wtorek, 24 maja 2016

Tropem pomiotu szatana





Rok 1630. "Bogobojni" wyznawcy Chrystusa zasiedlają dziewicze tereny zawładnięte przez moce sprzymierzone z siłami "ciemności". "Światło" dla tej zacofanej okolicy ma pojawić się wraz z przybyłymi rodzinami. Ich praca, modlitwa, uczynki - zwykłe życie, ma okiełznać nieprzyjazne tereny. To by się mogło nawet i udać, gdyby nie fakt, że na te ziemie nie przybywają żadni święci tylko zwykli śmiertelnicy. Mają swoje słabości, grzechy i przewinienia, a nierzadko opanowani są przez zło w niemniejszym stopniu niż poganie. Tak jest w przypadku rodziny obranej na głównych bohaterów filmu The Witch w reż. Roberta Eggersa z 2015r.


Pierwszy grzech bohaterowie popełniają już na samym początku filmu uważając się za lepszych od całej wspólnoty, z której zostają usunięci. Gdy opuszczają siedlisko ludzkie, demon ma już o wiele łatwiejsze zadanie.  Jako pierwsza grzechy wyznaje najstarsza córka: mówi o sabacie czarownic, o folgowaniu sobie i swoim ludzkim pragnieniom. To ona w oczach widzów staje się ogniskiem moralnego zepsucia. Nie tam ono jednak się znajduje. Widz ma okazję obserwować każdego członka rodziny, a żaden z nich nie jest bez winy. Wiara w rodzinie, pomimo iż szumnie deklarowana, jest chwiejna i wystarczy jedna tragedia, by zapoczątkować koniec. Zasiane ziarno niezgody zaczyna kiełkować, powodując, że wszystkie niesnaski wychodzą na wierzch, niechęci się zaogniają, a ta która wydawała się  najbardziej winna, rehabilituje się. Czy słusznie?


Demon rozbija rodzinę nieśpiesznie. Wkrada się powoli w pożądliwym wzroku brata wyglądającego nagiej piersi siostry, w drobnych kłamstewkach, które są przyczyną tych większych, w pozornie niewinnych zabawach, ocierających się o bałwochwalstwo, w braku zrozumienia i miłości spowodowanym chowaniem osobistej urazy. Nie napracował się diabeł zbytnio, by wejść do rodziny - on już od dawna tam był. Potrzeba mu było tylko dogodnej okazji (zniknięcie niemowlęcia), by dokończyć swego dzieła.


Naprawdę trudno uwierzyć, że The Witch jest dziełem debiutanta, a jednak. Więcej nawet, nie tylko reżyseria, również bardzo dobrze napisany scenariusz wyszedł spod ręki jednego człowieka. Najbardziej uderza prawdopodobieństwo sytuacji której jesteśmy świadkami (pomimo iż, jak jesteśmy poinformowani na końcu seansu, zaczerpnięta historia pochodzi w znacznej mierze z legend). Na samym początku nie mamy pewności, czy wszystkie ponadnaturalne sytuacje  nie są tylko wytworem wyobrażeń bohaterów. Reżyser umiejętnie dozuje informacje, by dopiero tak naprawdę w finale odsłonić wszystkie karty.


Mocną stroną filmu jest jego strona formalna wciągająca widza w złowieszczy świat zabobonów przy pomocy pięknie sfilmowanych kadrów. Stonowana kolorystyka podkreśla surowość i stanowią kontrę do "baśniowości" opowiadanej historii. Widz czuje realizm, namacalność sytuacji, w której przecież ma się do czynienia z fruwającymi czarownicami i gadającymi kozłami. Obraz na pierwszy rzut oka bardzo niepozorny, a urasta do rangi filmu mającego bardzo duże szanse na miano horroru roku.

wtorek, 10 maja 2016

Czy pociągniesz za spust?





Drugi film w filmografii Ti Westa jest wyjątkowy. Zazwyczaj reżyser obraca się w kręgu obrazów grozy nawiązujących klimatem i konstrukcją do lat 80. W przypadku filmu Trigger Man z 2007r. jest inaczej. Twórca Domu diabła (The House of the Devil, 2009) sięga po prawdziwe wydarzenia i tworzy obraz z popularnego ostatnio gatunku mockumentu. Mamy rozedrgane ujęcia "z ręki" oraz zupełnie nieznaną obsadę. Również napis z początku filmu informuje widza, że historia inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Ma to wpływać na zwiększenie wrażenia realności sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie. Ten film jednak nie jest jakimś tam mackumentem, a dramatem z przewagą dreszczowca w jednym, czyli obszarem, w którym reżyser porusza się swobodnie. 


Historia jest na tyle znana, że trudno o fabularne zaskoczenie. Trzech znajomych wybiera się na polowanie. Po pewnym czasie bohaterowie z łowców stają się zwierzyną łowną. Każdy, kto przed seansem chociaż trochę czytał na temat filmu, zdawał sobie sprawę, że w pewnym momencie "ktoś" na naszych bohaterów zacznie polować. Czy z takiej pozycji wyjściowej można zrobić trzymający w napięciu dreszczowiec? Ano, wychodzi na to, że można. Powiem szczerze, że już dawno żaden obraz nie trzymał mnie "za gardło" tak,  jak zrobił to Trigger Man. Ti West doskonale panuje nad obrazem, bardzo świadomie kontrolując emocje widza. Na samym początku mamy powolny, można napisać, że wręcz ślamazarny wstęp. Zastanawiałem się, dlaczego na początku filmu kamera podąża za jednym z bohaterów, udającym się do sklepu po papierosy. Przecież ta scena nic do obrazu nie wnosi. Czy aby na pewno? Stanowi ona wstęp, wprowadza widza w nudę wyprawy, która nagle przeistoczy się w nieprzerwany koszmar (ponadto ugruntowuje ramy gatunku, który reprezentuje). 


Nasi bohaterowie przyjeżdżają do lasu i rozpoczynają wędrówkę. Idą, idą i nic się pozornie nie dzieje. Przyjechali, by sobie postrzelać, a tu wychodzi na to, że nie ma do czego. Reżyser daje nam, raz za razem, możliwość patrzenia celownikami optycznymi na otaczający świat, po to tylko, by "szarpać" nasze nerwy. Za każdym razem, gdy któryś z bohaterów "składa się" do strzału jesteśmy przekonani, że gdzieś pomiędzy konarami drzew, w końcu natkniemy się na jakiś złowrogi cień, jakąś postać - cokolwiek. Igranie w ten sposób z emocjami doprowadza widzów do wrzenia. Przecież w końcu graniczny moment spotkania z "obcym" musi nastąpić (czy nie o tym jest ten film?). I rzeczywiście następuje. Od tego momentu reżyser nie daje nam już żadnego wytchnienia, a wręcz przeciwnie. Podążając za bohaterami sprawia, że czujemy się osaczeni niczym oni (zwierzyna łowna). Przekonująco rozegrane to zostaje w warstwie psychologicznej, gdzie w głównym bohaterze dochodzi do przemiany. Nie ma dokąd uciekać, próżne lamenty i panika, pozostaje już tylko konfrontacja z nieznanym. Tylko czy będzie w stanie podnieść rzuconą mu rękawicę? W każdym z nas, zdaje się mówić reżyser, drzemie jakieś zwierze. Czy będziemy potrafili dominować?


Trigger Man to niezwykłe kino nastroju. Znaczenie ma trzask gałązki, metaliczne stukanie w rurę – wszystko. Rozedrgany obraz sprawia, że nie jesteśmy pewni czy czegoś przypadkiem (jak bohater) nie przegapiliśmy. Forma filmu z rozmysłem staje się sprzymierzeńcem reżysera, który atmosferą wspartą  prostą, "pulsacyjną" muzyką i sposobem filmowania potęguje element zagrożenia, który musi znaleźć ostatecznie ujście. Strzały, które na końcu padają, są niczym pytania o to, kim byliśmy, kim się staliśmy, a może o to, czy jesteśmy świadomi tego, co od zawsze w nas drzemie?


Tak jak wszystkie dreszczowce, tak i ten posiada jedną naczelną wadę – jednorazowość. Obawiamy się nieznanego, dlatego ciężko wzbudzać obawy ponownie, gdy już wiemy "kto, gdzie i jak". Z tego powodu, tym którzy jeszcze filmu nie widzieli, radzę przed seansem wyrzucić wszystkich z pokoju, słuchawki nałożyć na uszy, zgasić światło, podkręcić dźwięk i rozkoszować się w pełni doznaniami, jakich nie powstydziłby się nawet sam król suspensu.