czwartek, 31 lipca 2014

Znaczenie gestu


Jest taka scena w Breathe In: bohaterka, grana przez Felicity Jones, podchodzi razem z głównym bohaterem (Guy Pearce) do fortepianu, by zagrać utwór. Kamera filmuje dłonie dziewczyny oraz wpatrzonego w nią bohatera. W jego oczach da się zaobserwować podziw, fascynację i jeszcze coś więcej. W pewnym momencie jego palce delikatnie i nieśmiało zaczynają głaskać grającą dłoń. Dziewczyna przerywa utwór i odwzajemnia pieszczotę. Głowa bohaterki powoli opada na ramię mężczyzny i tak trwają, gdy za oknem pada deszcz…
Powyższa scena, tak jak i cały obraz, przywodzi na myśl dwa wyśmienite filmy: nie tak dawno goszczący na ekranach polskich kin, Stoker (reż. Chan-wook Park), oraz Między słowami (reż. Sofia Coppola). Podobieństwo pierwszego z wymienionych filmów wynika przede wszystkim z analogicznej „fortepianowej” sceny, która jednak ma tam trochę inne znaczenie. W Stokerze wykonywany utwór jest głęboko podszyty erotyzmem i pełni funkcję inicjacyjną. Zapoznaje bohaterkę z rozkoszą dawaną przez mężczyznę (pisząc w uproszczeniu). W Breathe In, wymowa „fortepianowej” sceny służy czemuś trochę innemu. Bohaterowie poprzez muzykę, po raz pierwszy uzewnętrzniają wszystko to, co już od dawna rozpalało ich uczucia. W Stokerze fortepian rozbudzał ciało, a w Breathe In - serce. Większe jest podobieństwo do filmu Między słowami, bo cały koncept uczuciowy rozwija się uderzając w podobne tony.



Z jednej strony mamy próbę realizacji niespełnionych marzeń i kryzys wieku średniego, z drugiej zaś, fascynację dojrzałością i tęsknotę do nieistniejącego ideału (nieżyjący wujek). Niesamowitą przyjemność sprawia oglądanie początkowych relacji uczuciowych pomiędzy bohaterami. Wszystko wygrywane jest na gestach, które od ignorancji przechodzą w ciekawość, by na końcu stać się fascynacją podszytą uczuciem. Dzięki temu, film pozornie nudny, staje się doznaniem naładowanym sugestywnymi emocjami. Niestety, jak to mówią: wszystko, co dobre, szybko się kończy. Od połowy filmu opowiadana historia skręca niebezpiecznie w stronę nieznośnego banału. Twórcy prześlizgują się przez interesujący punkt wyjścia używając ogranych kalek (odkrycie „sekretu” przez córkę oraz wybór rodziny pod wpływem „nieoczekiwanej” tragedii). Wraz z „fałszywą zdradą” wprowadzony zostaje schemat, który prawie całkowicie rujnuje początkowy klimat. Jak gdyby twórcom zabrakło pomysłów lub, co gorsza, odwagi, by poprowadzić historię w trochę inną stronę.
Czy w związku z tym, niewarto? Oczywiście, że warto! Dzięki aktorom, a w szczególności roli Felicity Jones, film ogląda się wprost wyśmienicie. Gra spojrzeń, gestów, dreszcz emocji związany z kontaktem niedoszłych kochanków, wszystko to sprawia, że czuć chemię pomiędzy bohaterami, a przecież o to między innymi w kinie chodzi. Trochę smutne, że zaprzepaszczono potencjał, jaki film posiadał. Warto jednak „poddać się” tym obrazom, by pozachwycać się doskonale oddaną grą pojedynczych gestów. Dzięki nim widz ma okazję chociaż przez chwilę obcować z czystą magią kina.

piątek, 25 lipca 2014

The Machine – notatki na marginesie


Terminator (1984) w reżyserii Jamesa Camerona kończy się sceną, w której Sarah Connor, grana przez Lindę Hamilton, patrząc na czarne chmury, potwierdza wypowiedzianą przez innego bohatera kwestię: There's a storm coming (nadchodzi burza). Pomimo zwycięstwa nad wysłanym z przyszłości terminatorem, zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek - nieuchronnie nadchodzi starcie z maszynami. Podobnie jest w Łowcy androidów (Blade Runner, 1982, reż. Ridley Scott). Deckard (Harrison Ford) pod koniec filmu wprawdzie odchodzi z ukochanym androidem, ale patrząc na zaawansowanie stworzonych przez ludzi maszyn, domniemywać można, iż konfrontacja z nimi jest już tylko kwestią czasu. W obu powyższych filmach opanowanie świata jest dopiero zapowiadane, niczym sen człowieka „wspominającego przyszłość” (Terminator), czy też majaki zbuntowanej maszyny (Łowca androidów). To może niezbyt odległa, ale jednak cały czas przyszłość.
 
Urzeczywistnienie tej wiszącej nad ludzkością groźby zagłady nadchodzi w filmie The Machine (2013, reż. Caradog W. James). Maszyny knują spisek i przejmują, na oczach widzów, władzę. Istotną różnicą w stosunku do opisywanych filmów, jest inny wydźwięk procesu „przejmowania ziemi”. W Terminatorze i Łowcy androidów myśl o przejęciu przez maszyny świata dołowała, zwiastowała nastrój realnej katastrofy. Twórcy The Machine ten stan beznadziei niwelują, sprytnie przesuwając odpowiedzialność z przedmiotu - maszyny, na podmiot - ludzie. W filmie to człowiek jest sprawcą największych nikczemności, to on kieruje się tylko pierwotnymi instynktami (niszczenia-dominacji), które to zawiodą go do katastrofy. Pomimo osiągniętego wysokiego poziomu intelektualnego, to ludzie stanowią zagrożenie dla swojego własnego gatunku. Paradoksalnie z tego powodu człowiek staje się istotą podrzędną w stosunku do maszyny. W filmie urzeczywistnieniem zła jest przedstawiciel departamentu obrony, Thomson (Denis Lawson). Nie liczy się z niczym, stawia siebie w roli Boga, gwałci wszelkie istniejące zasady.

W stosunku do wspomnianych wcześniej filmów, w The  Machine ewoluuje sama maszyna. W Terminatorze to niezdolny do jakichkolwiek uczuć, robot wyznaczał kres ludzkości. Nie było wątpliwości, kto jest tym dobrym - symboliczna w tej kwestii jest końcowa scena, w której podążający z bohaterką android (Arnold Schwarzenegger) traci wygląd człowieka, zmieniając się w metalowego kościotrupa. Łowca androidów nie jest w tej kwestii aż tak bardzo dosadny, ale czy na pewno? Wprawdzie Roy Batty (RutgerHauer) ratuje przed upadkiem Deckarda, jednak jest to bardziej akt wynikający z bezsilności (świadomość nieuchronności „wyłączenia” go z życia) niżeli z bezwarunkowego współczucia (co jednak nie zmienia faktu, iż można zakwalifikować to działanie jako „odruch ludzki”). Nadal, pomimo że zbuntowane, są to androidy zaprogramowane do wyznaczonej przez człowieka pracy. W The Machine twór człowieka (Caity Lotz) przejawia najwięcej cech ludzkich. Zacznijmy od tego, że stanowi kopię żyjącej kobiety, która to kopia z czasem ewoluuje nawet do miłości, czy współczucia. Tutaj, odwrotnie niż w Łowcy androidów, to nie człowiek (Deckard) broni „dobrego” androida (Rachael), a android (tytułowa maszyna), broni ukochanego i słabego mężczyzny (Vincent).
Trzy dekady dzielące te trzy filmy sprawiły, że również sam widz (społeczeństwo) uległo przemianie. Dzisiaj, tak jak i trzydzieści lat temu, przyszłość człowieka nadal jest przesądzona, ale teraz o jej kryzysie nie zadecyduje czynnik zewnętrzny (maszyny), a sam człowiek, pozostawiwszy ziemię tworowi od siebie lepszemu, sztucznemu, ale za to (lub, dzięki temu) pozbawionemu ułomności, które posiada gatunek homo sapiens.