piątek, 25 września 2015

Krytyka zasad kodeksu bushido w filmach twórców jidai-geki lat 60. XX wieku – Kihachi Okamoto (2)


Jako że w Mieczu zagłady Okamoto poniekąd uśmierca bohatera (chociaż nie bezpośrednio i nie na oczach widzów) należącego do klasy samurajów, dlatego w swoim kolejnym filmie główne role powierza już komu innemu. Zabić! opowiada historię dwóch przyjaciół. Jednym z nich jest Genta (zupełnie różny, ale nie mniej świetny, w swojej kreacji Tatsuya Nakadai) były samurai, który dobrowolnie rezygnuje ze swojego statusu i wstępuje do Yakuzy. Drugi bohater to Hanjiro Tabata (Etsushi Takahashi), chłop marzący o byciu samurajem (gdy to się w końcu staje, dobrowolnie porzuca wymarzony stan). Obydwaj wplątani zostają w intrygę, która postawi ich po przeciwnych stronach toczącego się konfliktu. O ile jeszcze w poprzednich obrazach reżysera, dało się zaobserwować wojowników kroczących ścieżkami wytyczonymi przez honorowy kodeks bushido (Einosuke Kurihara w Samuraju i Toranosuke Shimada w Mieczu zagłady), tak w Zabić! już takich postaci nie spotkamy (nawet samuraje, którym pomaga Genta, nie potrafią współpracować i co rusz wychodzą ich mało etyczne zachowania – pijaństwo, kłótliwość, niepohamowane rządze cielesne, obawa przed śmiercią i inne). Cała klasa bushi jawi się w filmie jako zgraja spiskujących przeciwko sobie wzajemnie bandziorów. Nic nie jest w stanie stanąć im na drodze, nie ma dla nich żadnej świętości (poza pieniędzmi i władzą). W tym kontekście znamienny wydaje się fakt, iż pomimo że scenariusz filmu powstał na podstawie tego samego materiału literackiego co Sanjuro – samuraj znikąd Kurosawy, to obydwa obrazy wydają się dalece od siebie różne. U twórcy Rashomona można jeszcze wytyczyć, pomimo wszystko, granice pomiędzy samurajami postępującymi w sposób godny (siedmiu młodych wojowników oraz tytułowy ronin) oraz tymi, którzy zupełnie zdeptali kodeks bushido (reszta wojowników pojawiająca się w obrazie). 


W Zabić! natomiast bohaterami najbardziej prawymi jest chłop i członek Yakuzy (niegdyś samurai). Wydaje się to być szczególnie ciekawe, gdy pozna się historię tego byłego członka klasy rządzącej. Okazuje się, iż porzuca on swój uprzywilejowany stan z powodu bezlitosnego prawa, pozostając jednocześnie cały czas wiernym duchowi japońskich wojowników (bushido). Sytuacja, w jakiej się znalazł, zmusiła go (lojalność wobec władzy) do zabicia własnego przyjaciela, który usiłował wpłynąć na losy Japonii zmieniając je dla dobra ogółu. Zrozumiawszy swój błąd i beznadzieję sytuacji, w której się znalazł, porzuca dotychczasowe życie, w głębi duszy hołdując jednak cały czas niepisanym prawom tworzącym obraz prawdziwego wojownika. Genta pomimo tego, że nie ma już jakichkolwiek złudzeń co do natury samurajów (czego nie omieszka ciągle zaznaczać, przestrzegając przed wojownikami aspirującego do tego stanu chłopa Hanjiro) decyduje się pomóc młodym siedmiu samurajom, w pewnym stopniu chcąc spłacić dług z przeszłości (wobec swojego nieżyjącego przyjaciela). Najlepszą alternatywą dla przyszłości Japonii zdaje się mówić reżyser są podwaliny, jakie daje bushido ale nie dla stanu wojowników, który zdążył już się całkowicie zdegradować, ale całemu pozostałemu społeczeństwu. Bushi to grupa społeczna, która nie ma do zaoferowania już nic, poza samodestrukcją.


Interesująco powyższe rozważania wyglądają, gdy zestawi się je z historią innego samuraja z filmu Juroty Arao. Przyłącza się on do spisku tylko z jednego powodu: musi zdobyć 30 ryo, by mieć możliwość wykupienia swojej kobiety. Bezlitosne prawo sprawia, że ojciec jego ukochanej Yo, za popełniony błąd musi odpowiedzieć popełniając seppuku. Żona i córka zmarłego wypędzone zostają z klanu, a brak środków do życia zmusza je do świadczenia usług w domu publicznym. Jurota w celu wykupienia Yo, występuje ze służby u swojego suwerena (u którego zapewne nie miałby możliwości zaoszczędzenia potrzebnej sumy) i oferuje swoje usługi jako bezpański miecz do wynajęcia. Nie rezygnuje, w odróżnieniu od Genty, ze swojej przynależności stanowej, co niestety przyczyni się do jego śmierci. Kto wie, co by się stało, gdyby Jurota porzucił swój status społeczny i w inny sposób spróbował rozwiązać swój prywatny problem. Na tym przykładzie jasno można zaobserwować, że klasa samurajów nie ma do zaoferowania (swoim członkom, o społeczeństwu nie wspominając) niczego poza możliwością niechybnej zguby.


Ostatni z opisywanych filmów reżysera, Czerwony Lew można potraktować jako swoiste podsumowanie jego pracy w zakresie jidai-geki. Wprawdzie w 1970 roku kręci on wspomniany już wyżej Zatoichi i Yojimbo ale pomimo, iż i w nim da się zaobserwować echa zainteresowań nurtujących twórcę ("dźwiganie ciężaru" moralności wojownika rozłożone zostaje pomiędzy dwóch bohaterów: ronina oraz wędrownego masażystę), jest to jednak już zupełnie inne kino. "Znani" bohaterowie niejako narzucają reżyserowi granice, których przekroczyć nie sposób. W poprzednim jego obrazie (Zabić!), głównymi bohaterami byli: były samurai i chłop do tego stanu aspirujący. Tak naprawdę jednak ciężar filmu spoczywał na barkach tego pierwszego (i niebagatelne znaczenie miała w tym świetna rola charyzmatycznego Tatsuya Nakadai). Zupełnie inaczej jest w Czerwonym Lwie. Tutaj reżyser na pierwszy plan wysuwa tylko chłopa, który o status samuraja się ubiega (a dodatkowo żeby inny bohater nie mógł konkurować z postacią pierwszoplanową, angażuje do tej roli Toshiro Mifune). Gonzo (Mifune) przyłącza się do "wiatru zmian", który zwiastuje upadek trwającego trzy wieki szogunatu Tokugawa. Chcąc zasłużyć na miejsce (i uznanie) wśród zwycięzców, podejmuje się misji nakłonienia rodzimej wioski do przyłączenia się do "odnowy państwa". 


Interesujące jest to, że zadanie właściwie udaje mu się wykonać (po wielu trudnościach rzecz jasna) nie przelewając przy tym kropli krwi (zapewne inaczej sprawa by się miała, gdyby owej misji podjął się "urodzony" samuraj). Ludzie są tak spragnieni zmian, że z "otwartymi ramionami" przyjmują charyzmatycznego "reformatora". Wystarczający powód i wielka nadzieja tkwi w fakcie, iż "dobrą nowinę" przynosi były chłop, ich niedawny sąsiad, aktualny przedstawiciel klasy rządzącej, były "marny robak", któremu udało się "przekroczyć" stan urodzenia – co potwierdzać ma oryginalne nakrycie głowy, czyli czerwona grzywa (od której wywodzi się tytuł filmu). Jeżeli jemu się udało, to może dla wszystkich jest nadzieja? Tak łatwo jednak nie będzie. Film w swoim ogólnym przesłaniu jest "z musu" optymistyczny, taki właśnie, jak zmiany, które mają nastąpić. Niezwykle wymowna w tym zakresie jest ostatnia scena, w której jedna z okolicznych (uwolnionych przez bohatera) kobiet zmusza do radosnych śpiewów, pozostałych, pojmanych przez wysłanników szogunatu, mieszkańców wioski. Pomimo, iż cała ta "odnowa" okazuje się (na razie) tylko pojedynczym wykroczeniem przeciw obecnej władzy, jest to pierwszy krok, który doprowadzi do prawdziwej rewolucji w kraju. 


Nieważne, że zmiany, które wprowadza Gonzo trwają tylko trzy dni, to i tak więcej niż mieli chłopi w całym swoim życiu. Warto było ryzykować, warto było poświęcić wiele (kilkoro bohaterów, w tym główny, ginie), bo to w końcu doprowadzi (małymi krokami), do tak upragnionej transformacji. Z tego powodu niech wszyscy śpiewają, niech skandują: "Nic się nie stało! Nic się nie stało! To nieważne!" bo pomimo, iż będzie to może radość przebijająca się przez łzy, to i tak "nieważne i nic się nie stało", dlatego, że i tak jest lepiej niż było. Reżyser nie jest już rewolucjonistą, zwyczajnie akceptuje konsekwencje rozpoczętych zmian pomimo tego, iż rzeczywiście na razie, "jedyne co się zmieni, to kwiat oficjalnego herbu", jak mówi ronin Hanzo (Etsushi Takahashi). Zdemoralizowane elity samurajskie zamienią się tylko władzom pomiędzy sobą, jednak nie ma innego wyjścia, bo takie właśnie ówczesne elity Japonia posiada. Jedyna nadzieja w ludziach innych stanów, osobach zakorzenionych w tradycji, w której "żywy" jest duch Japonii (bushido), jednocześnie jednak niezdeprawowanych posiadaniem władzy, którą samuraje dzierżyli od niepamiętnych czasów. 


Z filmów jidaj-geki Kihachiego Okamoto z lat 60. wyraźnie (pomiędzy innymi) przebija się jedno podstawowe pytanie: Dlaczego wojownik musi użyć swojego miecza? Dlaczego musi zabijać? Odpowiedź na to pytanie do prostych i jednoznacznych nie należy. Warto się jednak o nią pokusić. To stan samurajski, ze swoimi skostniałymi strukturami, starającymi się za wszelką cenę utrzymać istniejący status quo, odpowiada za rozlew krwi, którego dokonują wojownicy. Bushido stanowi w tym wszystkim tylko kartę przetargową, którą rządzący rozporządzają wedle osobistych zachcianek, celem usprawiedliwienia swoich, często niemających nic wspólnego z godnym zachowaniem, zachcianek.

czwartek, 10 września 2015

Krytyka zasad kodeksu bushido w filmach twórców jidai-geki lat 60. XX wieku – Kihachi Okamoto (1)


Postać ronina ze Straży przybocznej wykreowana przez Toshiro Mifune w filmach Akiry Kurosawy zdobyła tak dużą popularność, że na przestrzeni kolejnych lat pojawiała się na ekranach jeszcze kilkakrotnie. Jednym z bardziej udanych obrazów wykorzystujących wizerunek tego bohatera zrealizował Kihachi Okamoto (1923-2005). W filmie Zatoichi i Yojimbo (Zatoichi to Yojinbo, 1970) dochodzi do tytułowego spotkania dwóch ikon ówczesnego kina samurajskiego.


Zatoichi to niewidomy wędrowny masażysta przemierzający Japonię i pomagający napotkanym ludziom. Jego cechą charakterystyczną (poza ślepotą i uprawianą profesją) były silnie wyostrzone zmysły oraz niezwykłe umiejętności posługiwania się, ukrytą w lasce niewidomego, kataną. Popularność bohater zawdzięcza (podobnie jak w przypadku postaci Yojimbo) zapadającej w pamięć kreacji aktorskiej, tutaj Shintaro Katsu. Opowieść o niewidomym masażyście zamyka się w kilkudziesięciu filmach kinowych i w przeszło stu odcinkach powstałego w połowie lat 70. serialu telewizyjnego. Nie wspominając o wszystkich współczesnych remake’ach (z najgłośniejszym w reż. Takeshi Kitano na czele) oraz licznych nawiązaniach. Kihachi Okamoto w swoim obrazie dokonuje zestawienia dwóch odmiennych postaw życiowych. Z jednej strony mamy dobrodusznego, trochę gapowatego (przez co wprowadzającego do filmu element komiczny) niepełnosprawnego bohatera, który pomaga ludziom bezinteresownie, bo, jak mówią inne postacie w filmie, "taki już jest". Na przeciwległym biegunie plasuje się cyniczny, przebiegły i nie stroniący od przemocy "upadły" samuraj Sassa. W kwestii etosu samurajskiego twórcy działania tytułowego Yojimbo (bo Zatoichi do klasy bushi nie należy) dalece przejaskrawiają. Zarobione pieniądze nie są już tylko skutkiem zaangażowania i samodzielnego kreowania intryg, jak to miało miejsce w Straży przybocznej i Sanjuro – samuraju znikąd Kurosawy, a stanowią cel sam w sobie. Bohater otwarcie poszukuje ukrytego złota. Materializm i pogoń za pieniądzem osiąga w jego postępowaniu poziom maksymalny.


Swoiste novum w charakterze postaci, Okamoto wprowadza pod koniec obrazu, gdzie okazuje się, iż bohater jest tak naprawdę działającym na zlecenie szpiegiem. Nie tylko zatem materializm, również zatajanie informacji, a wręcz kłamstwo czyli sprzeniewierzenie się  słowu bushi, które powinno być silniejsze niżeli ustna (czy pisemna) przysięga . Jednak wprowadzenie szpiegostwa przez reżysera jest innowacją, ale tylko w obrębie tej postaci. Sam Okamoto bardzo często już w swoich wcześniejszych, najlepszych obrazach jidai-geki, podejmował problematykę konspiratorskich knowań. Uznać to można nawet za jeden z jego filmowych znaków rozpoznawczych. Do najciekawszych filmów tego reżysera, tworzonych w latach 60. należą: Samuraj (Samurai, 1965), Miecz zagłady (Dai-bosatsu toge, 1966), Zabić! (Kiru, 1968) oraz Czerwony Lew (Akage, 1969). Do tej listy dopisać można wspomniany wyżej Zatoichi i Yojimbo.


Pierwszy z nich rozpoczyna swoistą szarżę reżysera przez różnorodny koloryt postaci i zdarzeń historycznych u progu przemian, które dokonały się podczas słynnej Restauracji Meji. W Samuraju opowiedziane są losy Tsuruchiyo Niiro (Toshiro Mifune), który zrodzony ze związku kurtyzany i wysoko postawionego w hierarchii daimyo rodu Tokugawa, nie zna tożsamości swojego ojca. Ta niewiedza stanie się podstawą do ostatecznego upadku bohatera. Wychowany przez krewnych w zgodzie z duchem samurajskiego kodeksu bushido chciałby móc czerpać z dobrodziejstw swojego urodzenia. Sztywne konwenanse klasowe niszczą jego wyobrażenie na temat wymarzonych możliwości przyszłego życia. Nieznane pochodzenie ojca bohatera posłuży za podstawę do odmowy w sprawie upragnionego małżeństwa, przez co wpojone w młodości przeświadczenie o zasadności hołdowania rycerskim ideałom postępowania, rozbije się o ścianę brutalnej rzeczywistości. Zrozpaczony bohater odwraca się od całej dotychczasowej egzystencji pogrążając się w pijaństwie i rozbojach. Awanturniczy styl życia ma mu, w jego mniemaniu, zapewnić awans społeczny. Chciałby wykazać się determinizmem, odwagą oraz mistrzowskimi umiejętnościami w posługiwaniu się kataną, tak by tylko te cechy (a nie urodzenie) utorowały mu drogę do upragnionej służby dla suwerena. W tym czasie właśnie jego losy krzyżują się z grupą spiskowców planujących zamach stanu.  Niiro widzi w tym doskonałą okazję do osiągnięcia własnego celu. Bohater i jego postawa skonfrontowane zostają z inną postacią, jego przyjacielem Einosuke Kuriharą (Keiju Kobayashi). On również należy do spisku, jednak jest to skrajnie różna osobowość. Po pierwsze, jest samurajem na służbie u suwerena, ponadto posiada kochającą rodzinę, z którą wiedzie spokojny żywot. Powodem, dla którego Kurichara pragnie zmian w Japonii jest wiedza, otwartość oraz zdanie sobie sprawy z nieuniknionej ekspansji państw z Zachodu. Uważa, że nie powinno się z tym walczyć, tylko dobrze na to przygotować. W odróżnieniu od głównego bohatera nie myśli wyłącznie o sobie, a o przyszłości całego społeczeństwa japońskiego. Dla Niiro z kolei, polityka nie ma żadnego znaczenia. Apogeum jego upadku jako człowieka (jako samuraja również) osiągnięte zostaje, gdy zgadza się na wykonanie egzekucji na swoim przyjacielu Kuriharze z powodu jego rzekomej zdrady. Spiskowcy stawiają bohaterowi ultimatum: albo wykona wyrok, albo zostanie wykluczony z grupy, a tym samym pozbawiony szansy podjęcia próby stania się tak bardzo upragnionym członkiem klasy rządzącej. Ważne jest, że bohater definiuje istotę bycia samurajem jako podległość suwerenowi, a poprzez to możliwość otrzymywania należnej stanowisku pensji. Doświadczenia młodości nauczyły go, że tylko pozycja i tytuł, a nie postępowanie według zasad, są poważane, w rzeczywistości, w której egzystuje. Paradoksalnie jednak im bardziej podąża za upragnionym celem, tym bardziej oddala się od właściwej "drogi wojownika", którą winien przecież jako samurai podążać. 


Jego życie jest szaleńczo opętane tym dążeniem. Każdy aspekt własnej egzystencji wiąże ze swoim przedsięwzięciem (gdy prosi Okiku [Michiyo Aratama], by została jego żoną, to sam określa, że nie wcześniej zanim osiągnie dochód 300/400 koku) nie będąc w stanie wyobrazić dla siebie żadnego innego miejsca w społeczeństwie (z kolei gdy bohaterka prosi, by porzucił swoje marzenia o zostaniu samurajem i zajął się  wspólnie z nią prowadzeniem gospody, kategorycznie odmawia nie próbując nawet wziąć tego pod rozwagę). Żadna siła nie jest w stanie przeszkodzić bohaterowi w jego szaleńczej misji. Otchłań wciąga bohatera, ukoronowaniem czego jest udany zamach stanu, który - jak się okazuje - był również zamachem na życie jego własnego nieznanego mu ojca. Odcinając i zatykając na miecz głowę swojego rodziciela, bohater symbolicznie morduje siebie, swoje wydumane marzenia na temat bycia takim samurajem, dla którego we współczesnym społeczeństwie nie ma miejsca (o czym mówi podczas napaści jego ojciec). Reżyser w ten sposób wyraźnie zarysowuje swoje poglądy na temat rządów bushi. Cała klasa wojowników jest zdeprawowana, a pojedyncze honorowe jednostki jak Einosuke Kurihara skazane są z góry na zgubę właśnie przez to, że jako nieliczne zaszczute zostają przez "zepsuty" ogół.


Kolejny film reżysera kontynuuje niejako historię Tsuruchiyo Niiro i robi to na dwa sposoby. Po pierwsze, początkiem akcji Miecza zagłady jest zakończenie Samuraja. Zaraz po napisach początkowych na ekranie pojawia się informacja: "Wiosną 1860 roku przy bramie Sakurada w wyniku dokonanego zamachu zginął główny minister szogunatu Naosuke Ii". Ramy ciągłości historycznej są zachowane. Drugim czynnikiem spajającym obydwa obrazy jest postać głównego bohatera. Ryunosuke Tsukue (wyśmienicie zagrany przez Tatsuya Nakadai), to doprowadzona do ekstremum wersja Niiro. O ile jednak w Samuraju celem bohatera był awans społeczny, tak w Mieczu zagłady jest już abstrakcyjne (bo istniejące w głowie bohatera) mistrzostwo w zakresie posługiwania się samurajskim mieczem. Owładnięty osobistą manią Ryunosuke nie liczy się z niczym (i nikim) w dążeniu do wyznaczonego przez siebie celu. Należy do klasy wojowników, lecz rezygnuje z ich honorowej "drogi", wyznając tylko ścieżkę miecza. "Na tym świecie polegam jedynie na swoim mieczu. Gdy walczę nie mam rodziny" - oznajmia bohater. Z jednej strony, jak pisał Tokugawa Ieyasu – pierwszy szogun rodu Tokugawa: "Miecz jest duszą samuraja, jeżeli kto o nim zapomni lub go utraci, nie będzie mu to wybaczone", z drugiej jednak, trzeba bardzo uważać, bo "w mieczu zaklęta jest dusza. Kto studiuje walkę mieczem sięga w głąb duszy. Złe serce prowadzi nikczemny miecz" tłumaczy jeden z bohaterów filmu, nauczyciel walki na miecze Toranosuke Shimada  (Toshiro Mifune). 


Dając się zaślepić własnemu orężowi Ryunosuke tratuje wszelkie zasady, tak samurajskie, jak i te ogólnoludzkie. Niemoralny pochód bohatera rozpoczyna się już w pierwszej scenie, w której to dokonuje aktu nieuzasadnionej przemocy (mordu) na starym pielgrzymie (jest niczym niszczycielska siła losu, odpowiadająca na modlitwy, które starzec wznosi o uwolnienie go z konieczności życia na tym świecie jako ciężaru dla własnej wnuczki). Brak jakichkolwiek odruchów humanitaryzmu widoczny jest również, gdy Ryunosuke lekceważy prośbę o przegranie zaplanowanej walki na miecze. Sama odmowa wykroczeniem przeciw jakimkolwiek zasadom nie jest. Wykorzystanie natomiast nadarzającej się w związku z tym okazji do zhańbienia cnoty żony swojego przeciwnika (obiecując w zamian poddanie walki, czego jednak nigdy uczynić nie miał zamiaru), uderza silnie w honor wojownika. Postać Ryunosuke Tsukue jest skrajnym przykładem już nie samuraja, lecz demona całkowicie opętanego przez własne dążenia, które zupełnie lekceważą drugiego człowieka. Nic go nie interesuje, nic nie może go zrazić czy przestraszyć i do niczego nie ma szacunku, poza mieczem. Jego zimna twarz bez wyrazu dopiero wtedy nabiera odcienia przerażenia, gdy dostrzega niepohamowaną siłę, "dobrego miecza" Toranosuke Shimady. Ten moment załamania bohatera doprowadzi go do krawędzi, znad której już nie będzie odwrotu. Kunszt w posługiwaniu się mieczem oraz słowa, które wypowiada Shimada, rosną w umyśle Ryunosuke przybierając realne kształty wszystkich ofiar, napotkanych na swojej, naznaczonej krwią, drodze. Niczym brama, która najpierw szczelnie zamknięta powoli zaczyna się otwierać rzucając mroczne światło na uczynki bohatera. Jego demon (miecz) opanowuje go całkowicie skazując na ostateczne pogrążenie w niekończącej się szaleńczej walce.


Ryunosuke poza ludzką powierzchownością nie ma już w sobie nic z samuraja. Gorzej nawet, on nie dąży już nawet do zdobycia przyziemnych przywilejów (jak usilna próba wejścia w łaski suwerena, która motywowała Niiro, bohatera poprzedniego obrazu reżysera), jest całkowicie wypalony z wszelkich ludzkich pragnień, zagłębiony w samego siebie, a przez to kompletnie nieprzydatny dla społeczeństwa, niestanowiący dla niego żadnej wartości poza niszczycielską siłą do jego dezintegrowania. Nawet przystąpienie do grupy Shinsen nie miało dla niego żadnego znaczenia społeczno/politycznego (a zwykłe egzystencjalne, związane z zarobkowaniem pieniędzy), a przez resztę jej członków traktowany był jak ktoś obcy, "silny" miecz do wynajęcia. Na przeciwległym biegunie postawy głównego bohatera reżyser sytuuje innego samuraja Toranosuke Shimadę. Ten mistrz i nauczyciel fechtunku to ideał cnót rycerskich. Opanowany, honorowy, stroniący od bezsensownego przelewu krwi, gdy zachodzi potrzeba zdolny jest "wyciąć" samurajskie wyższe racje w tłumie atakujących go niegodziwców. Niezależny - prowadzi własną szkołę fechtunku - nie pozostawia widzowi wątpliwości co do kierunku drogi, jaką obrać winni współcześni wojownicy. Sam zdolny jest dostrzec prawdziwą duszę bohatera i to właśnie on poprzez słowa i uczynki doprowadza (pośrednio) do jego upadku. Możliwość destrukcyjnego wpływu jaki ma Ryunosuke na ludzi zaczyna powoli docierać również i do innych bohaterów opowieści. Największą w tym zakresie świadomość nabierają dwie postacie. Pierwszą z nich jest ojciec Ryunosuke, jedyny człowiek, do którego bohater ma szacunek i do którego starał się przez całe swoje życie (bez powodzenia) upodobnić. Nawet on na łożu śmierci wypiera się własnego syna i prosi o niezwłoczne jego wyeliminowanie: "(…) Żałuję, że mój syn przyszedł na świat! Żałuję, że zgłębił tajniki fechtunku! Miecz opętał jego duszę. Stał się okrutny i bezwzględny. Nie można go już ocalić. Im szybciej zginie tym lepiej dla wszystkich". Podobna sytuacja miała miejsce we wcześniejszym Samuraju, gdzie to matka na łożu śmierci przyznaje, że bohater to już zupełnie inny człowiek. Nie prosi ona wprawdzie o jego zamordowanie, ale gdy zestawić jej słowa z tym, co mówi ojciec bohatera w Mieczu zagłady, można to traktować proroczo, niczym przestroga przed tym, jakie konsekwencje może obierać dane zachowanie.


Drugą osobą zdającą sobie w filmie sprawę z destrukcyjnych "właściwości" bohatera jest Ohama, czyli zhańbiona żona samuraja, który przegrywa (i ginie) w początkowym pojedynku. Nie widząc dla siebie żadnej nadziei przyłącza się ona do Ryunosuke, tworząc z nim chory związek oparty na zależności i nienawiści. Nie potrafiąc jednak znieść nieludzkiego zachowania kochanka, po pewnym czasie postanawia go zabić. Po nieudanej próbie, zapytana o powody odpowiada: "Chciałam cię zabić! Tak bardzo cię nienawidzę! Bez ciebie bylibyśmy z Ikutaro (ich wspólny syn - dop. autora) o wiele szczęśliwsi. Ale to już bez znaczenia. Teraz wszystko mi jedno. Ryunosuke proszę, zabij mnie. (…) Niech zginę z twojej ręki. A ty zginiesz z ręki Hyomy. Winy zostaną odkupione, rachunki wyrównane". W społeczeństwie japońskim nie ma już miejsca dla jednostki, która wyznaje kult niszczycielskiej mocy oręża.
(cdn.)