piątek, 23 czerwca 2017

Osaczeni wstydem




Przekleństwem wybitnych twórców filmowych (i nie tylko filmowych) jest fakt, iż ich aktualne dokonania artystyczne zawsze odbierane są przez pryzmat ich największych sukcesów twórczych. Im więcej na koncie reżysera sukcesów, tym ma trudniej. Zgodnie z zasadą kontrastu, gdy kiepskiemu (lub przeciętnemu) reżyserowi uda się zrobić coś zaledwie niezłego, wychwalane jest to niewspółmiernie do zasług. Dzieje się tak, ponieważ w porównaniu z wcześniejszymi jego słabymi dziełami, to, co zrobił, wyróżnia się znacząco w sposób pozytywny. Takim reżyserom zasada kontrastu pomaga. Gorzej, gdy przeważająca części pracy twórczej reżysera wychodzi ponad ogólnie przyjętą przeciętność. Tutaj kontrast dla takiego twórcy bywa bezwzględny. Dobre (zaledwie) filmy wybitnego twórcy mogą przynieść wrażenie zawodu. Tak jest właśnie w przypadku najnowszego dzieła Farhadiego, które wprawdzie złym filmem nie jest, ale…


Małżeństwo Emad (Shahab Hosseini) i Rana (Taraneh Alidoosti) zmuszeni są do przeprowadzenia się do innego mieszkania. W aklimatyzowaniu się do nowych warunków przeszkodzi bohaterom nieszczęśliwy zbieg okoliczności, w wyniku którego Rana zostaje napadnięta i trafi do szpitala. Będąc cały czas w szoku, nic z tego traumatycznego zdarzenia nie pamięta. Po powrocie do mieszkania bohaterowie próbują wrócić do normalnego życia. Największy problem z napadem ma Emad, który nie może pogodzić się z myślą, że inny mężczyzna widział jego małżonkę nagą. Na idealnym związku pojawiają się coraz to większe rysy prowadzące do nieprzewidzianych pęknięć.


Farhadi ponownie tematem przewodnim swojego nowego filmu uczynił analizę relacji pomiędzy kobietą i mężczyzną. Już pierwsze sceny Klienta (Forushande, 2016) zwiastują katastrofę, której przyczyna tkwi w niezależnych (błahych) czynnikach zewnętrznych. Główni bohaterowie, to aktorzy, którzy powinni umieć uzewnętrzniać swoje uczucia i emocje. Gdy jednak chodzi o prawdziwe życie, właśnie z powodu ich profesji może im być jeszcze trudniej pozbyć się przyzwyczajeń (narzuconych norm postępowania) szczególnie dlatego, że posiedli umiejętność zakładania masek w zależności od zaistniałej sytuacji. Z jednej strony ta umiejętność ułatwia egzystencję, z drugiej sprawia, że prawdziwe życie może być odgrywane jak ich kolejna, lepsza lub gorsza, inscenizacja.


Po tak rewelacyjnych dziełach jak: Co wiesz o Elly? (Darbareye Elly, 2009), Przeszłość (Le passé, 2013), czy nawet Rozstanie (Jodaeiye Nader az Simin, 2011) najnowsze dzieło reżysera rozczarowuje. Niby to cały czas ten sam Farhadi, niby dostrzegamy rozpoznawalne elementy jego stylu, ale jakieś to takie zbytnio uproszczone, bez energii, bez tak widocznego do tej pory "twórczego pazura". We wcześniejszym filmie pt: Przeszłość, reżyser potrafił zaangażować widza zarówno złożonością fabularnych rozwiązań (zmiana głównego bohatera w połowie seansu), jak i atrakcyjnością formy nieprzystającej do schematu gatunkowego opowiadanej historii (dramat obyczajowy w konwencji thrillera). W Kliencie tego wszystkiego zabrakło.


Mam wrażenie (i nadzieję), że Farhadi tym filmem zrobił sobie głęboki wdech przed czymś o wiele większym. Więcej nawet. Uważam, że cała ta symbolika: spektakl "Śmierć komiwojażera", ostentacyjne nakładanie charakteryzacji przez aktorów, robiona była po to, by przypodobać się zachodniemu widzowi. Udało się, czego dowodem są nagrody, z Oscarem na czele. Nie wiem jednak, czy te zabiegi, niezamierzenie, nie przybliżyły filmu do banału, który kłóci się z postępowaniem bohaterów, mogącym być uznanym za całkowicie niezrozumiałe (szczególnie dla kogoś wychowanego w innym kręgu kulturowym). W świetle mojej powyższej krytyki może to dziwnie zabrzmieć, ale uważam, że Klient jest bardzo solidnym filmem. Dla tak wielkiego twórcy jednak, to "wpadka" i pozostaje mieć tylko nadzieję, że ten spadek formy nie potrwa długo.

sobota, 10 czerwca 2017

Nienawistna czwórka – maj






John Wick 2 (John Wick: Chapter Two) /2017/ - reż. Chad Stahelski

Pierwsza odsłona przygód Baba Yagi, wyjątkowo mocno przypadła mi do gustu. Połączenie schematu "One Man Army" z klimatem lat 80., stylistyką komiksową i nawiązaniami do kina samurajskiego zagrało w tym przypadku wyśmienicie. Keanu Reeves ze swoim "drewnianym" aktorstwem również idealnie dopasował się roli legendarnego zabójcy zmuszonego do powrotu z "zawodowej emerytury". Przyjemną świeżością zawiało w kwestii hotelu działającego według specyficznych honorowych zasad. Druga część jest bardzo podobna jednak pewne zmiany są widoczne. Zgodnie z zasadą sequeli (wszystkiego więcej), już nie mamy do czynienia z "kopią" kina sensacyjnego lat 80., tylko ze schematem gry komputerowej.


Co lepsze? Wszystko zależy od wykonania. W tym przypadku nowy John Wick urzeka widowiskowością. Widoczne jest to w scenie odwrotu po zabójstwie w "ruinach", w której to bohater eliminuje kolejno przeciwników bronią wydobywaną ze schowków, wcześniej przez siebie przygotowanych (jak w grach FPP). Schemat gry komputerowej da się zaobserwować również w finałowej scenie, w której bohater zmuszony jest wykorzystywać broń eliminowanych przeciwników (Max Payne się kłania). Skoro druga odsłona przygód Johna wygląda jak totalna komputerowa strzelanka i zważywszy na sytuacje, w której scenarzyści zostawili naszego niepokonanego bohatera, aż ciężko wyobrazić sobie finał tej trylogii filmowej.  Ja, w każdym bądź razie, czekam.
Ocena 7/10





Kong: Wyspa Czaszki (Kong: Skull Island) /2017/ - reż. Jordan Vogt-Roberts

To co w amerykańskim kinie mainstreamowym kocham najbardziej, to umiejętność lekkiego opowiadania nawet najbardziej irracjonalnych historii. Jeżeli z tym wszystkim zgra się forma oraz przedstawieni bohaterowie, to potrafię zatracić się w seansie nie zwracając uwagi na niektóre naciągane "szczegóły" fabularne. Rzecz jasna, by to wszystko odpowiednio razem zagrało potrzebny jest właściwy reżyser. Nie musi być jakiś szczególnie wybitny czy "wielki" (chociaż pewnie by nie zaszkodziło). Wystarczy, by robił to co robi, z przyjemnością, bawiąc się w taki sposób, w jaki oczekiwałby tego od widzów. Tylko tyle i aż tyle. Ja to wtedy "łykam".


Dokładnie tak jest właśnie z nowym Kongiem - czyste hedoniczne doznanie. Zdaję sobie sprawę z tego, że można dyskutować z "logicznością" fabuły. Ja tego jednak nie zamierzam robić, bo i po co? Otrzymałem przyjemną rozrywkę z efekciarskimi "bajerami" wizualnymi, odprężającą opowieść z bohaterskim Kongiem, a wszystko to wymieszane z masą nawiązań do klasyki kina. Mi to w zupełności wystarcza.
Ocena 7/10





Potwór z Czarnej Laguny (Creature from the Black Lagoon) /1954/ - reż. Jack Arnold

Zważywszy na rok produkcji nie oczekiwałem zbyt wiele. Ot, kolejna archaiczna opowieść na temat zmagań człowieka z nieznanym. Poniekąd jest to prawda, ale jak na filmową skamielinę całkiem dużo w tym obrazie życia. Najbardziej imponuje świetna realizacja scen podwodnych, jednych z najlepszych (jeżeli nie najlepszych) jak na owe czasy. Wprost rewelacyjnie sfilmowana jest scena, w której główna bohaterka Kay (Julie Adams) wypływa zażyć kąpieli, a każdy jej ruch obserwowany jest spod wody przez śledzącą ją postać monstrum. Słowa wielkiego uznania za pomysłowość i realizację.


Największe obawy budził we mnie wygląd potwora. Na takiego gatunku filmach ząb czasu w dziedzinie charakteryzacji widoczny jest bodajże najjaskrawiej. Nie będę pisać, że w tym przypadku jest inaczej, bo nie jest. Nie razi to jednak znacząco (mając cały czas na uwadze rok produkcji), doskonale komponując się z wymagającymi wyczynami aktorskimi (podwodne ewolucje w pełnym przebraniu). Świetnie zachowany klasyk monster movie.
Ocena 7/10





Strażnicy Galaktyki vol. 2 (Guardians of the Galaxy Vol. 2) /2017/ - James Gunn

Gunn spisał się wyśmienicie bo to ciągle niezwykle dobry mainstream jest. Wszystkie elementy, które zapewniły sukces części pierwszej znajdują się również w jej kontynuacji. Mamy humor, nawiązania do współczesnej popkultury, ale przede wszystkim dobrze napisanych bohaterów. Nikt tutaj nie stanowi tła dla kogoś innego. Wszyscy są ważni, wszyscy mają do odegrania istotną rolę. Reżyser stawia na sprawdzony zestaw postaci wzbogacając go o kilka nowych i oryginalnych indywiduów (Ego).


Jedna tylko krytyczna uwaga nasuwa się bezpośrednio po jakże udanym seansie. Miejmy nadzieję, że w trzeciej części Strażników Galaktyki Gunn nie posunie się dalej w swoim humorze, bo już w tej części w niektórych momentach efekt jego żartów przesuwał się niebezpiecznie z ironii w stronę parodii (m.in. scena z szukaniem taśmy klejącej czy wielki Pac-Man). Nie sądzę, by tego właśnie reżyser oczekiwał. Jak to mówią: pożyjemy, zobaczymy (ja na pewno).
Ocena 7/10