rollo, gdyby o zwycięstwie decydowała tylko siła. Dramat bohatera polega na tym, że ma podobne zapatrywanie na życie, ambicje, a nawet gust względem kobiet (Rollo podziwie i pożąda Lagerthe – kobietę Ragnara). Tego czego nie posiada Rollo, to  inteligencja, charyzma, przebiegłość oraz zdrowy rozsądek brata. Dlatego stanowić może dla niego, co najwyżej tło. Cierpienie Rollo jest tym bardziej dotkliwe, gdyż bohater doskonale zdaje sobie sprawę z przewagi brata (to popycha go początkowo w stronę alkoholizmu, a dalej do zdrady). 


Niezaspokojone ambicje bohatera są do tego stopnia palące, że nawet po upokarzającej porażce pierwszej kolaboracji, w niedługim czasie decyduje się na kolejną. Tym razem zdrada wychodzi Rollo na dobre i w końcu to on wiedzie prym nad bratem. Schlebia bohaterowi fakt, że całe państwo (Francja) jest zdana tylko na jego łaskę (wiedza na temat zwyczajów wikingów pozwoli przygotować odpowiednią linię obrony). Egoistyczne ambicje przyćmiły wszelkie inne uczucia, a Rollo wypiera się swojego barbarzyńskiego pochodzenia.
(cdn.)

środa, 13 lipca 2016

Nienawistna czwórka - czerwiec




Kill Command /2016/ - reż. Steven Gomez

W warstwie scenariuszowej prosty, ale nie prostacki, w warstwie efektów specjalnych skromny, ale nie tandetny. Pomimo niebogatej treści, film broni się zaskakująco skutecznie. Fajny klimat przywodzi na myśl wcześniejszy o trzy lata, i o wiele lepszy, film: Maszyna (The Machine, reż. Caradog W. James, 2013). Podobieństwo pomiędzy tymi dwoma obrazami da się zaobserwować w warstwie realizacyjnej (B klasowe rozwiązania) ale również i w ideowej.


Maszyny przejmują kontrolę nad światem, a bezbronni ludzie mogą się temu procesowi jedynie przyglądać. Ich miejsce zajmie ktoś (coś) inny – lepszy. Nie będzie to maszyna – nie całkiem, a hybryda – połączenie człowieka z elektroniką. W latach 80. ludzie bali się, że świat zostanie zawładnięty przez maszyny jak w Łowcy androidów (Blade Runner, reż. Ridley Scott, 1982), czy Terminatorze (reż. James Cameron, 1984). Dzisiaj strach łączy się z ingerencją "elektroniki" w ciało ludzkie. Odzwierciedleniem tych obaw w filmie jest postać pani technik (Vanessa Kirby). W dzieciństwie przeszczep elektronicznych implantów uratował jej życie, dzisiaj jest skrzyżowaniem  człowieka z komputerem.


Dzięki swoim "umiejętnościom" potrafi kontrolować wszelkie techniczne aspekty życia zewnętrznego (przykładowo może na odległość rozbroić/uzbroić broń, o wyszukiwaniu różnego rodzaju informacji w swojej głowie, niczym w komputerowej bazie danych, nie wspomniawszy). Pytaniem otwartym pozostaje, ile w niej (tej "istocie"), pozostało z człowieka? Która z osobowości podejmuje decyzję – ta mechaniczna, czy ludzka? Zakończenie filmu jest niejednoznaczne i w mojej interpretacji niezbyt korzystne dla rodzaju ludzkiego.
Ocena 6-7/10




Wicked City (Yojutoshi) /1987/ – reż. Yoshiaki Kawajiri

Moim skromnym zdaniem jest to najbardziej udany film Kawajiriego. Lepszy od Vampire Hunter D: Żądza krwi (Vampire Hunter D: Bloodlust, 2000), a nawet od Ninja Scroll (Jubei ninpucho, 1993), bo posiada najwięcej, tak ulubionego przeze mnie, pierwiastka szaleństwa. Czego w tym filmie nie ma: potężna złowroga metropolia, świat ludzi przeplatający się ze światem demonów, intryga, humor, przemoc, uczucie, piękne kobiety, perwersja, poświęcenie, nienawiść, poniżenie, gwałt, horror i wiele, wiele więcej, a podlane to jest pysznym sosem klimatu tandetnych filmów lat 80.


Bezkompromisowy, hołdujący pierwotnym instynktom, nie zważający na żadne ograniczenia stawiane tylko  przez komercyjność produktu. To się nazywa mainstream! Obraz, który za nic ma posądzenia o szerzenie pornografii, przemocy, czy też o mizoginie, a na dodatek skierowany jest do widza masowego. Wszystkie wymienione elementy są stałą częścią składową obrazów Kawajiriego, jednak ostatni wiedzie wśród nich (nie)chlubny prym. Służebna i poddańcza funkcja kobiety wobec mężczyzn, to znak rozpoznawczy reżysera, któremu wierny jest bodajże we wszystkich swoich dziełach (w tym filmie widzimy bodajże apogeum).


Wynika to zapewne, po części, z azjatyckiej mentalności twórcy, jednak najbardziej z męskiej widowni, do której adresowany jest obraz. Muszę przyznać, iż pomimo, że zdaję sobie sprawę z "manipulacji" reżysera, poddaję się jej z chorobliwą przyjemnością, hołdując własnej pierwotności.
(Ocena 8/10 i film trafia do grona moich ulubionych)




Zombie Fight Club (Zhi Yao Yi Fen Zhong) /2014/ - reż. Joe Chien

Swojego czasu pożyczyłem komuś jeden z moich "odjechanych" filmów azjatyckich (zdaje się, że jakiś japoński). Na drugi dzień ta osoba poprosiła mnie bym już jej więcej żadnych filmów nie pożyczał;) Zrozumiałem wtedy, że jestem tym kinem tak bardzo przesiąknięty, że nie zauważam już różnicy. Okazuje się, że dla przeciętnego zjadacza chleba, kontakt z co niektórymi tytułami może wywoływać szok.
 

Taki jest właśnie z Zombie Fight Club. Ktoś powie, że to kiczowate (szczególnie efekty specjalne), przerysowane, tandetne i bazujące na pierwotnych instynktach samczych (te wszystkie azjatyckie długonogie laski). Ja natomiast napiszę, że te wszystkie zarzuty, są zasadne, ale w tym właśnie tkwi cały urok tego filmu. Kicz i przerysowanie doprowadzono tutaj do perfekcji. Główną natomiast siłą filmu, jest utrzymujące się na niezwykle wysokim poziomie tempo akcji. Seans minął jak z przysłowiowego bicza strzelił.


Ponadto da się zaobserwować wiele nawiązań filmowych, począwszy od tego oczywistego związanego z tytułem anglojęzycznym, poprzez The Walking Dead (2010) i Raid (Serbuanmaut, reż.Gareth Evans, 2011). By dopełnić grindhouse’owy charakter obrazu, po ekranie pomykają tabuny skąpo ubranych bohaterek wyjętych jako żywo z filmów spod znaku trzech X. Abstrahując jednak od całej, dla jednych lepszej, dla drugich gorszej, warstwy wizualnej, film może skłonić do całkiem niebanalnej refleksji. Pomimo swojej kiczowatości i przerysowania twórcy traktuje widza bardzo poważnie, a to się chwali.
(Ocena 6-7/8)




Żywot Matsuko (Kiraware Matsuko no Issho) /2006/ - reż. Tetsuya Nakashima

Jeżeli istnieje gatunek filmowy za którym jakoś specjalnie nie przepadam, to będzie to musical. Nie przemawiają do mnie wyśpiewywane kwestie wsparte nierzadko tanecznymi pląsami. Są na tym polu oczywiście wyjątki (np. Phantom of the Paradise, reż.Brian De Palma, 1974), ale ogólnie, to zupełnie nie moja "bajka". Do Żywotu Matsuko podchodziłem z dużymi obawami z powodu gatunku jaki sobą reprezentuje, ale również i ze sporymi nadziejami, ze względu na osobę reżysera. Tetsuya Nakashima i w tym przypadku mnie nie zawiódł, tworząc obraz niesamowity.



Mamy tutaj do czynienia z dramatem w swojej wymowie skrajnie beznadziejnym - takim, który nie daje bohaterce żadnej nadziei. Wygląda to tak, jak gdyby świat sprzysiągł się przeciwko niej doświadczając boleśnie, na każdym etapie jej życia. Reżyser obrazuje beznadzieję i małość jednostki w konfrontacji z nieprzyjaznym losem. Nikt i nic nie jest w stanie odwrócić ciążącego na niej fatum. Dramat bohaterki jest niewyobrażalny do tego stopnia, że gdyby był opowiedziany w formie innego gatunku, mógłby wydać się widzom groteskowy, czy wręcz śmieszny.



Tutaj, na szczęście, przychodzą na pomoc reżyserowi ramy musicalu, w którym to wolno prawie wszystko. Uzasadnione jest to zresztą fabularnie zamiłowaniami oraz zawodem bohaterki (poznajemy ją jako szkolną nauczycielkę śpiewu). Reżyser odtwarza jej życie, a w nim wszystko "gra, tańczy i śpiewa". Czy to radość, czy smutek, zadowolenie czy ból, wszystko to w konwencji musicalu. Dawno żaden film nie poszarpał tak mocno moich emocji (no, może poza Kawaki, 2014, tegoż samego reżysera, ale o tym napiszę więcej może innym razem).
(Ocena 8/10)