niedziela, 23 lipca 2017

Naturalna dzikość



Można odnieść wrażenie, że Greg McLean ma jakąś obsesję na punkcie seryjnego mordercy z Australii. Dwa filmy fabularne: Wolf Creek (2005) i Wolf Creek 2 (2013) nie wystarczyły mu do zamknięcia opowieści o jego losach. I podczas, gdy oczekiwałem na kolejną, już trzecią, część serii, reżyser funduje widzom mini-serial. Czy nie wszystko zostało już opowiedziane? Czy to aby nie będzie odcinanie kolejnych kuponów od znanego tematu, tym razem w formie telewizyjnego show? Na szczęście nazwisko reżysera, a co za tym idzie i jego dokonania, nie pozwoliły mi przejść obok tej propozycji obojętnie. Już po pierwszych dwóch odcinkach da się zaobserwować znaczącą ewolucję w historii odrażającego Micka Taylora (John Jarratt). Od samego początku tytuł Wolf Creek nie wiązał się jedynie z opowieścią o mordercy z Australii, ale również (a w serialu, przede wszystkim) z krajem, który go "stworzył". W dwóch filmach fabularnych pomysł ten nie mógł być, ze względu na metraż, właściwie wyeksploatowany. Brak ograniczeń czasowych w przypadku serialu telewizyjnego przyszedł reżyserowi z pomocą. Odnoszę wrażenie, że dopiero teraz twórca rozwinął skrzydła i umieścił wątki, które od zawsze były w polu jego osobistych zainteresowań. 


Pierwsze, co zadziwia (pozytywnie), to fakt, jak mało mordercy jest w tym filmie o mordercy - a przynajmniej nie tego, którego wszyscy się spodziewają. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna Eve (Lucy Fry). Niespodziewanie, w jednym momencie, traci całą swoją rodzinę i zostaje na tym nieznanym i początkowo wrogim terenie zupełnie sama. Nie mając nic do stracenia, a posiadając duszę wojownika (sportowca) postanawia sama zapolować na "bestię". Jej młodzieńcza naiwność zostanie wielokrotnie przetestowana podczas podróży przez kraj, który pomimo obecności cywilizacji, nie oddalił się nazbyt od własnej pierwotnej natury. W swojej podróży bohaterka nie będzie jednak sama. Na swojej "drodze" spotka galerię niejednoznacznych i intrygujących postaci. Niektórzy służyć jej będą pomocą, inni (większość) czyhać na jej młodzieńczą naiwność. Jak to w życiu. Osobiście najbardziej do gustu przypadła mi postać Kanea (Richard Cawthorne) z przestępczej grupy motocyklistów. Jest to postać interesująca, ale i tragiczna. Z główną bohaterką zapoznaje się w więzieniu i pomimo "zatargu", w jaki z nią wchodzi, ścigać ją będzie, nie tyle z powodu doznanej szkody, tylko przez fascynację dla jej silnej osobowości. Kane - jak i inni przewijający się w serialu bohaterowie - zmuszeni są dostosować się do warunków jakie daje kraj, który odsłania w człowieku jego pierwotne instynkty. Kim się staniemy, zależy od siły naszego charakteru. O duszę człowieka w równej mierze zabiega duch prawego aborygena (Jack Charles), i siła, która stworzyła Micka Taylora. Nie zawsze, niestety, dobro zwycięży, ale nie o wygraną tutaj idzie. Ważna jest ciągła walka, parcie do przodu pomimo przeciwności. Trochę to trywialne, ale w tym przypadku bardzo szczere.


Mini-serial Wolf Creek, to typowy film drogi, kresem której jest samopoznanie i pogodzenie się z własnym losem. Twórcom serialu idealnie udało się uchwycić dzikość drzemiącą w człowieku. Nie da się jej ujarzmić, oswoić żadnymi kagańcami wypracowanymi przez współczesną cywilizację. Gdyby mnie ktoś zapytał, o czym jest ten serial, to bez wahania odpowiedziałbym, że o ludziach i o ich zmaganiach z samym sobą, o wyborach, jakich dokonuje się, gdy popuszczane są wodze kontroli instytucjonalnej. Widać, że reżyser kocha ten dziki kraj miłością nieskrępowaną żadnymi ograniczeniami, akceptując wszystkie jego pozytywne, jak również, a może przede wszystkim, negatywne strony. Zdaje się mówić do nas, widzów, że to, czy wygra w człowieku drzemiące w nim dobro lub zło, uzależnione jest od niezłomności charakteru, którego prawdziwe oblicze odsłonięte zostanie przez wciąż żywego, dzikiego ducha Australii.

piątek, 7 lipca 2017

Nienawistna czwórka – czerwiec






Planeta wampirów (Terrore nello spazio) /1965/ - reż. Mario Bava

Często czytam, że kiepska jakość popularnych włoskich filmów z przełomu lat 60/70. wynikała z braków pieniężnych w budżecie. Brak pieniędzy – owszem, ale brak chociażby pomysłowości, że o kreatywności nie wspomnę – to już jest dla mnie niewybaczalne (co niestety było na porządku dziennym w kinie tego okresu). Ponadto, argument finansowy mógłby mieć zastosowanie, gdyby nie znaleźli się twórcy sprawnie go "obchodzący".


Jednym z takich twórców był niewątpliwie Mario Bava. Jego Planeta wampirów jest namacalnym argumentem na potwierdzenie prostego faktu, że nie pieniądze, a pomysłowość tworzą dobry film. Widoczne nawiązania do filmów SF lat 50. zdejmują z obrazu rzucającą się w oczy kiczowatość (szczególnie w zakresie scenografii). Generalnie ma się wrażenie, że obcuje się z celową inspiracją, a nie z tandetą wynikłą z niedostatków budżetowych. Prosta fabuła komponuje się idealnie z klimatem i jedyne co pozostaje niepokojącego po udanym seansie, to pytanie: skąd, do cholery, w tytule znalazły się wampiry?
Ocena 7/10 (i trafia do grona moich ulubionych)





Nude... si muore /1968/ - reż. Antonio Margheriti

Niezbyt udał się ten mariaż gatunkowy, bo we wszystkim zatrzymuje się wpół drogi. Żaden z tego filmu kryminał, bo postać detektywa wprowadzona jest zbyt późno i nie reprezentuje sobą intrygującej osobowości. Również jedna z bohaterek pretendująca do roli detektywa, nie sprawdza się, bo nad jej zdolnościami dedukcyjnego myślenia góruje beztroska i zawadiacki charakter. Może to i sympatyczne ale całkowicie bezzasadne. Również żaden z tego filmu horror, bo zabójca jest "płaski", przewidywalny, a co najważniejsze, jego sposoby mordowania ofiar, to zupełna kpina - ściska przez dwie sekundy gardło kobiet, a one padają niczym przysłowiowe muchy.


Nawet próba uatrakcyjnienia filmu scenami nagości (ciągle przebierające się młode dziewczęta) zawodzi, bo operatorowi zawsze udaje się gdzieś uciec z kamerą w wyczekiwanym przez widza momencie. O idiotycznych zachowaniach bohaterów, których świadkami w regularnych odstępach czasu jesteśmy, nawet nie warto wspominać. Ktoś miał pomysł, ale słaby, zrodzony na fali rosnącej popularności giallo. Niestety Nude... si muore, to jedynie kolejny marny produkt swoich czasów, który nie zasługuje na zapamiętanie.
Ocena 4/10





Grobowce ślepej śmierci (La Noche del terror ciego) /1972/ - reż. Amando de Ossorio

Początkowo film zapowiadał się całkiem obiecująco. Dwie przyjaciółki spotykają się przypadkowo po latach i postanawiają wyjechać razem na wycieczkę. Dziwne, niewypowiedziane zaszłości sprzed lat oraz zazdrość o mężczyznę powodują, że jedna z bohaterek opuszcza pociąg i samotnie dociera do zamku średniowiecznych templariuszy. Opuszczone ruiny okazują się idealnym (sic!) miejscem na nocleg dla młodej i atrakcyjnej kobiety. Po zmroku do zamku zawita terror bo z grobu powstają templariusze. Rozpoczyna się polowanie, a ich pierwszą ofiarą, jak nietrudno się domyśleć, stanie się zagubiona bohaterka.


Długa klimatyczna scena śmierci kobiety zwiastowała dobry horror. Niestety, Grobowce ślepej śmierci, to bardzo słaby film. Posiada parę niezłych momentów, jednak idiotyzmy scenariuszowe zaprzepaszczają cały obiecujący początkowo klimat obrazu i już do końca nic poza postaciami żywych trupów na koniach nie jest w stanie uratować tego filmu.
Ocena 5/10 (Trzeba, mimo wszystko, przyznać, że mam ochotę zobaczyć, co z tego wyszło w kolejnych częściach)





Siedem minut po północy (A Monster Calls) /2016/ - reż. J.A. Bayona

Zapowiadało się nad wyraz sztampowo. Jedynak ucieka w świata fantazji, by uporać się z otaczającymi go problemami. Siła obrazu Bayona nie leży w koncepcie, już przecież wielokrotnie eksploatowany, jak chociażby w np. Labiryncie fauna (El Laberinto del fauno, 2006, reż. Guillermo del Toro), a w rozwiązaniach fabularnych, do których ten koncept prowadzi. Od zawsze w kinie mainstreamowym dziecko było świętością. Twórcy starali się oszczędzać widzom kontrowersyjnych scen z udziałem nieletnich, co wynikało z naszych uwarunkowań kulturowych (wyjątek stanowią niektóre thrillery i horrory). Symptomy porzucenia tego od lat przestrzeganego schematu można właśnie zaobserwować w opisywanym filmie (finałowe wyznanie).


Nie jest to żadna rewolucja (w dzisiejszym kinie o taką naprawdę trudno) ale przyjemny powiew świeżości na gruncie mało reformowalnego gatunku jakim jest dramat obyczajowy. Wielu recenzentów zastanawiało się nad małym zainteresowaniem publiczności dla tego bardzo udanego obrazu. Dla mnie sprawa wydaje się być oczywista. Niewygodna tematyka przewijająca się przez cały filmu skutecznie odstrasza spragnionych bezrefleksyjnej rozrywki widzów.
Ocena 7/10