czwartek, 23 lutego 2017

Na krawędzi człowieczeństwa



Już pierwsza scena filmu (oddawanie moczu przez jednego z oprawców) jednoznacznie określa, z jakim obrazem będziemy mieli do czynienia – plugawym, brudnym, złym. Pretekstowa fabuła z kolei, zmusza nas do przepuszczeń, że jest to kolejny film, którego jedynym zadaniem jest testowanie granic wytrzymałości widzów na pokazywaną przemoc. Jednak czy na pewno?


W dużej ubojni świń ma miejsce przerażający proceder. Dwójka "filmowców" i jeden "specyficzny" aktor kręcą film. Za cel filmowcy obrali poszukiwanie oryginalnych sposobów na zakańczanie życia człowieka i uchwycenie go przy pomocy kamery. Jest to spektakl przemocy, w którym dokonuje się bestialskich czynów na przypadkowo pojmanych ludziach.


Rzeźnik (The Butcher, 2007) w reżyserii Kim Jin-wona ma co najmniej dwa interesujące aspekty. Pierwszy z nich wiąże się z próbą eksploracji najbardziej mrocznych zakątków osobowości człowieka. By tego dokonać, reżyser stawia swoich bohaterów w sytuacji skrajnie beznadziejnej, bez jakiegokolwiek wyjścia. Co pozostanie z naszego heroizmu, naszego męstwa, gdy zestawimy go z niewyobrażalnym bólem i przeświadczeniem o nieuchronności ludzkiego losu? Czy nasza chęć oddania własnego życia za cudze, nawet za to najbardziej ukochane, wytrzyma próbę z piłą mechaniczną odcinającą nasze ukochane członki? Jak silny jest człowiek? Czy tak zwane męstwo rodzaju ludzkiego, to tylko stek wyuczonych kłamstw, które łatwo jest podtrzymywać jedynie w sytuacji stabilnego bezpieczeństwa? Czy zasady życia stadnego zatriumfują nad dobrem osobistym? Twórcy w prezentowanych opiniach są tak samo bezwzględni, jak bezwzględne bywa życie, które nie dla wszystkich zakończy się happy endem.


Drugim ciekawym aspektem w filmie jest skoncentrowanie uwagi reżysera na nas - widzach. Obraz kręcony jest nie tyle z perspektywy uczestników "rzezi", co widzów, dla których ten proceder jest rejestrowany, dlatego to, co obserwujemy na ekranie, pochodzi nie tyle z "oczu" bohaterów, co z obiektywów kamer założonych im na specjale kaski. Twórcy Rzeźnika świadomie oddzielają obraz od występujących w nim postaci wysyłając nam, (widzom) jasny komunikat: "to wy, pośrednio odpowiadacie za to, co się dzieje na ekranie, ponieważ to wszystko tworzone jest dla zaspokojenia waszych "wybrednych", "chorych" gustów.


Również pokazywana przemoc jest ściśle przez twórców kontrolowana. Z jednej strony film jest bardzo okrutny, a poprzez to brutalny, z drugiej jednak, przeważająca część aktów przemocy odbywa się poza obiektywem kamery. Dlaczego tak się dzieje? Przecież zadaniem tego filmu miało być epatowanie przemocą. Może kamera przyjmuje punkt widzenia "głównych bohaterów" dramatu, widzimy to, co oni widzą? Problem w tym, że właśnie nie do końca. Co prawda, twórcy przez większą część ekranowego czasu pokazują świat "oczyma" bohaterów, jednak w określonych przypadkach przyjmują punkt widzenia samych oprawców (filmujących kamerą "z ręki" swoje wyczyny).


Ta ich niekonsekwencja skłania mnie do innej interpretacji, która kieruje nas ponownie w stronę zabawy z nami, widzami. Decydując się na ten film większość widzów będzie wiedzieć, z czym może mieć do czynienia – przemoc połączona z drastycznymi scenami tortur. Do pewnego stopnia jako widzowie oczekujemy tego. Jednak, pomimo faktu, że obraz rzeczywiście jest brutalny, największa ilość scen przemocy odbywa się poza zasięgiem naszego wzroku. Słyszymy (dzięki mikrofonom zamontowanym przy kaskach) co dziej się z współtowarzyszami niedoli naszych bohaterów, lecz tego nie widzimy. Jak gdyby reżyser bawił się z naszymi oczekiwaniami mówiąc: - Ja wiem jak bardzo pragniecie zobaczyć co się stało, jednak to ja, reżyser, zdecyduje kiedy to nastąpi. Pragnienie obejrzenia bezwzględnej makabry zostanie zaspokojone w dwóch wyjątkowo mocnych scenach (z których jedna – wydłubywanie oka nożem – może widzem naprawdę wstrząsnąć).


Rzeźnik to kino niszowe i bardzo specyficzne. Nie trafi do wielu, jednak tych, którzy spróbują się z nim świadomie zmierzyć, jest w stanie bardzo pozytywnie zaskoczyć. Formuła mockumentu pozwala twórcom na intensyfikację zagadnień związanych z granicami ludzkiego heroizmu, który w ostatecznym rozrachunku zawsze zamienia się w walkę o przetrwanie określonej jednostki. Szokowo refleksyjne kino.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Nienawistna czwórka – styczeń






Too Late /2015/ - reż. Dennis Hauck

Pierwsze wrażenie z filmu nieodparcie kieruje mnie w stronę Pulp Fiction z jego niechronologiczną fabułą, błyskotliwym słowotokiem oraz umiejscowieniem akcji w środowisku półświatka przestępczego. Obrana przez debiutanta, Dennisa Haucka forma filmu jest ważna, jednak nie przysłania jego treści. Reżyser posiłkuje się nią, by przedstawić swoją własną, autorską wizję kina. Narażę się na posądzenie o bluźnierstwo ale napiszę, że w warstwie fabularnej Too Late ma do zaoferowania więcej niż wspomniany film twórcy Kill Billa.


Konieczność zmierzenia się z nieuchronnością podjętych decyzji, połączona z autorefleksją przybierającą formę "kina w kinie" sprawiają, że przyjemność z seansu można czerpać po wielokroć. Dodatkowo, każde pojedyncze sceny, to takie małe, oddzielne "arcydziełka". Za przykład niech posłuży druga scena, z rewelacyjnie "odjechaną" w swojej frustracji postacią żony sprawcy całego zamieszania, Janet (Vail Bloom). Bohaterka bardzo długo balansuje na krawędzi, by w pewnym momencie "wybuchnąć", biorąc sprawy we własne ręce (dla czystej przyjemności czerpanej z oglądania tej sceny, zaraz po skończonym seansie obejrzałem ją ponownie).
Ocena 8/10





Zemsta - opowieść o miłości (Fuk sau che chi się) /2010/ - reż. Ching-Po Wong

Film, który "boli" i to bynajmniej nie z powodu realistycznie przedstawianych scen przemocy (chociaż i tych nie brakuje), tylko przez realność opowiadanej historii. Widz ma świadomość, że to co obserwuje na ekranie mogło się przydarzyć prawie każdemu. Obraz wywołuje realne wzburzenie graniczące z niechęcią przed ponownym seansem. Równoważone to jest, na szczęście, wyśmienicie zrealizowaną stroną wizualną filmu. Bardzo precyzyjna reżyseria, wsparta zdjęciami oraz pomysłowymi rozwiązaniami inscenizacyjnymi (auto "atakujące" bohatera) powodują, że film Ching-Po Wonga zapada na długo w pamięć. Pełnię satysfakcji z seansu zaburzały mi jednak dwa mankamenty. Pierwszy, mniej istotny, wynika z faktu, że brakowało mi fabularnego sygnału pozwalającego odczuć desperację bohatera.


Pokazany zostaje moment skrajnego "szaleństwa"(brutalne morderstwa dokonywane w stanie zbliżonym do furii), który zestawia się z całkowitym spokojem (wręcz tkliwa scena wyjścia bohatera z więzienia). Twórcy nie raczą nas niczym pomiędzy. Mogę wyobrazić sobie stan bliski szaleństwa, w którym znajdował się bohater, lecz nie "wyczułem" momentu kiedy on w bohaterze zaczął przybierać na sile. Ten mankament jest jednak niczym w porównaniu z wręcz fatalnym zakończeniem. Przedostatnia scena, z "dziećmi", jest zupełnie niepotrzebna, bo całkowicie nieuzasadniona. Odnosi się wrażenie, że twórcy pragnęli postawić przysłowiową "kropkę nad i" kończąc film mocnym akcentem, który wymyślony jak "na poczekaniu" wydaje się groteskowo odstawać od całości. Na szczęście, wymienione "zgrzyty" zasadniczo nie psują całości tego całkiem  dobrego, bo świeżego (szczególnie w kwestiach formalnych) kina zemsty.
Ocena 7/10 (plus za formę oraz minus za końcówkę)




Wolverine (The Wolverine) /2013/ - reż. James Mangold

Film Wolverine ma szczęście podobne do tego, które przytrafiło się Człowiekowi ze stali (Man of Steel, 2013, reż. Zack Snyder). W obu przypadkach poprzednie obrazy serii sięgnęły poziomem niemalże dna, dlatego, by zrobić coś lepszego niewiele trzeba było się napracować. W drugim solowym filmie o rosomaku, twórcy punktują u mnie już samym pomysłem na przeniesienie akcji do Japonii - nawiązując tym do klasycznego już komiksowego dzieła Chrisa Claremonta i Franka Millera. Drugim widocznym plusem filmu jest postać Viper, w udanej interpretacji Swietłany Chodczenkowej (niestety nie do końca przez twórców wykorzystanej). Cała reszta filmu, mówiąc delikatnie, nie zachwyca. Co z tego, że mamy "jako takie" sceny akcji (kolejny niewykorzystany element), co z tego, że na ekranie dużo się dzieje, nie jest to wszystko w stanie przysłonić mielizn scenariusza, braku konsekwencji i logiki niektórych sytuacji oraz wszechobecnego schematyzmu.


Dodatkowo, Hugh Jackman w roli Wolverinea jest najwyżej zadowalający i zupełnie nie pojmuję wszystkich tych ochów i achów, które zewsząd na niego spływają (ta jego "samczość" zalatuje mi trochę sztucznością). Takie pozycje jak Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (Captain America: The Winter Soldier, 2014, reż. Anthony Russo, Joe Russo) a przede wszystkim Strażnicy Galaktyki (Guardians of the Galaxy, 2014, reż. James Gunn) bardzo wysoko umieściły poprzeczkę w obrębie komiksowych ekranizacji o superbohaterach, dlatego pozycje co najwyżej znośne w żaden sposób nie sprzyjają satysfakcji, a tym bardziej, nie zaspokajają wysokich oczekiwań widza.
Ocena 4/10





Sorgenfri /2015/ - reż. Bo Mikkelsen

Lubię filmy, które starają się być szczere w ukazywaniu rzeczywistych powodów postępowania człowieka. Nie słodzą, nie podlizują się widzom, nie usprawiedliwiają poczynań bohaterów, a wręcz przeciwnie, wskazują "paluchem", nie przymrużywszy nawet jednego oka, na rzeczywiste postępowanie człowieka. Pod płaszczykiem kolejnej historii na temat epidemii groźnego wirusa dostajemy wykład na temat niezbywalnych priorytetów, które odkrywa się w sytuacji krytycznej. To, że w takim momencie przeważy instynkt przetrwania zaskoczeniem nie jest.


Nie liczy się mąż, przyjaciel, ogólnie: człowiek, a pozostaje zawsze i tylko JA!(może to niewygodne dla naszego komfortu psychicznego, ale raczej oczywiste, a co ważniejsze, zrozumiałe). Interesujące natomiast jest zestawienie tego instynktu (wydaje się, że nie do przełamania) czemuś, co w określonej sytuacji może wziąć nad nim górę. Tym instynktem jest prokreacja. Chuć jest w stanie przebić się przez wszystko (nawet przez śmierć matki, której ciało leży tuż obok kopulujących). Dla tego pierwotnego instynktu człowiek jest w stanie rzucić na szalę dosłownie wszystko - łącznie z dobrem własnym i swojej najbliższej rodziny (rodzice, rodzeństwo). Ludzie to rzeczywiście "wyjątkowy" gatunek jest.
Ocena 7/10