piątek, 31 maja 2013

Spoglądając w oko pustki

Czy można w dzisiejszych czasach zrobić film, który pomimo tego, że właściwie obywa się bez słów i bez jakiejkolwiek, klasycznie zawiązanej akcji, naładowany będzie niebanalnymi znaczeniami, i co istotniejsze, zaangażuje emocje widza (jakie by one oczywiście nie były)? Oglądając dzieło Tsai Ming-liang z 1998 roku pt. Dziura okazuje się, że i owszem… Jedna z początkowych scen, pokazuje jak pijany bohater wymiotuje do tytułowego otworu w podłodze. Tą sceną reżyser jednoznacznie określa charakter stosunków międzyludzkich, jakie będą dominować w filmie.
Dwójka bohaterów: mężczyzna i kobieta, jedno mieszka nad drugim w blokowisku, gdzieś we współczesnym Tajwanie. Obydwoje są skrajnie wyalienowani, samotni i złudnie samowystarczalni. Każde koczuje we własnym kącie tak naprawdę pragnąc tylko jednego: kontaktu z drugim człowiekiem. Bohaterowie snują się po ciasnych, szarych korytarzach budynków miejskiej metropolii, niczym karaluchy dbające tylko o zaspokojenie swoich najbardziej prymitywnych potrzeb. Wirus, który na nich spada jest li tylko konsekwencją, a nie przyczyną, ich beznadziejnej egzystencji. W tym kontekście, cała ludzkość to robaki ryjące w brudnych norach zwanych przez siebie mieszkaniami. Wszystko w otoczeniu jest wrogie, zaczynając od wyludnionych, odrapanych, ciasnych i wiecznie ciemnych pomieszczeń, po niekończącą się deszczową pogodę. Dodatkowo, ta chroniczna wilgoć, jest w filmie bohaterem drugoplanowym i może być interpretowana symbolicznie, odwołując się do kontaktów międzyludzkich. Niby niechciana, ale do życia konieczna, pomimo tego, że spożyta może zatruć… Paradoksalnie, to źródło największego strachu ludzi - drugi człowiek - jest jednocześnie ich największym pragnieniem. Tęsknią za ludźmi, pragną ludzi ale nie potrafią im sprostać. W jednej ze scen bohaterka ogląda się za siebie zalotnie, pragnąc być obserwowaną, jednakże, gdy ma dojść do bezpośredniego kontaktu, to ucieknie się albo do napisania bezosobowej kartki lub do banalnej, zdawkowej i szorstkiej rozmowy o terminie naprawy powstałej usterki (tytułowej dziury). Mężczyzna, który jest w filmie postacią kluczową, chęć zbliżenia zaspokaja w odmienny sposób. Przywołana już scena wymiotowania stanowi przyczynek do jego osobliwych „kontaktów” z drugim człowiekiem. Na samym początku dyskretnie, prawie nieświadomie podgląda i działa poniekąd w sposób ubliżający (wymiociny czy zalewania otworu wodą)… Po pewnym czasie jednak, jego stosunek do niechcianej „rzeczy” w podłodze zaczyna się zmieniać. Prawie pieszczotliwie, oczyszcza otwór z gruzu by później samodzielnie i dyskretnie go poszerzyć (oryginalny pomysł na wykorzystanie parasolki). Na pieszczotę natomiast zakrawa włożenie jednej z kończyn do absorbującego uwagę otworu i próba swoistej współegzystencji w ramach przestrzeni obcego mieszkania. Niczym złożenie wizyty i niewinne bycie w pobliżu drugiej, tak bardzo upragnionej osoby. To wszystko jednak są tylko zamienniki, substytuty prawdziwego doznania innego człowieka. Gdy ta świadomość dociera do postaci, pozostaje tylko żałosny szloch… Ale dzięki temu może i coś jeszcze - chęć działania, chęć przezwyciężenia tej nieprzezwyciężalnej pustki, rozbicia barier i przełamania wyuczonych przez lata przyzwyczajeń. Uderzanie młotkiem w podłogę jest w swojej desperacji aktem zrywania z otaczającym bohatera światem i symbolizuje samouświadamianie swojego losu i dążenie do jego zmiany, która w końcu… następuje.
Film obfituje w niekończące się sceny snu, oddawania moczu, jedzenia i inne, wydawać by się mogło, mało zajmujące szczegóły ludzkiej egzystencji. Ich oglądanie ma skłonić widza do empatii. Wszystko co robią bohaterowie czyni ich życie nieznośnym. Jak, wobec tego, na takim świecie żyć? Odpowiedź jest jedna… To przetworzone przez kulturę masową wyobrażenia o doznawanej rzeczywistości są niedościgłym ideałem bohaterów. Nieprzypadkowo film regularnie przerywany jest wstawkami wyjętymi z musicalu. Rozbuchany blichtr przedstawienia, fajerwerki kolorów i tandetne emocje, rażąco rozgraniczają świat realny od tego wyimaginowanego. Cała kultura pop tak bardzo zakorzeniła się w rzeczywistości bohaterów, że nawet w wyobrażeniach przybiera realne postacie (we wspomnianych wstawkach nie dość, że występują sami bohaterowie, to jeszcze wszystko odbywa się w ich „naturalnych” plenerach np. winda). To właśnie w tej „kulturze na pokaz” reżyser dostrzega przyczynę wszystkich bolączek współczesnego człowieka. Już sami nie widzimy, już samodzielnie nie myślimy, już nawet indywidualnie nie potrafimy pragnąć, bo to czego chcemy jest poza naszymi możliwościami. Współczesna kultura wytwarza w ludziach tylko pragnienia, chęci, które tylko ona sama w swoich ramach, potrafi zaspokoić i stąd nieszczęście bohaterów. Podążając za pięknem pozoru gubią namacalną realność rzeczywistości.
Reżyser jest dla bohaterów srogi ale z pewnością nie jest nieczuły, a wraz z końcową sceną wręcz łaskawy. Pomimo całej wcześniejszej niemocy, pozwala na zbliżenie, na kontakt pomiędzy bohaterami i mimo narzucającej się symboliki (wniebowstąpienie) daje nadzieje na, jeżeli nie lepsze, to przynajmniej inne jutro… Cieszmy się chociaż z tego, bo w innych filmach Tsai Ming-liang dla swoich bohaterów już tak łaskawy nie będzie.

niedziela, 19 maja 2013

Pogrążeni w obrazach



- Czy skoptofilie można wyleczyć?
- Tak.
- Szybko?
- O tak. Wystarczą dwa lata psychoanalizy, trzy razy w tygodniu i choroba znika bez śladu”.  Ta odpowiedź, którą lekarz udziela Markowi przekreśla w jego życiu wszystko. Odbiera mu nadzieję na upragniony powrót do zwyczajnej egzystencji w społeczeństwie. Nie pozostaje mu nic innego jak poświęcić się, by dokończyć rozpoczęte dzieło…
Mark to osoba skrajnie pogrążona w skoptofili. Nieustannie filmuje i bez przerwy ogląda efekty swojej pracy. Całe swoje życie postrzega przez pryzmat filmu. Po powrocie z romantycznej kolacji pocałowany przez kobietę stoi oniemiały. Z błogą miną przystawia do ust obiektyw w groteskowej próbie „uchwycenia” ulotnego pocałunku. Nic dla niego nie istnieje, nic nie jest ważne dopóki nie pozostanie uwiecznione na taśmie jego podręcznej kamery. Paradoksalnie, reszta społeczeństwa wcale nie znajduje się tak daleko od bohatera. Większość z nich nosi głęboko zaszczepionego w sobie bakcyla podglądactwa. Ma go starszy pan kupujący sprośne obrazki spod lady, modelka do owych obrazków pozująca, podrzędna aktorka będąca w stanie oddać wszystko za przysłowiową minutę sławy, a nawet niewinna dziewczyna żyjącą w sąsiedztwie i nie mogąca oprzeć się przemożnemu pragnieniu zagłębienia się w tajemniczych (fascynujących) filmach kręconych przez bohatera.


Jedyną osobą, która jest w stanie „dostrzec” rosnące niebezpieczeństwo ze strony Marka jest niepełnosprawna matka jego ukochanej. Sama jest wyrzutkiem, alkoholiczką, osobą wyrzuconą na margines społeczeństwa. Z powodu problemów zdrowotnych traktowana jest przez innych z pobłażliwą obojętnością. Jednak to ten mankament zdrowotny właśnie pozwala jej lepiej zobaczyć, to, co słabo dostrzegalne, a tym mankamentem jest ślepota. Zmuszona zaufać innym zmysłom niż wzrok, nie daje się zaślepić obezwładniającym ogół „obrazom”.
Główny bohater natomiast, pomimo iż wydaje się osobą najbardziej „skażoną” podglądactwem jest równocześnie tego najbardziej świadom. On nie ma złudzeń, bo zna genezę swojej choroby. Wie, że naleciałości z dzieciństwa najtrudniej przezwyciężyć (czego potwierdzeniem jest przytoczona rozmowa z lekarzem). Owa mania podglądactwa bez zapamiętania pcha go naprzód, czyniąc jego żywot nie do wytrzymania. Swoimi działaniami rzuca światu wyzwanie. Chce być złapany, ale nikt nie potrafi dostrzec oczywistej prawdy. Nie pasuje do wizerunku osoby, którą jest w rzeczywistości (zimny morderca), dlatego nie jest przez innych nawet zauważany. Z tego powodu zakończyć to musi w inny sposób. Otwartym pytaniem pozostaje natomiast co z innymi bohaterami? Mark wie dlaczego i jak postępuje, w jego życiorysie tkwi widoczna, a dla widzów jasna, przyczyna. Ale jakie usprawiedliwienie postępującego podglądactwa mają inni bohaterowie? Czy takowe usprawiedliwienie w ogóle istnieje? Czy może jest to powszechna „choroba” współczesnego człowieka, który musi „oglądać”, by móc patrzeć?


Film Peeping Tom (reż. Michael Powell), pomimo pięciu dekad jakie dzielą nas od jego powstania, robi nadal wielkie wrażenie, szczególnie w warstwie fabularnej. Razić może trochę zbytnia wiara w potęgę psychoanalizy, ale sama problematyka jest aktualna nawet dzisiaj. Michael Powell to reżyser (w tym wypadku i scenarzysta), którego zna się przeważnie z dokonań filmowych realizowanych wspólnie z Emericem Pressburger. Ciężko z tej współpracy jednoznacznie wywnioskować, który z nich był tym „pierwszym”. Peeping Tom jest potwierdzeniem, że Powell był twórcą bardzo świadomym, samodzielnie radzącym sobie z rzemiosłem filmowym. Szczerze ubolewam, że nie pozostawił po sobie więcej dzieł pokroju Peeping Toma.



sobota, 4 maja 2013

Komiks, który komiksem być nie chce




Czasem sprawdza się zasada, że jeżeli jakiś mainstream jest kinową „klapą”, to jest to dla niego najlepsza rekomendacja. Tak było swego czasu z Wyspą Michaela Baya, tak jest również i teraz w przypadku Sędziego Dredda. Powód małego zainteresowania filmem staje się jasny zaraz po zakończeniu seansu. Dredd 3D (reż. Pete Travis) to adaptacja komiksu, która nie chce się wpisywać w schematy analogicznych produkcji. Z pozoru wszystko dopasowane jest do odtwarzanego wzorca: bohater to twardziel z zasadami, który z racji zajmowanego stanowiska, czy raczej wykonywanej profesji (sędziowie w futurystycznym mieście przyszłości na swoich barkach dźwigają obowiązki trzech służb: policji/sędziów/katów) jest swoistego rodzaju superbohaterem. Przywdziewa swój „kostium” – kombinezon ochronny i specyficzny hełm ze znakiem X pomiędzy oczami – po czym rusza „w miasto” wymierzać sprawiedliwość… Wszystko w ramach przyjętej konwencji (filmów o superbohaterach) powinno się zgadzać. To jednak tylko pozory. Podstawowa różnica pomiędzy Dreddem a innymi komiksopodobnymi produkcjami wynika z zacierania się umowności świata przedstawionego. Oglądając wszystkie Spidermany, Supermany, Avengersy i inne, od początku widz zdaje sobie sprawę z czym ma do czynienia. Oddane zostaje to zarówno poprzez konstrukcję bohaterów - idealne postacie przyodziane w swoje kolorowe trykoty - oraz przez sposób prezentowania świata przedstawionego. Dredd 3D obydwie te prawidłowości, jeżeli nie łamie, to co najmniej solidnie nagina.
 
W „klasycznym” obrazie o komiksowych herosach główny bohater musi posiadać „przyziemne” wady zapewniające widowni łatwiejszą identyfikację. Na ogół jednak twórcy nie wychodzą poza sferę „prywatną” (ludzką) postaci (przykładowo Iron Man jest aroganckim, cynicznym megalomanem, a Spider-Man nie radzi sobie w stosunkach interpersonalnych w szczególności z kobietami). Oczywiście, gdy postacie nakładają swoje specyficzne „maski”, ich wady znikają, a oni ze zwykłych ludzi przeistaczają się w bohaterów ale już z przedrostkiem „super”. W Dreddzie 3D reżyser wychodzi poza ten ograny schemat, posługując się prostym zabiegiem. Ruguje całkowicie z filmu sferę prywatną bohatera. Dredd nie „staje się” obrońcą uciśnionych, on nim jest na co dzień (nie poznajemy twarzy postaci ukrytej pod hełmem). I am the law! – obrazując to sławetną maksymą sędziego. W jakie zatem niedoskonałości wyposażyć bohatera, by uczłowieczyć jego „super” naturę? Nic prostszego: wystarczy zrobić z niego pracoholika z wyraźnym ukierunkowaniem na nadgorliwość szczególnie w kwestiach przemocy (względem przestępców rzecz jasna). Co prawda wypacza to postać, ale równocześnie spełnia podobną rolę co „człowiecze” wady innych superbohaterów - zbliża widza do postaci i pozwala się z nią utożsamiać (wyczuwalne echa Brudnego Harry’ego). Któż nie zrozumie stróża prawa, który co prawda brutalnie (nie przekraczając oczywiście określonej granicy tolerancji), ale i bezwzględnie rozprawia się z „ludzkimi odpadkami” tego świata. Dobrze obrazuje to następująca scena: Ma-ma, główny antagonista, odcina przejście na całe piętro w bloku, w którym uwięzieni zostali bohaterowie. Wytaczając potężne działa przeciwpancerne zrównuje cały teren z ziemią. Gdy zostają tylko ruiny i kłęby dymu wysyła swoją „prawa rękę” wraz z pomniejszym oddziałem, by dokończyli dzieła (ewentualnie odnaleźli ciała)… W kolejnym ujęciu Ma-ma stoi na przeciwległym skrzydle budynku i wpatruje się w zadymione zgliszcza, z których dochodzą tylko odgłosy pojedynczych wystrzałów. Po chwili zapada cisza a z tumanów kurzu wyłania się postać Dredda podchodząca do barierki i wyrzucająca przez nią krzyczącego protegowanego Ma-my… Kolejne ujęcie: kobieta patrzy w dół za spadającym ciałem, podnosi głowę, by ujrzeć jak w zwolnionym tempie milcząca postać sędziego znika w mrokach unoszącego się dymu. Z tego rodzaju bohaterem będziemy mieli do czynienia. Równocześnie, dla przeciwwagi, wprowadzona zostaje postać młodej adeptki Anderson, która wraz z rozwojem akcji ewoluuje (tak, by widz robił to razem z nią) z niedoświadczonego żółtodzioba do świadomego swojej roli sędziego. Jednak i jej postać nie poddaje się prostym schematom. W scenie, w której zmuszona jest wykonać wyrok śmierci na osądzonym przestępcy, do pewnego stopnia również przełamuje schemat spotykany w analogicznych produkcjach.

Bohaterowie to jednak nie jedyny element odróżniający Dredda 3D od innych komiksowych opowieści. Drugim czynnikiem (niejako dopełniającym pierwszy) jest świat przedstawiony w filmie. Na ogół w tego typu obrazach jest to rzeczywistość pełna przemocy, ale nie tej prawdziwej, wyzierającej z każdego kąta, tylko tej bardziej domniemanej i nie do końca rzeczywistej. Przyzwyczajeni jesteśmy do oglądania ciągłych starć superbohaterów z ich, mniej lub bardziej super, przeciwnikami (superzłoczyńcami rzecz jasna), ale ta dosłowna, właściwa przemoc dzieje się gdzieś poza kadrem, nie na oczach widza. Nie ma zbyt wiele krwi, nie wspominając nawet o obrazie makabry, czy scen gore, które z natury przecież przynależą do świata przemocy. Dzieje się tak, po pierwsze, dlatego, że wciąż, jako przeciętni widzowie, nie jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania mocno krwawych scen, a po wtóre, i chyba właśnie najbardziej dlatego, że są to historie o bohaterach, o herosach walczących o dobro, kierujących się wzniosłymi pobudkami, a zbyt dosłowne pokazywanie skutków ich czynów mogłoby naruszyć nasze wyobrażenie na ich temat - szczególnie gdy wziąć pod uwagę fakt, że superbohaterowie komiksowi są idolami przeważnie dzieci i nastolatków. Ta przesłanka prowadzi nas do konkluzji finalnej, czyli do rachunku ekonomicznego. Tutaj sprawa jest niezwykle prosta: zbyt dużo przemocy, nazbyt dosłowne jej ukazywanie, ponadto nagość i erotyka automatycznie skazują film na wyższą kategorię wiekową, a to wiąże się z dotarciem do węższego grona odbiorców, co z kolei skutkować będzie mniejszymi wpływami do kas biletowych, czyli mniejszą opłacalnością, na którą mainstream jest przecież nastawiony. Współczesny Dredd za nic ma wszelkie kalkulacje i bezkompromisowo (prawie) brnie w wyzierającą zewsząd paszczę obrazowej przemocy. Nie dość, że postać bohatera ukazana jest w sposób dosadnie przejaskrawiony, to jeszcze jego uczynki (tak jak i jego adwersarzy) są z pieczołowitością eksponowane z ukierunkowaniem na estetyzację scen przemocy (dziurawienie ciał ukazane w zbliżeniach i w zwolnionym tempie – nota bene efekt ciekawie uzasadniony przez twórców jako skutek działania narkotyku o nazwie „Slomo”).


Tym samym mniej dziwi fakt, że nowa wersja Dredda (pierwsza powstała w 1995 roku z Sylvestrem Stallone w tytułowej roli) niekoniecznie spodobała się potencjalnej grupie docelowej filmu. Oczywiście, Dredd 3D to nic więcej jak świetnie „skrojony” mainstream, skierowany jednak do węższej grupy odbiorców (co w definicji kłóci się z ideą mainstreamów). Zdecydowanie jednak bliżej temu filmowi do mrocznych widowisk SF w rodzaju Blade Runnera (sic!), niż do kolorowych historii w stylu Iron Mana. Z tego również wynika właśnie swoisty paradoks: dla osób, które lubują się w komiksach, nieprzyswajalna może być forma obrazu a dla ludzi, dla których forma stanowić mogła by zaletę, film może być pomijany, bo to przecież tylko komiks (a w domyśle: bzdura dla dzieci). Moje upodobania plasują się gdzieś pośrodku tych dwóch opcji. Z jednej strony byłem (a w przypadku pewnych tytułów nadal jestem) fanem komiksów, a z drugiej jednak, jestem już na tyle „przeżarty” popkulturową papką, że poszukuję i lubuję się w rzeczach nieszablonowych, odstających od konwencji, czego nowy Sędzia Dredd jest dobrym przykładem.