piątek, 15 września 2017

Nienawistna czwórka – sierpień






Zjedzeni żywcem (Eaten Alive) /1977/ - reż.Tobe Hooper

W 1974r. Tobe Hooper nakręcił kultowy już dzisiaj film: Teksańska masakra piłą mechaniczną (The Texas Chain Saw Massacre). Początkowa, drapieżna i duszna atmosfera filmu przemieniona zostaje w festiwal szalonej przemocy (w przeważającej części wyobrażonej), której uwieńczeniem jest finałowy taniec Leatherface’a z tytułową piłą mechaniczną. Trzy lata później powstają Zjedzeni żywcem, film który udanie kontynuuje ten szalony taniec psychola. Drugi film w karierze reżysera nie jest bezpośrednią kontynuacją opowieści o Skórzanej Twarzy, ale ma się wrażenie, że Hooper wszystko czego nie zdążył umieścić w historii z Teksasu, wypluwa z siebie w tym filmie, serwując widzom wyjątkowo intensywny obraz nieokiełznanej przemocy.


Mnogość zdarzeń zmusza reżysera do rezygnacji z mocno przytłaczającego klimatu na rzecz szalonej groteski. Zjedzeni żywcem odwołują się w warstwie formalnej do kina exploitation. Na ekranie, tak wiele i tak szybko się dzieje, że ciężko o jakiekolwiek wytchnienie. Trochę szkoda, bo można byłoby trochę więcej czasu poświęcić na zagłębienie się w psychikę bohaterów (przykładowo, w fajną, a niewykorzystaną postać psychotycznego ojca rodzinki). Ponownie natomiast (jak to było w części pierwszej) udała się sztuczka z niedookreślonym głównym bohaterem filmu. Nie jesteśmy pewni (przynajmniej przez większość seansu), który z bohaterów dożyje do finału. Dzięki temu zabiegowi widz jeszcze mocniej ściśnięty zostaje za gardło nieprzewidzianej przemocy. Pięknie szalony film.
Ocena 7/10 (i oczywiście film trafia do grona moich ulubionych)





Teksańska masakra piłą mechaniczną 2 (The Texas Chainsaw Massacre 2)/1986/ - reż.   
Tobe Hooper

Wspomniani powyżej Zjedzeni żywcem byli ideologiczną kontynuacja Teksańskiej masakry piłą mechaniczną z 1974 roku. Na jej prawdziwy sequel reżyser zdecydował się jednak dopiero w drugiej połowie lat 80. Decyzja zupełnie chybiona, bo z oryginalnego pomysłu nie pozostaje już nic, może poza niewielkimi skrawkami koncepcyjnymi, które w żadnym stopniu nie powinny przemienić się w obraz filmowy. Druga odsłona Teksańskiej masakry zrobiona jest w duchu Zjedzonych żywcem jednak tak formalnie, jak i tematycznie mocno rozczarowuje.


Tworząc pierwszą Teksańską masakrę reżyser wyposażył swój obraz w elementy, które zadecydowały o jego sukcesie. Jednym z nich była  niesamowicie drapieżna i zarazem duszna atmosfera pozaludzkiego zagrożenia. Od początku widz przewidywał, że losy bohaterów zostały już dawno przesądzone, a wypadki których doświadczają są jedynie tego smutnym potwierdzeniem. Ta beznadziejność przytłaczała widza, wywołując dające się we znaki przygnębienie. W nowej odsłonie przygód chorej rodzinki ludojadów, po rzeczonym klimacie nie ostało się nawet wspomnienie. Reżyser idzie w stronę ironii wyrażonej za pomocą groteski z jawnie przebijającymi się elementami autoparodii. Podobnie było we wspomnianych już Zjedzonych żywcem, ale tam owe elementy umiejętnie korespondowały z "pędzącymi na złamanie karku" wydarzeniami.
 

Nową odsłonę serii wydaje się jakby Hooper kręcił trochę na siłę. Całkowicie chybionym pomysłem było wprowadzenie postaci Porucznika "Lefty" Enrighta granej przez Dennisa Hoppera. Bardzo lubię tego aktora, ale jako mściciel, a zarazem wysłannik boga zwalczający "ogień ogniem" (piłami mechanicznymi), wypada już nawet nie groteskowo, a żałośnie (sceny burzenia kryjówki rodziny). Generalnie, cały scenariusz mocno kuleje. Dużym błędem, który popełnił reżyser, było oddarcie bohaterów z aury tajemniczości i zrobienie z nich bandy klaunów. Natomiast to, co zostało zrobione z Leatherface’em to już woła o pomstę do nieba. Z milczącego, psychopatycznego, brutalnego olbrzyma zrobiono idiotę biegającego dla zabawy z piłą mechaniczną  (o jego słabości do głównej bohaterki nie wspomnę). Na pocieszenie wypada napisać że w filmie, na szczęście, ostało się całkiem sporo nieograniczonego szaleństwa, zaczerpniętego z pierwowzoru. Chyba tylko dzięki temu film jest znośny. Ogólnie -  zmarnowany potencjał.
Ocena 5/10 





Teksańska masakra piłą mechaniczną 3 (Leatherface: Texas Chainsaw Massacre III) /1990/ - reż. Jeff Burr

Dwie poprzednie części serii o Skórzanej Twarzy (jeżeli nawet drugiej nie można uznać za udaną) cechowała specyficzna atmosfera szaleństwa. Wiązało się to po części z podjętym tematem, stworzonym klimatem, ale chyba przede wszystkim z podejścia reżysera do przedstawianej historii. Tam istotne były drobne szczegóły inscenizacyjne poszczególnych scen (przeciągająca się w nieskończoność scena błąkania się jednego z bohaterów po pokoju pełnym brudu, piór i kości – nie tylko kurzych, zakończona spektakularnym uderzeniem młota, najsugestywniejsza w historii kina, scen nabijania na hak, czy scena kolacji z szaloną rodzinką).


To wszystko razem, w oczach widzów, układało się w obraz na wskroś chory - żeby przytoczyć opinię jednego z moich znajomych. Trzecia część przygód psychopatycznej rodzinki wydaje się być filmem poprawnym, ba, nawet dobrym, ale trochę nazbyt "ugrzecznionym". Wszystkie elementy horroru powracają na swoje miejsce zastępując humorystyczny wydźwięk poprzedniej części. Mamy tutaj wartką akcję przeplataną mocniejszymi lub, częściej, słabszymi elementami gore. Ogólnie film może się podobać, ale ja osobiście miałem spory niedosyt. Twórcy pozbyli się wszelkich oznak, tak ulubionego przeze mnie szaleństwa, na rzecz elementów z klasycznego młodzieżowego slashera. Z tego powodu trzecia część Teksańskiej masakry podzieli losy większości średnich slasherów i najpewniej popadnie w zasłużone zapomnienie w odmętach mojej (nie)pamięci.
Ocena 6/10




Teksańska masakra piłą mechaniczną: Następne pokolenie (The Return of the Texas Chainsaw Massacre) /1994/ – reż. Kim Henkel

Cóż to za pokraczne dzieło jest! Wszystko w nim szwankuje. Głupkowata historia, dziurawy i w wielu momentach idiotyczny scenariusz (jakim cudem, dziewczynie nabitej na hak, udało się z niego zejść i uciec niezauważonej?), do tego dodajmy nadekspresyjne aktorstwo i mamy przepis na gniota perfekcyjnego. Jednak coś w tym wszystkim zgrzyta i nie chce się dopasować do tak spektakularnej porażki. Najgorszą rekomendacją dla filmu, w moim mniemaniu, jest sytuacja, w której w połowie seansu orientujemy się, że my ten film już przecież oglądaliśmy. Najzwyczajniej nic nam z niego  nie pozostało w pamięci.


Taki w sumie może nie najgorszy, ale również nic specjalnego - nijaki, letni, typowy przeciętniak. Następnemu pokoleniu Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, taka sytuacja z pewnością nie grozi. Pomimo tak dużego natłoku wad film posiadł zaletę, od której, formalnie lepsza, poprzednia odsłona serii była wolna. Mówię tutaj o owym pierwiastku szaleństwa, nieprzewidywalności, surowości i specyficznego odjechania, który jest tutaj obecny sprawiając, że film emocjonuje. Nie zmienia to, ma się rozumieć, faktu, że film jest kuriozalnie słaby. Pomimo to jednak bawiłem się na nim lepiej niż na poprzedniej części i to ona z pewnością zostanie dłużej w mojej pamięci.
Ocena 5/10 (obiektywnie dałem niższą ocenę niż poprzedniczce, ale subiektywnie powinno być wyżej)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Giallo na plakacie


Wakacje, wakacje… i po wakacjach. W ramach letniego rozprężenia galeria kilkunastu świetnych plakatów z włoskich horrorów giallo (w większości).










































piątek, 11 sierpnia 2017

Nienawistna czwórka – lipiec






Tuż przed świtem (Just Before Dawn) /1981) – reż. Jeff Lieberman

Bardzo podoba mi się w tym filmie zakończenie. Kobieta zyskuje status "przewodnika stada", podczas ewidentnej i nieprzypadkowej niemocy mężczyzny. Wyprawa do leśnej głuszy, która stanowi podstawę fabularną filmu, krystalizuje osobowość bohaterów. Pewny siebie i swojego statusu mężczyzna zostaje poniżony, a obawiająca się wszystkiego kobieta (często z racji przyjętej roli społecznej), odkrywa w sobie pokłady odwagi. 


Znamienne jest, że bohaterka w ostatecznym starciu z przeciwnikiem, nie szuka oparcia w mężczyźnie, bo wie, że nie może na niego liczyć (feministki pieją z zachwytu;). Ten odcięty od cywilizacji skrawek dzikiego świata odsłania pierwotne instynkty człowieka. Pomimo pewnych uproszczeń psychologicznych (przemiana głównej bohaterki), Tuż przed świtem, to całkiem zgrabnie opowiedziany survival horror z "odmieńcami" w roli psychopatów.
Ocena 7/10





Biała dziewczyna (White Girl) /2016/ - reż. Elizabeth Wood

Tego, czego z całą pewnością filmowi odmówić nie można, to intensywność. Widz czuje się jakby był w samym środku bagna, które główna bohaterka nazywa swoim życiem. Niestety, poza dusznym i przytłaczającym klimatem, film nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Historia realistyczna ale w żadnym względzie nie oryginalna. Tytułowa White Girl, jako antybohaterka, której zachowanie w dużej mierze odpowiada za sytuacje których jesteśmy świadkami. Hymn na temat niesprawiedliwości pośród ogólnego zepsucia, wydaje się być przesadzony, bo nazbyt intensywny. Przez cały seans nie opuszczało mnie wrażenie banalności. Niby wszystko jest na swoim miejscu ale jakieś takie wtórne.


Natomiast, zdecydowanym atutem filmu jest sama główna bohaterka. Aktorka bardzo przekonująco kreuje postać, która pod maską delikatnej, na pierwszy rzut oka nieporadnej i niewinnej dziewczyneczki z dobrego domu, kryje wyuzdanie, hedonistyczne podejście do życia, narkomanie oraz brak samokontroli i jakiegokolwiek odpowiedzialności za własne czyny. Leah (Morgan Saylor), to taki modelowy zepsuty bachor, który korzysta ze swojej powierzchowności, by cokolwiek nie zrobić, zawsze spaść na cztery łapy. Film nie jest zły, ale brakuje mu ognia i siły, które powinny cechować debiut.
Ocena 6/10





Powrót ślepej śmierci (El ataque de los muertos sin ojos) /1973/ - reż. Amando de Ossorio

Pierwsza część cyklu o ślepych zombie broniła się trzema atutami: 1) bardzo dobrze zrealizowaną pierwszą sceną zabójstwa dokonaną przez templariuszy, 2) pomysłem na zombie jeżdżących końmi, oraz 3) atrakcyjną bohaterką (która, niestety staje się pierwszą ofiarą zombie). Łudziłem się, że reżyser, i zarazem scenarzysta, poprawi się w drugie odsłonie serii. Na próżno. Powrót ślepej śmierci nie stanowi progresu, i jest bardziej regresem opowieści o przeklętych templariuszach. Ma się wrażenie, że twórca uznał, że skoro z pierwszą częścią się udało, to dlaczego by nie spróbować tego powtórzyć? Problem polega na tym, że koncentruje się jedynie na odtwórczych powtórzeniach nie oferując nic ponadto.


Powoduje to u odbiorcy dziwne wrażenie Deja vu, tak jak w pierwszej scenie zabójstwa, w której bohaterka postępuje identycznie jak jej odpowiedniczka z części pierwszej serii (wyskakuje przez okno, wsiada na konia i ucieka). Niestety brakuje tej scenie klimatu, no i urodziwej aktorki. Reszta filmu, to już tylko większe, lub mniejsze idiotyzmy scenariuszowe niewsparte nawet przez cień napięcia wynikającego z zaistniałej sytuacji. Trzecia część sagi rozgrywa się podobno na statku. Całkiem dobry pomysł. Ciekawe mnie tylko jak bardzo reżyser i to będzie w stanie zepsuć;)
Ocena 3/10





Wonder Woman /2017/ - reż. Patty Jenkins

Główną zaletę filmu stanowi Gal Gadot, czyli tytułowa Wonder Woman. Zadziwia to tym bardziej ponieważ jej gościnny występ w Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice, 2016, reż. Zack Snyder) aktorsko był raczej średni. W swoim filmie bohaterka kradnie całe show i to jej charyzmie właśnie należy przypisać udany seans. Niestety poza bohaterką i jej "heroicznymi" wyczynami nie ma się nad czym specjalnie zachwycać. Prościusieńka historia, która na kartach komiksu spisuje się znośnie, w zetknięciu z dużym ekranem odsłania swój prymitywizm i denerwującą płaskość. Zack Snyder powinien pisać scenariusze do komiksów, bo jego uwielbienie do rozbuchanego patosu tylko tam znalazłyby odpowiednie ograniczające go ramy (zamykające się w obrębie jednej strony).


Wielu rzeczy muszą się jeszcze twórcy filmowi z DC Comics nauczyć od swoich kolegów z konkurencyjnego MARVEL’a. Dochodzimy w tym miejscu, w pewnym stopniu, do meritum sprawy: okraszanie opowiadanej historii "mrokiem" na nic się zda, gdy kłócą się z tym szczegóły fabularne. Zupełnie twórcy mogli odpuścić sobie pobudki dla których główna bohaterka postanowiła jednak, pomimo wszystko, poświęcić się dla obrony ludności. Lakoniczne (bo nic nie znaczące) motto: "walczę dla miłości" brzmiałoby wiarygodniej w ustach gogusiowatego kosmity, takiego jak Superman, niżeli amazonki hołdującej prawom boskim. Duży zawód.
Ocena 5/10

niedziela, 23 lipca 2017

Naturalna dzikość



Można odnieść wrażenie, że Greg McLean ma jakąś obsesję na punkcie seryjnego mordercy z Australii. Dwa filmy fabularne: Wolf Creek (2005) i Wolf Creek 2 (2013) nie wystarczyły mu do zamknięcia opowieści o jego losach. I podczas, gdy oczekiwałem na kolejną, już trzecią, część serii, reżyser funduje widzom mini-serial. Czy nie wszystko zostało już opowiedziane? Czy to aby nie będzie odcinanie kolejnych kuponów od znanego tematu, tym razem w formie telewizyjnego show? Na szczęście nazwisko reżysera, a co za tym idzie i jego dokonania, nie pozwoliły mi przejść obok tej propozycji obojętnie. Już po pierwszych dwóch odcinkach da się zaobserwować znaczącą ewolucję w historii odrażającego Micka Taylora (John Jarratt). Od samego początku tytuł Wolf Creek nie wiązał się jedynie z opowieścią o mordercy z Australii, ale również (a w serialu, przede wszystkim) z krajem, który go "stworzył". W dwóch filmach fabularnych pomysł ten nie mógł być, ze względu na metraż, właściwie wyeksploatowany. Brak ograniczeń czasowych w przypadku serialu telewizyjnego przyszedł reżyserowi z pomocą. Odnoszę wrażenie, że dopiero teraz twórca rozwinął skrzydła i umieścił wątki, które od zawsze były w polu jego osobistych zainteresowań. 


Pierwsze, co zadziwia (pozytywnie), to fakt, jak mało mordercy jest w tym filmie o mordercy - a przynajmniej nie tego, którego wszyscy się spodziewają. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna Eve (Lucy Fry). Niespodziewanie, w jednym momencie, traci całą swoją rodzinę i zostaje na tym nieznanym i początkowo wrogim terenie zupełnie sama. Nie mając nic do stracenia, a posiadając duszę wojownika (sportowca) postanawia sama zapolować na "bestię". Jej młodzieńcza naiwność zostanie wielokrotnie przetestowana podczas podróży przez kraj, który pomimo obecności cywilizacji, nie oddalił się nazbyt od własnej pierwotnej natury. W swojej podróży bohaterka nie będzie jednak sama. Na swojej "drodze" spotka galerię niejednoznacznych i intrygujących postaci. Niektórzy służyć jej będą pomocą, inni (większość) czyhać na jej młodzieńczą naiwność. Jak to w życiu. Osobiście najbardziej do gustu przypadła mi postać Kanea (Richard Cawthorne) z przestępczej grupy motocyklistów. Jest to postać interesująca, ale i tragiczna. Z główną bohaterką zapoznaje się w więzieniu i pomimo "zatargu", w jaki z nią wchodzi, ścigać ją będzie, nie tyle z powodu doznanej szkody, tylko przez fascynację dla jej silnej osobowości. Kane - jak i inni przewijający się w serialu bohaterowie - zmuszeni są dostosować się do warunków jakie daje kraj, który odsłania w człowieku jego pierwotne instynkty. Kim się staniemy, zależy od siły naszego charakteru. O duszę człowieka w równej mierze zabiega duch prawego aborygena (Jack Charles), i siła, która stworzyła Micka Taylora. Nie zawsze, niestety, dobro zwycięży, ale nie o wygraną tutaj idzie. Ważna jest ciągła walka, parcie do przodu pomimo przeciwności. Trochę to trywialne, ale w tym przypadku bardzo szczere.


Mini-serial Wolf Creek, to typowy film drogi, kresem której jest samopoznanie i pogodzenie się z własnym losem. Twórcom serialu idealnie udało się uchwycić dzikość drzemiącą w człowieku. Nie da się jej ujarzmić, oswoić żadnymi kagańcami wypracowanymi przez współczesną cywilizację. Gdyby mnie ktoś zapytał, o czym jest ten serial, to bez wahania odpowiedziałbym, że o ludziach i o ich zmaganiach z samym sobą, o wyborach, jakich dokonuje się, gdy popuszczane są wodze kontroli instytucjonalnej. Widać, że reżyser kocha ten dziki kraj miłością nieskrępowaną żadnymi ograniczeniami, akceptując wszystkie jego pozytywne, jak również, a może przede wszystkim, negatywne strony. Zdaje się mówić do nas, widzów, że to, czy wygra w człowieku drzemiące w nim dobro lub zło, uzależnione jest od niezłomności charakteru, którego prawdziwe oblicze odsłonięte zostanie przez wciąż żywego, dzikiego ducha Australii.

piątek, 7 lipca 2017

Nienawistna czwórka – czerwiec






Planeta wampirów (Terrore nello spazio) /1965/ - reż. Mario Bava

Często czytam, że kiepska jakość popularnych włoskich filmów z przełomu lat 60/70. wynikała z braków pieniężnych w budżecie. Brak pieniędzy – owszem, ale brak chociażby pomysłowości, że o kreatywności nie wspomnę – to już jest dla mnie niewybaczalne (co niestety było na porządku dziennym w kinie tego okresu). Ponadto, argument finansowy mógłby mieć zastosowanie, gdyby nie znaleźli się twórcy sprawnie go "obchodzący".


Jednym z takich twórców był niewątpliwie Mario Bava. Jego Planeta wampirów jest namacalnym argumentem na potwierdzenie prostego faktu, że nie pieniądze, a pomysłowość tworzą dobry film. Widoczne nawiązania do filmów SF lat 50. zdejmują z obrazu rzucającą się w oczy kiczowatość (szczególnie w zakresie scenografii). Generalnie ma się wrażenie, że obcuje się z celową inspiracją, a nie z tandetą wynikłą z niedostatków budżetowych. Prosta fabuła komponuje się idealnie z klimatem i jedyne co pozostaje niepokojącego po udanym seansie, to pytanie: skąd, do cholery, w tytule znalazły się wampiry?
Ocena 7/10 (i trafia do grona moich ulubionych)





Nude... si muore /1968/ - reż. Antonio Margheriti

Niezbyt udał się ten mariaż gatunkowy, bo we wszystkim zatrzymuje się wpół drogi. Żaden z tego filmu kryminał, bo postać detektywa wprowadzona jest zbyt późno i nie reprezentuje sobą intrygującej osobowości. Również jedna z bohaterek pretendująca do roli detektywa, nie sprawdza się, bo nad jej zdolnościami dedukcyjnego myślenia góruje beztroska i zawadiacki charakter. Może to i sympatyczne ale całkowicie bezzasadne. Również żaden z tego filmu horror, bo zabójca jest "płaski", przewidywalny, a co najważniejsze, jego sposoby mordowania ofiar, to zupełna kpina - ściska przez dwie sekundy gardło kobiet, a one padają niczym przysłowiowe muchy.


Nawet próba uatrakcyjnienia filmu scenami nagości (ciągle przebierające się młode dziewczęta) zawodzi, bo operatorowi zawsze udaje się gdzieś uciec z kamerą w wyczekiwanym przez widza momencie. O idiotycznych zachowaniach bohaterów, których świadkami w regularnych odstępach czasu jesteśmy, nawet nie warto wspominać. Ktoś miał pomysł, ale słaby, zrodzony na fali rosnącej popularności giallo. Niestety Nude... si muore, to jedynie kolejny marny produkt swoich czasów, który nie zasługuje na zapamiętanie.
Ocena 4/10





Grobowce ślepej śmierci (La Noche del terror ciego) /1972/ - reż. Amando de Ossorio

Początkowo film zapowiadał się całkiem obiecująco. Dwie przyjaciółki spotykają się przypadkowo po latach i postanawiają wyjechać razem na wycieczkę. Dziwne, niewypowiedziane zaszłości sprzed lat oraz zazdrość o mężczyznę powodują, że jedna z bohaterek opuszcza pociąg i samotnie dociera do zamku średniowiecznych templariuszy. Opuszczone ruiny okazują się idealnym (sic!) miejscem na nocleg dla młodej i atrakcyjnej kobiety. Po zmroku do zamku zawita terror bo z grobu powstają templariusze. Rozpoczyna się polowanie, a ich pierwszą ofiarą, jak nietrudno się domyśleć, stanie się zagubiona bohaterka.


Długa klimatyczna scena śmierci kobiety zwiastowała dobry horror. Niestety, Grobowce ślepej śmierci, to bardzo słaby film. Posiada parę niezłych momentów, jednak idiotyzmy scenariuszowe zaprzepaszczają cały obiecujący początkowo klimat obrazu i już do końca nic poza postaciami żywych trupów na koniach nie jest w stanie uratować tego filmu.
Ocena 5/10 (Trzeba, mimo wszystko, przyznać, że mam ochotę zobaczyć, co z tego wyszło w kolejnych częściach)





Siedem minut po północy (A Monster Calls) /2016/ - reż. J.A. Bayona

Zapowiadało się nad wyraz sztampowo. Jedynak ucieka w świata fantazji, by uporać się z otaczającymi go problemami. Siła obrazu Bayona nie leży w koncepcie, już przecież wielokrotnie eksploatowany, jak chociażby w np. Labiryncie fauna (El Laberinto del fauno, 2006, reż. Guillermo del Toro), a w rozwiązaniach fabularnych, do których ten koncept prowadzi. Od zawsze w kinie mainstreamowym dziecko było świętością. Twórcy starali się oszczędzać widzom kontrowersyjnych scen z udziałem nieletnich, co wynikało z naszych uwarunkowań kulturowych (wyjątek stanowią niektóre thrillery i horrory). Symptomy porzucenia tego od lat przestrzeganego schematu można właśnie zaobserwować w opisywanym filmie (finałowe wyznanie).


Nie jest to żadna rewolucja (w dzisiejszym kinie o taką naprawdę trudno) ale przyjemny powiew świeżości na gruncie mało reformowalnego gatunku jakim jest dramat obyczajowy. Wielu recenzentów zastanawiało się nad małym zainteresowaniem publiczności dla tego bardzo udanego obrazu. Dla mnie sprawa wydaje się być oczywista. Niewygodna tematyka przewijająca się przez cały filmu skutecznie odstrasza spragnionych bezrefleksyjnej rozrywki widzów.
Ocena 7/10

piątek, 23 czerwca 2017

Osaczeni wstydem




Przekleństwem wybitnych twórców filmowych (i nie tylko filmowych) jest fakt, iż ich aktualne dokonania artystyczne zawsze odbierane są przez pryzmat ich największych sukcesów twórczych. Im więcej na koncie reżysera sukcesów, tym ma trudniej. Zgodnie z zasadą kontrastu, gdy kiepskiemu (lub przeciętnemu) reżyserowi uda się zrobić coś zaledwie niezłego, wychwalane jest to niewspółmiernie do zasług. Dzieje się tak, ponieważ w porównaniu z wcześniejszymi jego słabymi dziełami, to, co zrobił, wyróżnia się znacząco w sposób pozytywny. Takim reżyserom zasada kontrastu pomaga. Gorzej, gdy przeważająca części pracy twórczej reżysera wychodzi ponad ogólnie przyjętą przeciętność. Tutaj kontrast dla takiego twórcy bywa bezwzględny. Dobre (zaledwie) filmy wybitnego twórcy mogą przynieść wrażenie zawodu. Tak jest właśnie w przypadku najnowszego dzieła Farhadiego, które wprawdzie złym filmem nie jest, ale…


Małżeństwo Emad (Shahab Hosseini) i Rana (Taraneh Alidoosti) zmuszeni są do przeprowadzenia się do innego mieszkania. W aklimatyzowaniu się do nowych warunków przeszkodzi bohaterom nieszczęśliwy zbieg okoliczności, w wyniku którego Rana zostaje napadnięta i trafi do szpitala. Będąc cały czas w szoku, nic z tego traumatycznego zdarzenia nie pamięta. Po powrocie do mieszkania bohaterowie próbują wrócić do normalnego życia. Największy problem z napadem ma Emad, który nie może pogodzić się z myślą, że inny mężczyzna widział jego małżonkę nagą. Na idealnym związku pojawiają się coraz to większe rysy prowadzące do nieprzewidzianych pęknięć.


Farhadi ponownie tematem przewodnim swojego nowego filmu uczynił analizę relacji pomiędzy kobietą i mężczyzną. Już pierwsze sceny Klienta (Forushande, 2016) zwiastują katastrofę, której przyczyna tkwi w niezależnych (błahych) czynnikach zewnętrznych. Główni bohaterowie, to aktorzy, którzy powinni umieć uzewnętrzniać swoje uczucia i emocje. Gdy jednak chodzi o prawdziwe życie, właśnie z powodu ich profesji może im być jeszcze trudniej pozbyć się przyzwyczajeń (narzuconych norm postępowania) szczególnie dlatego, że posiedli umiejętność zakładania masek w zależności od zaistniałej sytuacji. Z jednej strony ta umiejętność ułatwia egzystencję, z drugiej sprawia, że prawdziwe życie może być odgrywane jak ich kolejna, lepsza lub gorsza, inscenizacja.


Po tak rewelacyjnych dziełach jak: Co wiesz o Elly? (Darbareye Elly, 2009), Przeszłość (Le passé, 2013), czy nawet Rozstanie (Jodaeiye Nader az Simin, 2011) najnowsze dzieło reżysera rozczarowuje. Niby to cały czas ten sam Farhadi, niby dostrzegamy rozpoznawalne elementy jego stylu, ale jakieś to takie zbytnio uproszczone, bez energii, bez tak widocznego do tej pory "twórczego pazura". We wcześniejszym filmie pt: Przeszłość, reżyser potrafił zaangażować widza zarówno złożonością fabularnych rozwiązań (zmiana głównego bohatera w połowie seansu), jak i atrakcyjnością formy nieprzystającej do schematu gatunkowego opowiadanej historii (dramat obyczajowy w konwencji thrillera). W Kliencie tego wszystkiego zabrakło.


Mam wrażenie (i nadzieję), że Farhadi tym filmem zrobił sobie głęboki wdech przed czymś o wiele większym. Więcej nawet. Uważam, że cała ta symbolika: spektakl "Śmierć komiwojażera", ostentacyjne nakładanie charakteryzacji przez aktorów, robiona była po to, by przypodobać się zachodniemu widzowi. Udało się, czego dowodem są nagrody, z Oscarem na czele. Nie wiem jednak, czy te zabiegi, niezamierzenie, nie przybliżyły filmu do banału, który kłóci się z postępowaniem bohaterów, mogącym być uznanym za całkowicie niezrozumiałe (szczególnie dla kogoś wychowanego w innym kręgu kulturowym). W świetle mojej powyższej krytyki może to dziwnie zabrzmieć, ale uważam, że Klient jest bardzo solidnym filmem. Dla tak wielkiego twórcy jednak, to "wpadka" i pozostaje mieć tylko nadzieję, że ten spadek formy nie potrwa długo.