środa, 28 grudnia 2016

Podsumowanie filmowe A.D. 2016








Jak co roku, moja ubiegłoroczna złota jedenastka:)


Film roku:


1.
Kanako w krainie czarów (Kawaki) – reż. Tetsuya Nakashima


Kanako jako film atakuje widza znienacka, rozdzierając go od środka na maluteńkie kawałki. To jednak nie wszystko. Po zakończonym seansie reżyser sprawia, że zabieramy się za składanie tego co się rozpadło, bo w głębi duszy chcemy, by zrobił to z nami ponownie. Najnowszy obraz Nakashimy jest mi w sposób szczególny bardzo bliski. Moim faworytem nie mógł zostać film zwyczajnie rewelacyjny, tylko taki z którym się identyfikuję całkowicie, dając mu prawo do określania cząstki mnie samego. Tak właśnie jest z tym filmem. Niedługo postaram się "skrobnąć" o nim coś więcej. Prawdziwa moja perła tego roku.


2.
Aż do piekła (Hell or High Water) – reż. David Mackenzie


Skrajnie dekadencki współczesny antywestern z całkiem sporą nutką nostalgii. Fajny komentarz na temat ułudy współczesnego American dream. Film wygrany niedopowiedzeniami i symboliką dychotomicznych odniesień do współczesnego świata. Dwóch braci: jeden przyduszony przez beznadzieję losu, posiadający jednak potencjał, by otaczający świat dostosować do siebie. Natura poskąpiła mu podwalin społecznych (bogatej rodziny) rewanżując się jednak intelektem i rozwagą. Drugi z braci miał mniej (więcej?) szczęścia. Natura wyposażyła go w lekkomyślność i porywczy charakter, co w zestawieniu z biedą kieruje bohatera na drogę występku. Znamienne jest, że nie próbuje on walczyć ze "złym" losem, tylko poddaje się mu dobrowolnie. Nie ma do nikogo żalu, po swojemu próbuje czerpać z życia jak najwięcej. Pomimo, iż jego los jest z góry przesądzony nie przestajemy mu kibicować, bo reprezentuje ten specyficzny determinizm straceńców, którzy odchodzą na swoich własnych warunkach. W jego postaci wybrzmiewają echa Billy the Kida jednego z ostatnich prawdziwie wolnych kowboi. Mackenzie podobnie jak Packinpah stworzył film będący hymnem ku wolności, która nie zna granic, ale już zawsze będzie ograniczana.


3.
The Neon Demon – reż. Nicolas Winding Refn


Uwielbiam Refna! Uwielbiam go za jego niepokorność, za niestrudzone i ciągłe kroczenie własną ścieżką. Po niezwykle popularnym i docenionym (słusznie) filmie Drive (2011) duża cześć widzów oczekiwała, że jego kolejny obraz będzie podobny. Refn zadecydował inaczej i zrealizował świetny (przez wielu niedoceniony) Tylko Bóg wybacza (Only God Forgives, 2013). W tym roku premierę miało jego najnowsze dzieło: Neon Demon (2016). Nie łudźmy się, na wzrost miłości ze strony widzów reżyser liczyć nie może (ewentualnie, wręcz odwrotnie;). Na szczęście, wygląda na to, że ma to w dalekim poważaniu. Neon Demon to swoista hybryda, w której twórca udanie łączy ze sobą różne gatunki i formy filmowego wyrazu. Czego tutaj nie ma? Thriller, obyczaj, film muzyczny, erotyczny i surrealistyczny z elementami horroru i dramatu. Refn "maluje" swoje najnowsze dzieło używając groteski, symboliki, a nawet kiczu, który jednak nigdy nie ociera się o tandetę. Mało skomplikowana treść podporządkowana jest formie wprowadzającej widza w stan bliski transowi. Piękne, hipnotyzujące doznanie.


 4.
 Goldstone – reż. Ivan Sen
 


Dużą siłę nowego filmu Ivana Sena stanowi jego niepozorność. Na początku mamy wolno rozwijający się kryminał z przebijającymi się wątkami rasowo etnicznymi. Nim się widz jednak zorientuje kończy w opowieści o poszukiwaniu własnej tożsamości, i to zarówno tej plemiennej, jak również prywatnej – osobistej. Dwóch stróżów prawa: jeden pozbawiony złudzeń, błądzący w swoich poszukiwaniach, drugi zagubiony do granic naiwności. Ich spotkanie otworzy im oczy na prawdę. Już dawno motyw poszukiwania siebie nie był w kinie tak przejmująco spokojny. Warto wspomnieć o porażającej pięknem i wymownością scenie finałowej.


5.
Zimowy sen (Kıs Uykusu) – reż. Nuri Bilge Ceylan


Filmy Ceylana od zawsze kojarzyły mi się z prozą klasyków rosyjskiej literatury realistyczno – psychologicznej. Echa dzieł Dostojewskiego, a przede wszystkim Tołstoja, wybrzmiewają w  fabułach reżysera, który we wszystkich swoich filmach koncentruje się na podobnych tematach: samotność, brak zrozumienia, niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem. Nie inaczej jest w jego najnowszym dziele. Zimowy sen jest o letargu, w którym tkwi główny bohater i to zarówno w sferze zawodowej (pisarz) jak i prywatnej (małżeństwo z o wiele młodszą kobietą). Oczywiście nie wyczerpuje to bogactwa treści filmu, w którym wszyscy bohaterowie borykają się ze swoimi własnymi demonami. Podobnie jak rosyjscy mistrzowie pióra, Ceylan jest specjalistą w dogłębnych opisach stanów emocjonalnych bohaterów. Nieśpiesznie (ktoś mógłby napisać, że ślamazarnie), krok po kroku, element po elemencie, rozkłada ich postępowanie na drobne części doskonale opisując w ten sposób istotę ich osoby. Niezwykle refleksyjny film.


6.
Zwierzęta nocy (Nocturnal Animals) – reż. Tom Ford


Po rewelacyjnym debiucie (A Single Man, 2009) Tom Ford czekał ze swoim drugim obrazem siedem lat. To dobrze, gdyż miał czas zrealizować go jak należy. Jego nowy obraz zachwyca wizualnie, ale również i narracyjnie. Opowiadane historie przeplatają się w filmie niebezpiecznie nie pozwalając widzom na komfort pewności, a to niepokoi. Współgra to z tematyką, która oscyluje pomiędzy poszukiwaniem własnej tożsamości, kruchością wyobrażeń na temat przyszłości, koniecznością stanowienia w życiu ciągłej ułudy i w końcu, przypowieścią o roli sztuki we współczesnym świecie. Dodajmy do tego muzykę, scenografię i najwyższy poziom aktorstwa (mi osobiście najbardziej przypadła do gustu rola Michaela Shannona) i pomimo, iż film ustępuje miejsca debiutowi, robi to z gracją i bez żadnego wstydu.


7.
Wada ukryta (Inherent Vice) – reż. Paul Thomas Anderson


Przyznaję się, iż urzekła mnie w filmie postać Shasty Fay, rewelacyjnie wykreowana przez Katherine Waterston. Bohaterka jest tajemnicza, zmysłowa, delikatna ale równocześnie drapieżna i wyzwolona seksualnie. Nietrudno zrozumieć głównego bohatera, który zupełnie traci dla niej głowę. Wada ukryta, to obraz o facecie, który w czasach obyczajowego wyzwolenia tęskni za kajdanami uczuciowej zależności (nie tylko, oczywiście). Kolejny z mojego zestawienia obraz wygrany nutą nastroju i klimatu, tym razem za czasami swobody, którą wyznaczali sobie sami ludzie. Joaquin Phoenix niesamowity.


8.
Destrukcja (Demolition) – reż. Jean-Marc Vallee


Jake Gyllenhaal = zwierzę sceniczne. Więcej tutaj.


9.
Zjawa (The Revenant) – reż. Alejandro Gonzalez Inarritu


Jeden z moich dwóch (pierwszym był nowy Mad Max) faworytów do Oscara 2016. Film którego fabuła na poziomie symboliki urasta do rozmiarów arcydzieła na temat konfrontacji człowieka ze światem, w którym potrzebne jest stać się tytułową zjawą, by mierzyć się z prawdziwymi bestiami (i bynajmniej nie chodzi o niedźwiedzia). Reżyser świadomie sięga po szeroki wachlarz schematycznych sytuacji zestawiając je w oryginalny sposób. Dzięki temu powstaje samodzielny, niebanalny i wielce nieschematyczny twór o potędze ludzkiej determinacji. Piękne kino.


10.
Trigger Man – reż. Ti West


Pomimo, że w tym roku miała swoją premierę najnowsza, całkiem niezła produkcja Ti Westa (In a Valley of Violence), to jednak na miejsce w moim rankingu zasłużył jego starszy i o wiele bardziej skromny obraz. Zrealizowana po amatorsku historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, dzięki niezaprzeczalnemu talentowi młodego reżysera, zyskuje wydźwięk uniwersalnej opowieści na temat prawdziwej natury człowieka. Więcej tutaj.





Jak co roku pyszna "wisienka na torcie"

11.
31 - reż. Rob Zombie



Co by to był za mój ranking filmowy, gdyby zabrakło w nim horroru. Nowy film Roba Zombie to jedno z większych zaskoczeń tego roku. Obraz wykalkulowany na okrucieństwo, bezczelnie kłania się widowni skutecznie mamiąc ją swoimi sztuczkami (miejmy nadzieję, że ujrzymy wersję uncut). Zombie bawi się pokazując "fucka" Uciekinierowi (The Running Man, 1986, reż. Paul Michael Glaser) oraz survival horrorom z epoki obyczajowej swobody. Masa fajnych scen i sporo "przegięć", które zebrane razem dają świetny efekt. Duży plus za końcówkę oraz za Sheri Moon Zombie, którą ogląda się wyśmienicie. Pięknie chora zabawa. 


 Dodatkowo 5 najlepszych filmów sprzed roku 2000




Yojutoshi – reż. Yoshiaki Kawajiri



Deadlock – reż. Roland Klick



Buster Bokserem (Battling Butler) – reż. Buster Keaton



Melodia śmierci (White of the Eye) – reż. Donald Cammell



Poszukiwacze (The Searchers) – reż. John Ford






Ponadto, 25 filmów, które było zdecydowanie warto:



- Bardzo poszukiwany człowiek (A Most Wanted Man) – reż. Anton Corbijn
- Witaj w klubie (Dallas Buyers Club) – reż. Jean-Marc Vallee
- Home Sick – reż. Adam Wingard
- Naprawdę straszna śmierć (A Horrible Way to Die) – reż. Adam Wingard
- Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (The Witch) – reż. Robert Eggers
- Zniknięcie Eleanor Rigby: Oni (The Disappearance of Eleanor Rigby: Them) – reż. Ned Benson
- Inny (Altered) – reż. Eduardo Sanchez
- New World (Shin-sae-gye) – reż. Hoon-jeong Park
- Cloverfield Lane 10 (10 Cloverfield Lane) – reż. Dan Trachtenberg
- Żywot Matsuko (Kiraware Matsuko no Issho) – reż. Tetsuya Nakashima
- Kill Command – reż. Steven Gomez
- X-Men: Apocalypse – reż. Bryan Singer
- Stąd do wieczności (From Here to Eternity) – reż. Fred Zinnemann
- Mroźne piekło (Nam-geuk-il-gi) – reż. Pil-Sung Yim
- Haker (Blackhat) – reż. Michael Mann
- Trzy małpy (Uc maymun) – reż. Nuri Bilge Ceylan
- In the Deep – reż. Johannes Roberts
- Green Room – reż. Jeremy Saulnier
- Nie oddychaj (Don't Breathe) – reż. Fede Alvarez
- Paprika (Papurika) – reż. Satoshi Kon
- Służąca (Ah-ga-ssi) – reż. Chan-wook Park
- Człowiek z blizną (Scarface) – reż. Howard Hawks
- The Butcher – reż. Kim Jin-won
- In a Valley of Violence – reż. Ti West
- Schneider kontra Bax (Schneider vs. Bax) – reż. Alex van Warmerdam




Najlepszy serial


Banshee (wszystkie 4 sezony)


Pierwszy i drugi sezon bardzo dobry, jednak to co twórcy wyczyniają w trzecim sezonie, przechodzi wszelkie wyobrażenie. Tak wiele, tak dobrze i w tak krótkim czasie chyba jeszcze nigdy nie dostałem. Wieloskładnikowy "sos" układa się w spójną całość windując poprzeczkę dla kolejnych podobnych seriali. Żałuje, że producenci nie pozwolili "żyć" produkcji jeszcze przez dwa sezony (jak to było pierwotnie zamierzone). To co otrzymałem z powodzeniem jednak wystarcza by wspiąć się na czołowe miejsce mojego serialowego rankingu. Serialowa petarda!


Najlepszy miniserial


Mały Quinquin



Chyba nikogo nie dziwi fakt, że znalazłem tutaj miejsce dla Dumonta? Gdybym nie widział go w odcinkach na Canal +, spokojne byłby w mojej dziesiątce jako jedna z najlepszych fabuł tego roku. Więcej tutaj.


Najprzyjemniejszy (relaksujący) serial


Suits (sezony 1-3)

Świetni bohaterowie (szczególnie: Harvey, Louis no i oczywiście Donna), fakt iż praktycznie cała akcja filmu o prawnikach dzieje się poza salami sądowymi, oraz brak sztucznych wyrzutów sumienia, gdy bronią drani w zamian za grubą kasę. Do tego lekkość opowieści, humor oraz całkiem sprawnie poprowadzona fabuła sprawiają, że naprawdę nie sposób się dobrze przy nim nie bawić.


Największy serialowy zawód

Black Sails (sezon 2)


Po obejrzeniu pierwszego sezonu naskrobałem wcale pochlebną recenzję o tym serialu. Powstrzymałem się (na szczęście) przed zamieszczeniem jej na blogu, bo sądziłem, że kolejne sezony dodadzą mi argumentów na poparcie mojej pozytywnej oceny… I rzeczywiście dodały argumentów, ale w przeciwną stronę. Black Sails to niechlubny przykład jak zepsuć całkiem dobrze zapowiadający się serial. Twórcy "rozmienili" się na drobne, które nijak nie pasują do całości (przynajmniej do tej z pierwszego sezonu). Postaram się rozwinąć moją myśl i coś więcej na ten temat napisać w najbliższym czasie.



Rozczarowanie roku

Most szpiegów (Bridge of Spies) - reż. Steven Spielberg
 


 Nic na to nie poradzę, że ostatnie dokonania Spielberga kompletnie do mnie nie trafiają. Jego nowy, nominowany do Oskara film z ulubionym przez reżysera Tomem Hanksem jest wyjątkowo słaby. Takich cukierkowych bzdur nie widziałem już od dawna. Spielberg od zawsze poruszał się w rejonach mainstreamu ocierającego się o sztampę, jednak tutaj już się o nią nie ociera, tylko jest nią przepełniony na wskroś. Schematyzm i amerykańska flaga powiewająca nad poczynaniami bohatera, patos, ckliwość i masa naiwności czynią seans zupełnie niestrawnym. Reżyser Szczęk (Jaws, 1975) stworzył wyjątkową wydmuszkę, która pokolorowana jest zgrabną formą za którą jednak nic nie stoi. Żenująco banalny film.


Ponadto, 25 największych rozczarowań:


- Lost River – reż. Ryan Gosling
- Niezwyciężony Superman (All-Star Superman) – reż. Sam Liu
- Brooklyn – reż. John Crowley
- Jego regeneracja (His Regeneration) – reż. Gilbert M. 'Broncho Billy' Anderson
- Hellboy - Miecz Burz (Hellboy Animated: Sword of Storms) – reż.     Phil Weinstein
- Obsesja zemsty (Tiempo sin aire) – reż. Andrés Luque, Samuel Martín Mateos
- John Rambo (Rambo) – reż. Sylvester Stallone
- Kung Fu Panda 3 – reż. Jennifer Yuh, Alessandro Carloni
- Skarbiec (The Trust) – reż. Benjamin Brewer, Alex Brewer
- Rekinado (Sharknado) – reż. Anthony C. Ferrante
- Kompleks (Kuroyuri Danchi) – reż. Hideo Nakata
- Łowca i Królowa Lodu (The Huntsman: Winter's War) – reż. Cedric Nicolas-Troyan
- Moja krew – reż. Marcin Wrona
- Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice) – reż. Zack Snyder
- Marauders – reż. Steven C. Miller
- Książę Persji: Piaski czasu (Prince of Persia: The Sands of Time) – reż. Mike Newell
- Elita zabójców (The Killer Elite) - reż. Sam Peckinpah
- Fantomas – reż. Andre Hunebelle
- Murder Party – reż. Jeremy Saulnier
- Dziki cel (Wild Target) – reż. Jonathan Lynn
- Mechanik: Konfrontacja (Mechanic: Resurrection) – reż. Dennis Gansel
- Hotel zła III (Fritt vilt III) – reż. Mikkel Brænne Sandemose
- Trolle (Trolls) – reż. Mike Mitchell
- Inferno – reż. Ron Howard

 - Kraina jutra (Tomorrowland) – reż. Brad Bird

czwartek, 3 listopada 2016

Bezdomna sprawiedliwość





Dwight (Macon Blair) jest włóczęgą. Żyje z dnia na dzień, oddzieliwszy się od najbliższych i całego społeczeństwa murem anonimowości. Stroniąc od innych, mieszka we własnym samochodzie żywiąc się resztkami ze śmietników. Jego obecna sytuacja stanowi reakcje na dramatyczne wydarzenie z przeszłości, które złamało bohatera (śmierć rodziców). Dwight przywyknął do takiego stanu rzeczy, zaakceptował go. Jego wypracowany latami, ale pomimo to bardzo kruchy, spokój zostanie jednak zburzony wraz z wyjściem na wolność domniemanego mordercy. Dwight nie chce i nie może zaakceptować takiej sytuacji. W jego systemie wartości więzienie niczego nie wyrównało, a jedynie oddaliło w czasie to, co nieuniknione.


Właściwym rozwiązaniem, według bohatera, wydaje się być tylko: krew za krew. W taki oto sposób rozpoczyna się przedziwne polowanie. Przedziwne, bo Dwight jest raczej modelowym przykładem "zwierzyny łownej" aniżeli łowcy. Przeciwnikiem bohatera będą natomiast typowi myśliwi - "bestie" żyjące z polowań. Zakorzenione przez lata poczucie niesprawiedliwości może jednak zdziałać cuda, sprawiając, że w największej nawet "ofierze" obudzi się "drapieżnik". Bohater jest niestety niczym amator pomiędzy zgrają profesjonalistów. Błędy, które popełni mogą kosztować życie jego i  pozostałą mu rodzinę (siostra z dziećmi). Przelana krew nigdy nie kończy sprawy i tak spirala zemsty zatacza bezwzględne koło.



Po sześciu latach od swojego niezbyt udanego (będąc delikatnym) debiutu pt. Murder Party (2007), Jeremy Saulnier powraca z nowym filmem. Rezygnuje w nim z metafor, banalnej symboliki i całego nieumiejętnie stosowanego sztafażu filmów gore, na rzecz surowej dosłowności. Okaże się to trafnym wyborem, który wyewoluuje w pełni w jego najnowszym, i jak do tej pory najlepszym, dziele pt. Green Room (2015).



Blue Ruin (2007), to film o poczuciu sprawiedliwości rozumianym przez bohaterów jedynie w kategorii osobistego poczucia doznanych krzywd. Zadośćuczynienie może nastąpić jedynie według starotestamentowej zasady: wet za wet. Bohaterowie pochodzą ze specyficznej społeczności dla której ład społeczny regulowany przez aparat państwa jest tolerowany na tyle, na ile są do tego zmuszeni. Więcej nawet, "narzędzia" regulowania ładu społecznego są w filmie całkowicie nieskuteczne lub praktycznie niebyłe (Policja ukazana jest jako zwiastun "złej nowiny" - informacji o wyjściu mordercy z więzienia. Poza tym, nie interweniuje, nie wtrąca się, jak gdyby, stróżów prawa w ogóle w filmie nie było).



Reżyser widocznie sympatyzuje z tą kontrkulturą przyznają jej prawo do własnych racji. Odnosi się wrażenie gloryfikacji kolonialnego prawa do obrony swojej rodziny, a poprzez to do posiadania nieograniczonej ilości broni. Jej wszechobecność w filmie, posiadanie, obnoszenie się z nią, umiejętności posługiwania się, a w końcu dostępność, wskazują na ten pełen pychy charakter osobowości bohaterów mówiący: moja sprawa, moje zasady.


Jest to w sumie jedyny bardziej drażniący element w filmie. Na szczęście jego "rażenie" osłabione zostaje przez postać głównego bohatera. Od początku seansu osoba Dwighta całkowicie absorbuje uwagę widzów. Jego początkowa nieporadność, zagubienie czy wręcz naiwność, w bardzo obrazowy sposób przekształca się w chłodny determinizm. Ostatecznie, w naturalny sposób, bardzo świadomie bohater staje się tym, na kogo sam polował. Macon Blair, wykonał świetną aktorską robotę swoją fizjonomią myląc widzów co do tego, kim każdy człowiek, jeżeli zechce, może się stać. Nie ma znaczenia pochodzenie, status społeczny czy wielkość portfela… To banalne, ale "bestia" żyje w każdym z nas.

środa, 19 października 2016

Z niezapowiedzianą wizytą w podwodnym "raju"





Podczas wakacji w Meksyku dwie siostry postanawiają spróbować czegoś nowego: zamierzają zanurkować w oceanie, by przeżyć kontakt z rekinami. Wszystko wygląda wspaniale, do momentu gdy lina podtrzymująca klatkę ochronną urywa się, a bohaterki lądują na dnie oceanu. Od tej chwili rozpoczyna się ich nieubłagana walka z czasem i rekinem, który czai się gdzieś w głębinach.



Najważniejszym bohaterem filmu jest gigantycznych rozmiarów rekin. Przedstawiony jest on przez twórców jako część natury, jej reprezentant, a nie negatywna postać dramatu. Bohaterki walczą, ze swoimi lękami, wyobrażeniami, i ostatecznie również z nim - przedstawicielem dzikiej przyrody. Rekin nie atakuje ich jednak z powodu swoich złych intencji. Odpowiada na ludzką ingerencję w jego naturalne środowisko (klatka z ludźmi na środku oceanu, porozrzucane kawałki mięsa w celu zwabienia drapieżnika). W tym kontekście rekin jest symbolem natury traktowanej przez ludzi jako część atrakcji rozrywkowej, niczym wizyta w oceanarium, czy zoo, gdzie liczy się tylko ładne zdjęcie zamieszczone na portalach społecznościowych. Bardzo szybko dociera do bohaterek, które miejsce w hierarchii w przyrodzie zajmują. Przytłaczający ogrom oceanu ukazuje kruchość człowieka w porównaniu z prawdziwą wielkością jego mieszkańców.



In The Deep, (znany pod błędną nazwą: 47 Meters Down) w reż. Johannesa Robertsa (2016) obraz praktycznie nieznany (ciężko znaleźć nawet oficjalny trailer) zainteresował mnie z powodu nazwiska Alexandre Aja (twórcy Bladego strachu, czy też świetnego remaku hitu Wesa Cravena z lat 70. pt. Wzgórza maja oczy), który piastuje tutaj fotel producenta. Patrząc na wcześniejszy dorobek filmowy reżysera/scenarzysty należałoby zapytać: jakim cudem to wszystko tak dobrze się udało? Wietrzę tego dwie przyczyny. Po pierwsze: postać Alexandre Aja w roli producenta, który zapewne w jakimś stopniu mógł pomóc w utrzymaniu w ryzach "tandetnych" ambicji scenariuszowych reżysera, którymi raczył widzów w swoich poprzednich dziełach np. Ziemi potępionych (Forest of the Damned, 2005) czy też Storage 24 (2012). Po drugie (które łączy się z pierwszym): wszystkie wcześniejsze porażki artystyczne reżysera wynikały z jego przekombinowanych scenariuszy, dlatego ograniczenie go do, z pozoru, banalnej historii wychodzi obrazowi na dobre. Twórca może skupić się na tym, co wychodzi mu całkiem nieźle, czyli na budowaniu napięcia i atmosfery, zmuszając widza do postawienia się na miejscu bohaterek.



Bardzo udanie twórcy rozwiązali finał obrazu. Taki gatunek i taka konwencja wręcz domagają się maksymalizacji odczuwanych emocji. W ten sposób film może i bywa atrakcyjniejszy wizualnie, jednak traci zupełnie na prawdopodobieństwie. Ktoś może napisać, że to taka konwencja i nie ma co narzekać. Dobrze, ale przecież można próbować pogodzić te dwa, skrajnie do siebie niepasujące, elementy. Ten wyczyn udaje się twórcom dzięki bardzo prostemu i wynikającemu z fabuły, "trickowi" scenariuszowemu. Można napisać, by zanadto nie zdradzać fabuły, że "otoczenie" przychodzi twórcom z pomocom dzięki temu, ostatecznie, zadowoleni powinni być nawet malkontenci (wiem, jestem naiwny).



Napięcie w filmie dozowane jest z matematyczną precyzją, od bardzo sugestywnego wstępu, z rozlanym winem w basenie, po scenę końcowego wynurzania. Ponadto, cała sytuacja przedstawiona jest niezwykle realnie i pomimo, że nie posiadam żadnej wiedzy na temat nurkowania, zachowania bohaterów wydają się psychologicznie solidnie uzasadnione (brak jakiś szczególnie irracjonalnych postępowań, tak często spotykanych w podobnych produkcjach). Dodatkowo wiele zapadających w pamięć scen, z tą najbardziej sugestywną, finałową, która w kontekście tego co obserwowaliśmy wcześniej, urasta do rangi symbolu.



Trochę szkoda, że z filmów o rekinach, to 183 metry strachu (The Shallows, 2016, reż. Jaume Collet-Serra) z racji swojej kinowej dystrybucji przejdzie w tym roku do świadomości widza. Z drugiej strony, jak ktoś chce, to zawsze można samodzielnie zdobyć film In The Deep, zasiąść przed ekranem telewizora (czy monitora) i delektować się nim w swoim domowym zaciszu.  Uważam, że to dobre kino, więc warto.

piątek, 7 października 2016

Nienawistna czwórka – wrzesień






The Duel /2016/ – reż. Kieran Darcy-Smith

Western z zacięciem psychologicznym, to ciekawa odmiana w ramach gatunku. Na pierwszy plan wysuwają się pogmatwane relacje pomiędzy trójką bohaterów: mężem Davidem Kingstonem (Liam Hemsworth), jego żoną Marisol (Alice Braga) i "wielebnym" Abrahamem Brantem (Woody Harrelson). Zastanawiałem się, co by się stało, gdyby główny bohater nie zabrał ze sobą swojej żony na kolejną "misję"? Najpewniej bardzo szybko zostałby zastrzelony przez ludzi "wielebnego", a film nie byłby tym czym jest teraz. Żonę jednak bohater zabrał, co sprawiło, że stała się centralną osią niemalże całej akcji.


Bój, który bohaterowie stoczą o kobietę wychodzi poza standardowe ramy znanych opowieści z dzikiego zachodu. Marisol, w ujęciu twórców, to dzikość, która potrzebuje ujarzmienia. Nie można zadowolić się półśrodkami, nie można takiej zmysłowości otrzymać w prezencie, trzeba o nią zawalczyć, a najlepiej "wyszarpać" ją przeciwnikowi prosto z gardła (wraz z jego życiem). Nie liczy się człowiek, jego honor, dobro czy czułość. Taka "dzikość" dążyć będzie zawsze do innej "dzikości". Dobroć i szczęście jest relatywne, dlatego nieprzewidywalne. Pierwiastek żeński, przede wszystkim podświadomie, ale nie tylko, ulega z rozkoszą pierwotnemu instynktowi i oddaje się najsilniejszemu (bardziej charyzmatycznemu) osobnikowi. 


Czy warto było? Gdy chodzi o naturę nie ma czasu na refleksję. Istotna jest chwila, moment, w którym osoba zostanie przez drugą dopełniona. Szczęście osiągnie się tylko wówczas, gdy zrobi się to na własnych warunkach. Niemalże feministyczny charakter obrazu skręca znaczeniowo w mocno szowinistyczną (czy wręcz mizoginistyczną) stronę. Co przeważa? To, niech każdy widz oceni samodzielnie.
Ocena 7/10






Blair Witch /2016/ – reż. Adam Wingard

Duże nadzieje, jakie wiązałem z nowym filmem o wiedźmie z Blair wynikały co najmniej z dwóch przesłanek. Po pierwsze i najważniejsze, pierwowzór z 1999 r. raczej umiarkowanie przypadł mi do gustu. Strasznie rozwleczony, bronił się jako "straszak" jedynie w finałowych sekwencjach. Nuda, do pewnego stopnia, "zabiła" oryginalny koncept formalny obrazu. Druga przyczyna moich rozbuchanych nadziei względem filmu wynikała z faktu, iż za reżyserię zabrał się nie kto inny jak utalentowany twórca i zagorzały entuzjasta horrorów: Adam Wingard - twórca m.in. rewelacyjnego Następny jesteś ty (You're Next, 2011).


Niestety nie mogę napisać, by moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone. Co prawda, twórcy podkręcili akcję do tego stopnia, że przez cały czas trwania seansu "coś się dzieje", jednak im bliżej końca, tym mniej interesowałem się losami bohaterów (który notabene, z góry były przesądzony). Na gruncie tego gatunku filmowego jest to grzech niewybaczalny. Wszyscy bohaterowie wydają się być bezbarwni i schematyczni jakby twórcy czerpali jedynie z szerokiego wachlarza znanych już ofiar horrorowego uniwersum.
Ocena 5-6/10




Pitbull. Nowe porządki /2016/ - reż. Patryk Vega


Patryk Vega powinien zajmować się wyłącznie kręceniem filmów traktujących o pracy stróżów prawa. Robi to z pazurem i pomimo, że jego obrazy dalekie są od doskonałości, mają swój specyficzny charakter. W Nowych porządkach reżyser powraca, wraz z nowym głównym bohaterem, na stare i znane z poprzedniego filmu kinowego i serii TV śmieci. Jest w tym dużo świeżego oddechu i fajnych pomysłów. Największą jednak zaletą filmu są bohaterowie. 


Niesamowicie charyzmatycznie wypada (i to był strzał w dziesiątkę) nowy główny bohater Majami (Piotr Stramowski), który godnie zastępuje Despera (Marcin Dorociński). Grabowski, Królikowski i Kula powracają, jednak stanowią już tylko sympatyczne tło. Fabuła w filmie koncentruje się na konflikcie z bandą Babci (Bogusław Linda). Nigdy za Lindą nie przepadałem, jednak w tej roli aktor po prostu błyszczy. Udanie rewersuje graną przez siebie w przeszłości kultową, co dla niektórych, postać Franza Maurera z dylogii Psy. Bardzo dobrze napisane są również postacie Zupy (Krzysztof Czeczot) jako psychopatycznego współpracownika Babci oraz mięśniaka Stracha (Tomasz Oświeciński), wprowadzającego element humorystyczny do filmu. 


Wszystko to zrobione jest bez ambicjonalnego nadęcia i wymuszenia, a że ma wady, no cóż… Pourywany, chaotyczny scenariusz, to rzecz do której Vega zdążył już widzów przyzwyczaić. Natomiast wylewające się zewsząd szambo ciągłych przekleństw, być może jest normą w środowiskach, o których film opowiada. Wyczekuję z niecierpliwością kolejnej części, której szybkość powstania, mam nadzieję, nie wpłynie na jakość i nie zepsuje wrażenia z tak udanego powrotu do patologicznej części naszej stolicy.
Ocena 7/10





Fudoh - Nowa generacja (Gokudo Sengokushi: Fudo) /1996/ - reż. Takashi Miike


Minęło dziesięć lat odkąd zetknąłem się z tym filmem po raz pierwszy. To zadziwiające, że nic w moich oczach obraz nie stracił, a wręcz przeciwnie. Wszystkie jego ówczesne ewidentne wady, dzisiaj stają się niemalże zaletami. Z tego powodu film nabiera nowej świeżości. Jest to jeden z pierwszych tak "szalonych" obrazów Takashiego Miike, w którym reżyser odwołuje się do mangi, japońskiego komiksu już na stałe goszczącego w jego twórczości. Również ukazywane wszelkie aberracyjne zachowania stanowią u twórcy Ichiego Zabójcy (Koroshiya 1, 2001) normę. Imponuje duża swoboda z jaką opowiadana jest historia.


Nie da się ukryć, że to początek kariery reżysera, ale wszelkie niedostatki warsztatowe niwelowane są surowym zapałem młodego twórcy. Przez ten zapał właśnie wiele jestem mu w stanie wybaczyć. Można napisać, że historia opowiedziana w Fudoh jest pocięta, niepełna, epizodyczna, jednak w tym szaleństwie zdaje się być metoda. Reżyser nie podporządkowuje bohaterów pod opowiadaną historię, a wręcz przeciwnie, próbuje, by to właśnie bohaterowie byli w niej priorytetowi (nawet wówczas, gdy wpływa to na strukturę fabuły). Dlatego przykładowo mamy do czynienia z rozbudowanym (wydawać by się mogło, że niepotrzebnie) epizodem zbliżenia seksualnego pomiędzy nowo przybyłą nauczycielka języka angielskiego, a hermafrodycką podwładną głównego bohatera.


Niestety, należy to przyznać, że dziewięćdziesiąt minut, to zdecydowanie za mało na tak dużą ilość bohaterów. Konsekwencją tego jest pewne uczucie niedosytu (słyszałem, że są kolejne części ale już innego reżysera, ciężko dostępne i nie tak udane). Z drugiej strony, pomysłowość rozwiązań scenariuszowych jest godna pochwały. Najbardziej w tym kontekście podobał mi się wątek głównego bad guya czyli Daigena Nohmy (Riki Takeuchi). Widz cały czas czeka na finałową konfrontację, która nastąpi ale poza obiektywem kamery. Dobrze komponuje się to z całością pourywanej fabuły. Ogólnie, Fudoh, to pięknie popierniczony film spod znaku japońskiej ekstremy.
Ocena 7/10 i ogromne serducho.

PS Dodatkowo jest tam masa bajeranckich scen, jak ta, w której jedna z bohaterek idzie oddać mocz ukazując tym samym swoją hermafrodycką naturę.

środa, 21 września 2016

Na gruzowisku uczuć







Davis (Jake Gyllenhaal) traci żonę. Życie wali mu się na głowę, jednak on nic nie czuje. Czy to możliwe, że jej nie kochał? Odmienny sposób patrzenia, spowodowany wstrząsem, generuje zmianę. Powoli, ale systematycznie, bohater "rozczłonkowuje" swój świat na coraz to mniejsze kawałki. Impulsem staje się automat ze słodyczami ze szpitalnego korytarza. Jest on również jak kamyk rzucony w przednią szybę pędzącego samochodu – powodem dla którego wszystko zaczyna pękać. To, w wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka, groteskowej spowiedzi wobec siebie samego, bohater próbuje ustawić swoje życie na właściwym miejscu.



By jednak poukładać, najpierw należy zburzyć, zniszczyć i pogrzebać dotychczasowy styl życia, styl, który spowodował wewnętrzną śmierć bohatera. Obojętność i zniechęcenie przebiło się widocznie do wszystkich sfer jego jałowej egzystencji. Tragedia czegoś uczy, wyostrza zmysły, czyni sprawy prostszymi. Czy jednak na pewno? Pod rozbitą warstwą samego siebie ukazuje się również nieznana do tej pory część świata zewnętrznego, świata, którego nie mogliśmy, a może nie chcieliśmy, znać ("nie moje krzesło, nie mój problem"). To jednak nie jest ważne, bo raz wyzbywszy się ułudy, dociera się do istoty swojej osoby.


Nowy punkt widzenia, nowe osoby na horyzoncie. Jedna "chora" dusza ciągnie do drugiej i tak Davis spotka Karen (Naomi Watts). Kobieta pozornie ma wszystko: dom partnera, dorastającego syna, pracę. Toczy ją jednak ten sam robak zobojętnienia, co głównego bohatera. Co prawda jest w związku z mężczyzną, jednak od samego początku zdaję sobie sprawę, że nie darzy go uczuciem. Nie angażuje się, bo tak jest wygodniej i bezpieczniej. Ma syna, którego kocha ale kompletnie straciła z nim kontakt. Nie rozumie go, jego problemy są dla niej obce. Znajomość z Davisem jest dla Karen zbawienna. Bohater swoją odwagą do bycia szczerym wobec siebie i świata inspiruje ją na tyle, by "otworzyć jej oczy". Pomału kobieta pozbywa się swojej wierzchniej warstwy ułudy. Z drugiej strony, rodzina Karen jest dla głównego bohatera miejscem, gdzie może całkowicie "odsłonić" swoje nowe ja, bez narażenia się na konsekwencje społeczne. Bohaterowie "ocalają" siebie nawzajem.
 


Mieli twórcy "nosa" angażując do głównej roli Jakea Gyllenhaala. Na dzień dzisiejszy, to nie jest aktor, to jest "zwierzę" sceniczne. Sposób w jaki swoją grą aktorską pociąga i angażuje bez reszty widza (jego efektowny "taniec" na ulicach), każe przypuszczać, że urodził się tylko w jednym celu. Tak wielka forma aktora nie jest przypadkowa i stanowi kontynuację jego rewelacyjnej passy trwającej i urzeczywistniającej się w takich tytułach jak Wróg (Enemy, reż. Denis Villeneuve, 2013), Wolny strzelec (Nightcrawler, reż. Dan Gilroy, 2014) czy Do utraty sił (Southpaw, reż. Antoine Fuqua, 2015), by wymienić tylko kilka. Prawdziwe brawa należą się jednak reżyserowi, który potrafił wzorcowo poprowadzić tę historię. Destrukcja (Demolition, reż. Jean-Marc Vallee, 2015), to oryginalny dramat ukazujący subiektywny (jak wszystko w życiu) sposób radzenia sobie z żałobą. Reżyser umiejętnie dozuje emocje widzów, od zaciekawienia, poprzez fascynację, aż po wzruszenie. 


Przekonująco, nie popadając przy tym w sztampę, ukazuje kolejne etapy zrozumienia samego siebie w obliczu jednostkowej tragedii. Bohater poprzez wypadek "wybudza" się, ale równocześnie, to "wybudzenie" pozwoli mu zrozumieć i pogodzić się z tak bardzo nieoczekiwaną stratą. Film jest tematycznie podobny do wcześniejszych obrazów reżysera, szczególnie do Witaj w klubie (Dallas Buyers Club, 2013) i Dzikiej drogi (Wild, 2014). Wydaje się że reżyser upodobał sobie opowiadanie historii ludzi znajdujących się na "rozdrożach" życia. Robi to z wyczuciem godnym eksperta, dlatego, jak dla mnie cała jego filmografia mogłaby się kręcić wokół tego tematu.

wtorek, 6 września 2016

Nienawistna czwórka – lipiec/sierpień




Mały Quinquin (P'tit Quinquin) \2014\ - reż. Bruno Dumont

Aż dziw bierze, że spod ręki takiego "smutasa" jak Bruno Dumont wyszedł tak pogodny film. Niektórzy nawet posuwają się do stwierdzenia, że jest to komedia. Nie przesadzałbym w tej kwestii, ale to prawda, reżyser zapełnia przestrzeń ekranową różnymi indywiduami, których zachowanie może wywoływać uśmiech na twarzy. Robi to celowo, zdając sobie sprawę, że konfrontacja ich zachowań z przyzwyczajeniami widowni może śmieszyć.


Nie łudźmy się jednak, to cały czas stary, poczciwy Dumont. Zęby mu się nie stępiły, a co najwyżej chwilowo schowały. Pomimo swojej "dziwności", nasi zebrani w małym miasteczku bohaterowie, borykają się ze zwyczajnymi problemami współczesnego społeczeństwa: marzenia o popularności, strach przed ekstremizmem, opieka nad seniorami rodu. Jak gdyby Dumont znalazł klucz do ukazywania ludzkich ułomności, której objawy wewnętrzne odbijają się w zachowaniu na zewnątrz. Pomyli się jednak ten, kto będzie chciał przypisać bohaterom jakieś wyjątkowe wady (analogiczne do ułomności fizycznych). 


To tylko ludzie: specyficzni, drobiazgowi, nieuważni, zacofani, ufni, przyjacielscy, zazdrośni, niesprawiedliwi, przesądni, troskliwi, marzący ale twardo stąpający po ziemi - nic nadzwyczajnego, ot człowiek. Dumont ich nie ocenia, portretuje z większą niż zazwyczaj sympatią, pozwalając, by stali się w naszych oczach zwyczajni. Buduje most, który podczas seansu przerzucony jest od strony zaciekawienia innością, po tolerancję połączoną niemalże z afirmacją.
(Ocena: 8/10 i film trafia do grona moich ulubionych, a Komendant Van der Weyden staje się moim ulubionym filmowym policjantem)





X-Men: Apocalypse /2016/ - reż. Bryan Singer

A ja, w opozycji do wszystkich, napiszę, że mnie się nowy film o mutantach podobał. Przed paroma miesiącami wszyscy wychwalali nowego Kapitana Amerykę: Wojna bohaterów(Captain America: Civil War, reż. Anthony Russo, Joe Russo, 2016) - jeden z portali internetowych traktujących o kinie przyznał mu nawet pierwsze miejsce wśród wszystkich adaptacji komiksowych (sic!). Dla mnie natomiast, był to obraz solidnie zrobiony, lecz niczym szczególnym się niewyróżniający. Po miesiącu pojawili się nowi mutanci i zaczęło się narzekanie. Zupełnie tej krytyki nie pojmuję.


Siłą napędową filmu jest dobrze poprowadzona reżyseria. Bryan Singer trzyma cały obraz za "mordę", układając z niego uniwersalną mozaikę palących problemów rodu mutantów. Mamy (jak zwykle) nietolerancję, mamy poszukiwanie samego siebie oraz przede wszystkim, mamy walkę wewnętrzną związaną z dźwiganiem jarzma odpowiedzialności za posiadaną moc – standard w komiksach i filmach o mutantach. Opowiedziane jest to sprawnie z dużą sympatią do bohaterów. A to, że jest tam wiele głupot... No cóż, jakbym się uparł mógłbym doczepić się do każdej adaptacji komiksu. W nowym X-menie nie denerwowały mnie nawet takie kwiatki jak akcja Magneto (Michael Fassbender), przeuroczo kaleczącego nasz język ojczysty, z funkcjonariuszami MO. Interesującym doznaniem było odkrycie, iż nasi milicjanci przy aresztowaniach używali  łuków (to zapewne romantyczna dusza Polaków skierowała ich na drogę, którą kroczył Robin Hood;) 


Bardzo dobrze przedstawiony został antagonista i bardzo dobrze w ramach swojej postaci jest zagrany. Natomiast osobistą radość stanowi większa rola mojej mutanckiej ulubienicy: Psylocke (Olivia Munn). To jeszcze nie jest szczyt moich marzeń (nie sądzę, by twórcy go kiedykolwiek osiągnęli;) ale już jest bardzo dobrze. Poza tym cieszyłem się z braku irytującego Hugh Jackmana w roli Wolverinea (epizod z Bronią X pominę wymownym milczeniem). Do tego dodajmy zapierającą dech w piersiach solową scenę Quicksilvera (Evan Peters) oraz zakończenie dające nadzieję na niezłą kontynuację, i mamy całkiem udany film mainstreamowy.
(ocena: 7/10 a co?)





Nice Guys. Równi goście (The Nice Guys) /2016/ - reż. Shane Black

Jeszcze nie trafiłem w tym roku na film, który miałby tak skrajne recenzje. Entuzjaści pieją z zachwytu nad oldschoolowym charakterem filmu i nad nawiązaniami do komedii sensacyjnych z przełomu lat 70/80. Przeciwnicy narzekają na jego wtórność i kiepską fabułę. Najlepiej, rzecz jasna, owe opinie zweryfikować osobiście. W tym przypadku, jak w przeważającej większości przypadków, prawda leży pośrodku. Niestety należy się zgodzić z narzekającymi, że fabuła, pisząc kolokwialnie, leży na całej linii. Film jest tak wtórna, że w pewnym momencie musiałem, przestać na nią zwracać uwagę, by móc dotrwać od końca seansu. Jeden schemat goni drugi i tak przez dwie godziny.



Ja rozumiem nawiązania, ale w pewnym momencie autor powinien dać coś od siebie, "zamrugać" do widza, coś przejaskrawić, jakiś element zaakcentować w sposób odmienny - cokolwiek. Nadzieję w tym temacie stanowiły postacie, jednak i tutaj zamknięte zostały w niemiłosiernie wąskich ramach obowiązującego schematu. Mamy brutala o złotym sercu, lekkomyślnego detektywa, który pomimo wad świetnie wykonuje swój zawód, a na dokładkę przypałętała się nastoletnia córka, która jest (bo jakżeby inaczej) dojrzalsza od swojego beztroskiego rodziciela. To wszystko już w kinie widzieliśmy przetwarzane dziesiątki razy. Pokazywanie starych schematów jedynie w odświeżonej formie jest widzowi zupełnie niepotrzebne, bo niczemu nie służy.



Pomimo wszystko jednak film ogląda się całkiem przyjemnie. Zasługi przypisać należy aktorom, którzy bawią się swoimi rolami, co odczuwają również widzowie. Z męskiego duetu zwycięsko, niespodziewanie dla mnie, wychodzi Russell Crowe. Swoja interpretacją "gburowatego" brutala o nie do końca "czarnym" sumieniu, przebija również bardzo udaną rolę Ryana Goslinga. Natomiast na osobne słowa uznania zasługuje rola Angourie Rice, która zagrała postać Holly March, córki jednego z głównych bohaterów. W pamięci pozostaje jako równorzędna postać dotrzymująca kroku tytułowej dwójce, a to już zasługa charyzmy młodej aktorki – brawo! Podsumowując, żadnych rewelacji nie należy się spodziewać, ot, przyjemny i niewymagający seans na sobotni wieczór z rodziną. Raczej nie powtórzę i nie zapamiętam na dłużej.
(ocena: trochę za wysoka, wiem, ale z czystej sympatii 6/10)






Legion samobójców (Suicide Squad) /2016/ - reż. David Ayer

Cóż to za  kontrowersyjny film jest. Praktycznie nikomu się nie podoba – za wyjątkiem mnie – rzecz jasna;) Wszelkie jego mankamenty, z wyrwanym z kontekstu głównym antagonistą naszej wesołej drużyny, bledną w morzu błogiej przyjemności, którą czerpiemy podczas seansu Legionu samobójców. Właśnie na tym elemencie poległa wcześniejsza produkcja ze stajni DC Comics: Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice, reż. Zack Snyder, 2016).



Tam się wręcz męczyłem przy oglądaniu, a każdy idiotyzm fabularny dotykał mnie osobiście, sprawiając, że co rusz miałem ochotę zakończyć seans. W Legionie tego nie ma. Widz siedzi i ogląda, czerpiąc nieprzerwaną satysfakcję z filmu. Refleksja nadejdzie, ale na długo po wyjściu z kina. Wady skrystalizują się w głowie ale i tak uśmiech zadowolenia z twarzy nie zniknie. Fabuła jest tylko dodatkiem, a film bohaterami stoi. I nie mówię jedynie o rewelacyjnej postaci Harley Quinn (Margot Robbie) tylko o większości bohaterów.



Obserwowanie ich relacji to przyjemność, co prawda niskich lotów, ale jednak przyjemność. Deadshot (Will Smith), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), Kapitan Boomerang (Jai Courtney), a przede wszystkim wspomniana wcześniej Harley Quinn, to dobre materiały na postacie występujące w filmie w przyszłości uznanym za kultowy. Czekam na sequel.
Acha, i jeszcze coś: Jared Leto jako Joker, daje radę.
(Ocena: 7-8/10 z wielką sympatią. Oryginalne DVD musowo trafi do mojej kolekcji)