sobota, 13 grudnia 2014

Sympatyczny gbur


Dotyk grzechu (Tian zhu ding, 2013, reż. Zhangke Jia) to solidne kino podejmujące problematykę wpływu ustroju politycznego na funkcjonowanie jednostki w społeczeństwie. Film ma konstrukcję czterech nowel, niebezpośrednio powiązanych ze sobą treścią, jak i postaciami. Jest to kino ładne, ale raczej niezbyt odkrywcze. Pierwsza nowela wydaje się pod tym względem wyjątkiem. Wyróżnia się na tle pozostałych, nie tyle z powodu tematyki, co rozwiązań scenariuszowych. Twórcy udanie bawią się sympatiami i antypatiami widza, myląc czy też negując jego przyzwyczajenia.


Bohaterem wspomnianej noweli jest typ, którego początkowo ciężko polubić. Jest ogólnie znany w fabryce, w której pracuje, ale trudno powiedzieć, by go tam szanowano. Raczej jest tolerowany, jednocześnie, gdy tylko nadarza się taka możliwość, wszyscy od niego stronią. Powód niechęci w stosunku do bohatera tkwi w jego wiecznym niezadowoleniu, w ciągłym "czepianiu się", a to w społeczeństwie, w którym władzę sprawuje się terrorem, jest niemile widziane. Co ciekawe, ta antypatia uwidacznia się nie tylko ze strony władzy, ale również i zwykłych ludzi. Widz poznaje bohatera, którego pierwszą rzeczą, jaką robi, jest zaczepianie naczelnika i wyrzuty z powodu zaległych pieniędzy ze sprzedaży kopalni. Później jest jeszcze gorzej. Grozi donosem do władz, jest nieprzyjemny dla tych, którzy go zbywają lub unikają (czyli wszyscy). Obserwujemy pieniacza i do pewnego stopnia prymitywa (awantura na poczcie, gdy ekspedientka wymaga adresu na kopercie), z którym nikt nie chce przebywać. Twórcy sprawiają, że widz, stoi po stronie większości – po stronie ludzi i, co znamienne, władzy. Efekt ten reżyser osiąga w bardzo prosty sposób – pozbawia bohatera jakiegokolwiek sprzymierzeńca. W taki sposób mamy do czynienia z niesympatycznym, niedouczonym (czytaj: głupim), dodatkowo pozbawionym jakichkolwiek sympatyzujących z nim osób, bohaterem, którego nie chce się lubić - szczególnie wtedy, gdy przyczyna jego zachowania zaprezentowana jest w sposób dla widza nad wyraz mglisty (nie widzimy tych rzeczy, o które bohater wszystkich oskarża - czyli jego słowa przeciw reszcie). Dodatkowo, bohater mówi o niesprawiedliwościach, jednak sam wydaje się nieczuły względem otaczającego go zła (mocna scena z koniem zmuszanym do pociągnięcia ciężaru przewyższającego jego możliwości). Jako widzowie nie lubimy go i zdecydowanie mu nie kibicujemy.


Gdy już jesteśmy nastawieni wystarczająco mocno przeciwko bohaterowi, reżyser zmienia strategię. Budowany od początku filmu jego negatywny wizerunek pęka wraz z uderzeniami szpadla, które otrzymuje bohater za otwartą krytykę przełożonego. Co się stało? Dlaczego tak brutalnie tłamszony jest nic nie znaczący, "głupi robotnik"? Współczucie i zrozumienie względem postaci rośnie jeszcze bardziej, gdy w szpitalu odwiedzony zostaje przez reprezentantów władzy, bezczelnie rzucających mu "w twarz" pieniądze, które mają "wszystko załatwić". Nie tym razem jednak. Bohater po raz pierwszy wydaje się być zagubiony. Próbuje poszukać jakiegoś wsparcia u dawnej miłości, ale i tutaj nie może liczyć na zrozumienie. Jak zawsze, radzą mu, by schował głowę w piasek, podkulił ogon, dostosował się. Nie taka jest jednak natura bohatera. Nie znajdując innego wyjścia, postanawia być gorszy od tych wszystkich, od których on (i cały lud) doznaje na co dzień krzywd, ładuje strzelbę, owija ją w symboliczny wizerunek tygrysa i rusza, niczym drapieżnik, na polowanie. Akty przemocy, których dokonuje, są niczym wyroki niebios zesłane za niegodziwości tych, którzy wydają się być bezkarni. Nie będzie wyjątków, a kara dosięgnie każdego, bo wszyscy ugrzęźli w tym samym grzechu znieczulenia. Teraz wystarczy przysłowiowa "iskra", nieodpowiednie słowo, wyrażenie – cokolwiek, by spowodować niekontrolowany "wybuch", który w końcu następuje, sprowadzając kolejne, coraz bardziej brutalne i irracjonalne. Wydaje się to być naturalną konsekwencją sytuacji, w której ludzie egzystują tylko w dwóch grupach: wykorzystywanych i wykorzystujących. Zaciskany "pasek" zawsze w końcu kiedyś musi "pęknąć". Pod koniec trwania noweli widz jest już całą "duszą i ciałem" po stronie bohatera. Całkowicie się z nim identyfikuje, jednocześnie wybaczając (rozumiejąc) jego wcześniejsze zachowanie.
 

Muszę przyznać, że dużą frajdę sprawia oglądanie metamorfozy, nie tyle bohatera, co nastawienia, jakie się ma wobec jego działań. Pozostałe nowele pomimo, że traktują o tym samym problemie, nie oferują takich przewrotnych rozwiązań scenariuszowych, ale to i dobrze, bo czujność widza, w tej samej sprawie, zwieść można tylko raz na seans.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Zwariowany świat Gregga Araki: Splendor


Po swojej młodzieżowej trylogii "angst": Totally F***ed Up, The Doom Generation i Nowhere, Gregg Araki postanawia zrobić "skok" na kino mainstreamowe i kręci Splendor. Nie do końca mu to, co prawda, wychodzi, ale szczęściem (w tym nieszczęściu) jest kontynuowanie przez niego dominującej w jego fabułach tematyki, co i tak (niestety) nie ratuje filmu.
Treść filmu koncentruje się na losach Veroniki, dwudziestodwuletniej dziewczyny, która rusza w świat, do dużego miasta, by "czerpać z życia pełnymi garściami". Bohaterka przedstawia się jako przysłowiowa "cicha myszka", jednak już na pierwszej imprezie, zakochuje się, nie w jednym, a w dwóch adoratorach. Nie mogąc dokonać wyboru, postanawia związać się z obydwoma. Jej wybrańcy nie tylko zgadzają się na taki układ, co więcej, postanawiają razem z nią zamieszkać. Trwająca idylla przerwana zostanie wraz z pojawieniem się statecznego, "tego trzeciego", który wydawać się będzie najlepszym kandydatem do roli przyszłego ojca.


Splendor, pomimo kontrowersyjnej (bądź co bądź) historii, jest najbardziej "ugrzecznionym" filmem reżysera (pomijając późniejszy This Is How the World Ends, pilot nigdy nie powstałego serialu). Araki ponownie uderza w nim w społeczeństwo, oskarżając je o narzucanie dla dobra ogółu (bezpieczeństwo i możliwość wychowywania dziecka) właściwego modelu rodziny. Problem polega na tym, że wszystko w filmie uproszczone zostaje do granic możliwości percepcyjnych przeciętnego mainstreamowego widza. Z tego powodu przykładowo, rozterki bohaterki wiążą się nie tyle z modelem rodziny (dwóch tatusiów, co więcej, sypiających jednocześnie z jedną kobietą), co z ich niemocą ekonomiczną (jeden ukochany bohaterki to muzyk – jeżeli można tak nazwać bębniarza z jakiejś podrzędnej rockowej kapeli, a drugi, to krytyk – pisarz). Obydwaj pozostają na utrzymaniu swojej wybranki. "Ten trzeci", oczarowuje bohaterkę przede wszystkim pojemnością portfela. Co także zastanawia, że zapewne, by nie komplikować masowemu widzowi sytuacji, Araki postanawia wyrugować z rzeczywistości filmowej całą sferę rodzinną bohaterów. Żadna z postaci nie posiada bliskich (dziwne jest to nawet wówczas, gdy weźmie się pod uwagę, że w USA trochę inaczej podchodzi się do więzów rodzinnych). Na rodzinę w filmie nie ma miejsca, bo mogłaby zepsuć samopoczucie oglądających.


Ostatecznie, problemem filmu nie jest jego temat, tylko fakt, że Araki do jego prezentacji posługuje się zupełnie wytartymi kliszami, czyniąc obraz zwyczajnie nudnym (by nie nazwać go w inny, dosadniejszy sposób: "głupkowatym"). Dodatkowo, nie dość, że film opiera się na prostych dychotomiach: bogaty – biedny, kocham – nie kocham, to dodatkowo jest do przesady zachowawczy (zapewne dla zwiększenia widowni). Wprawdzie otrzymujemy jeden, wymuszony pocałunek pomiędzy mężczyznami, jednak na tym kontrowersje się kończą. Nawet strip-tease bohaterki jest aseksualny i oczywiście niewidoczny dla oczu widzów (celowo nie wspominam o scenach seksu, bo takowych w filmie nie zobaczymy). Nie twierdzę, że brak ograniczeń w filmach autorskich jest konieczny. Nie zmienia to faktu, że obejrzawszy Splendor czuje się bardziej niebezpieczną bliskość z serialem Beverly Hills, 90210 (tym z lat 90.), niżeli z twórcą tak drapieżnych filmów autorskich jak The Living End czy The Doom Generation. Jakby Arakiemu "stępiła się" czasowo ostrość spojrzenia (na szczęście reżyser powraca do formy w Mysterious Skin kolejnym swoim rewelacyjnym obrazie kinowym).

Podsumowując: elementy, z których  reżyser usiłuje skonstruować film, nie układają się, bo do siebie nie pasują. Czasem dobrze jest, "palący" problem "ubrać" w popularne ciuchy, by dotrzeć do większej liczby odbiorców. Sztuką jest jednak, w takich przypadkach, zachować równowagę w doborze środków, bo można się łatwo, pisząc obrazowo, potknąć, a nawet przewrócić (Drive, przykładowo, Nicolasa Windinga Refna, udanie wykorzystuje ramy mainstreamu). Araki tym filmem zalicza bolesną "wywrotkę" i pomimo, że nie skręca karku, to kości nieźle sobie rachuje.

czwartek, 31 lipca 2014

Znaczenie gestu


Jest taka scena w Breathe In: bohaterka, grana przez Felicity Jones, podchodzi razem z głównym bohaterem (Guy Pearce) do fortepianu, by zagrać utwór. Kamera filmuje dłonie dziewczyny oraz wpatrzonego w nią bohatera. W jego oczach da się zaobserwować podziw, fascynację i jeszcze coś więcej. W pewnym momencie jego palce delikatnie i nieśmiało zaczynają głaskać grającą dłoń. Dziewczyna przerywa utwór i odwzajemnia pieszczotę. Głowa bohaterki powoli opada na ramię mężczyzny i tak trwają, gdy za oknem pada deszcz…
Powyższa scena, tak jak i cały obraz, przywodzi na myśl dwa wyśmienite filmy: nie tak dawno goszczący na ekranach polskich kin, Stoker (reż. Chan-wook Park), oraz Między słowami (reż. Sofia Coppola). Podobieństwo pierwszego z wymienionych filmów wynika przede wszystkim z analogicznej „fortepianowej” sceny, która jednak ma tam trochę inne znaczenie. W Stokerze wykonywany utwór jest głęboko podszyty erotyzmem i pełni funkcję inicjacyjną. Zapoznaje bohaterkę z rozkoszą dawaną przez mężczyznę (pisząc w uproszczeniu). W Breathe In, wymowa „fortepianowej” sceny służy czemuś trochę innemu. Bohaterowie poprzez muzykę, po raz pierwszy uzewnętrzniają wszystko to, co już od dawna rozpalało ich uczucia. W Stokerze fortepian rozbudzał ciało, a w Breathe In - serce. Większe jest podobieństwo do filmu Między słowami, bo cały koncept uczuciowy rozwija się uderzając w podobne tony.



Z jednej strony mamy próbę realizacji niespełnionych marzeń i kryzys wieku średniego, z drugiej zaś, fascynację dojrzałością i tęsknotę do nieistniejącego ideału (nieżyjący wujek). Niesamowitą przyjemność sprawia oglądanie początkowych relacji uczuciowych pomiędzy bohaterami. Wszystko wygrywane jest na gestach, które od ignorancji przechodzą w ciekawość, by na końcu stać się fascynacją podszytą uczuciem. Dzięki temu, film pozornie nudny, staje się doznaniem naładowanym sugestywnymi emocjami. Niestety, jak to mówią: wszystko, co dobre, szybko się kończy. Od połowy filmu opowiadana historia skręca niebezpiecznie w stronę nieznośnego banału. Twórcy prześlizgują się przez interesujący punkt wyjścia używając ogranych kalek (odkrycie „sekretu” przez córkę oraz wybór rodziny pod wpływem „nieoczekiwanej” tragedii). Wraz z „fałszywą zdradą” wprowadzony zostaje schemat, który prawie całkowicie rujnuje początkowy klimat. Jak gdyby twórcom zabrakło pomysłów lub, co gorsza, odwagi, by poprowadzić historię w trochę inną stronę.
Czy w związku z tym, niewarto? Oczywiście, że warto! Dzięki aktorom, a w szczególności roli Felicity Jones, film ogląda się wprost wyśmienicie. Gra spojrzeń, gestów, dreszcz emocji związany z kontaktem niedoszłych kochanków, wszystko to sprawia, że czuć chemię pomiędzy bohaterami, a przecież o to między innymi w kinie chodzi. Trochę smutne, że zaprzepaszczono potencjał, jaki film posiadał. Warto jednak „poddać się” tym obrazom, by pozachwycać się doskonale oddaną grą pojedynczych gestów. Dzięki nim widz ma okazję chociaż przez chwilę obcować z czystą magią kina.

piątek, 25 lipca 2014

The Machine – notatki na marginesie


Terminator (1984) w reżyserii Jamesa Camerona kończy się sceną, w której Sarah Connor, grana przez Lindę Hamilton, patrząc na czarne chmury, potwierdza wypowiedzianą przez innego bohatera kwestię: There's a storm coming (nadchodzi burza). Pomimo zwycięstwa nad wysłanym z przyszłości terminatorem, zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek - nieuchronnie nadchodzi starcie z maszynami. Podobnie jest w Łowcy androidów (Blade Runner, 1982, reż. Ridley Scott). Deckard (Harrison Ford) pod koniec filmu wprawdzie odchodzi z ukochanym androidem, ale patrząc na zaawansowanie stworzonych przez ludzi maszyn, domniemywać można, iż konfrontacja z nimi jest już tylko kwestią czasu. W obu powyższych filmach opanowanie świata jest dopiero zapowiadane, niczym sen człowieka „wspominającego przyszłość” (Terminator), czy też majaki zbuntowanej maszyny (Łowca androidów). To może niezbyt odległa, ale jednak cały czas przyszłość.
 
Urzeczywistnienie tej wiszącej nad ludzkością groźby zagłady nadchodzi w filmie The Machine (2013, reż. Caradog W. James). Maszyny knują spisek i przejmują, na oczach widzów, władzę. Istotną różnicą w stosunku do opisywanych filmów, jest inny wydźwięk procesu „przejmowania ziemi”. W Terminatorze i Łowcy androidów myśl o przejęciu przez maszyny świata dołowała, zwiastowała nastrój realnej katastrofy. Twórcy The Machine ten stan beznadziei niwelują, sprytnie przesuwając odpowiedzialność z przedmiotu - maszyny, na podmiot - ludzie. W filmie to człowiek jest sprawcą największych nikczemności, to on kieruje się tylko pierwotnymi instynktami (niszczenia-dominacji), które to zawiodą go do katastrofy. Pomimo osiągniętego wysokiego poziomu intelektualnego, to ludzie stanowią zagrożenie dla swojego własnego gatunku. Paradoksalnie z tego powodu człowiek staje się istotą podrzędną w stosunku do maszyny. W filmie urzeczywistnieniem zła jest przedstawiciel departamentu obrony, Thomson (Denis Lawson). Nie liczy się z niczym, stawia siebie w roli Boga, gwałci wszelkie istniejące zasady.

W stosunku do wspomnianych wcześniej filmów, w The  Machine ewoluuje sama maszyna. W Terminatorze to niezdolny do jakichkolwiek uczuć, robot wyznaczał kres ludzkości. Nie było wątpliwości, kto jest tym dobrym - symboliczna w tej kwestii jest końcowa scena, w której podążający z bohaterką android (Arnold Schwarzenegger) traci wygląd człowieka, zmieniając się w metalowego kościotrupa. Łowca androidów nie jest w tej kwestii aż tak bardzo dosadny, ale czy na pewno? Wprawdzie Roy Batty (RutgerHauer) ratuje przed upadkiem Deckarda, jednak jest to bardziej akt wynikający z bezsilności (świadomość nieuchronności „wyłączenia” go z życia) niżeli z bezwarunkowego współczucia (co jednak nie zmienia faktu, iż można zakwalifikować to działanie jako „odruch ludzki”). Nadal, pomimo że zbuntowane, są to androidy zaprogramowane do wyznaczonej przez człowieka pracy. W The Machine twór człowieka (Caity Lotz) przejawia najwięcej cech ludzkich. Zacznijmy od tego, że stanowi kopię żyjącej kobiety, która to kopia z czasem ewoluuje nawet do miłości, czy współczucia. Tutaj, odwrotnie niż w Łowcy androidów, to nie człowiek (Deckard) broni „dobrego” androida (Rachael), a android (tytułowa maszyna), broni ukochanego i słabego mężczyzny (Vincent).
Trzy dekady dzielące te trzy filmy sprawiły, że również sam widz (społeczeństwo) uległo przemianie. Dzisiaj, tak jak i trzydzieści lat temu, przyszłość człowieka nadal jest przesądzona, ale teraz o jej kryzysie nie zadecyduje czynnik zewnętrzny (maszyny), a sam człowiek, pozostawiwszy ziemię tworowi od siebie lepszemu, sztucznemu, ale za to (lub, dzięki temu) pozbawionemu ułomności, które posiada gatunek homo sapiens.


środa, 29 stycznia 2014

Schemat złamany

Na nowy film Steve'a McQueena czekałem co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze, ciekaw byłem, jak reżyser zakończy swoją trylogię upadku człowieka (pozostałe dwie części to: Głód, 2008 i Wstyd, 2011), po drugie, miałem nadzieję obejrzeć kolejny bezkompromisowy obraz jednostki wrzuconej w paszczę cierpienia i po trzecie w końcu, Michael Fassbender:).


Zniewolony (12 Years a Slave), opowiada historię opartą na wspomnieniach Solomona Northupa (Chiwetel Ejiofor), który jako wolny człowiek zostaje podstępnie porwany i sprzedany do niewolniczej pracy. W trakcie swojej tułaczki bohater nauczy się, jak różnie można definiować słowo "człowiek". Nawet z tego szczątkowego opisu fabuły zauważyć należy, że w żadnej mierze o wielkości filmu nie będzie świadczyć opowiadana historia. Jest to (w warstwie "wierzchniej") nic więcej jak eksploatowana "tysiąckroć" opowieść o niesprawiedliwości, z którą  zmuszony jest mierzyć się człowiek (przyznaję się, trochę to spłyciłem). Tym razem ubrane zostało to w szaty coraz bardziej dzisiaj modnego niewolnictwa (vide Django Quentina Tarantino), ale schemat pozostał ten sam: człowieczeństwo bohatera wystawione jest na próbę, z której, co zrozumiałe, nie wyjdzie do końca cało. Oczywiście w finale sprawiedliwość triumfuje (przynajmniej w najistotniejszej dla bohatera kwestii), jak to zwykle bywa w idealnie skrojonej na potrzeby "Oskarów" (o które film będzie walczył) historii. Linia fabularna to najsłabszy element, który mógł pogrążyć film w otchłani nudnych schematów, gdyby nie mały szczegół. Jaki? Opowieść zbudowana jest ze scen, które pojedynczo wypadają niezwykle przekonująco psychologicznie.

Najbardziej wymowne są sceny pozornie nieważne, jak te, w których Pani Epps (Sarah Paulson) łaje i ostrzega męża (Michael Fassbender), że jak będzie w określony sposób traktować niewolników, to oni w końcu się zbuntują i ich wszystkich w nocy powyrzynają. Nie przeszkadza to jej jednak w bestialskim traktowaniu niewolnicy (Lupita Nyong'o), która "wpadła w oko" mężowi (rozbicie na jej twarzy butelki, zakaz używania mydła, czy namawianie do niezasłużonej chłosty). Jeszcze bardziej wymowna jest scena, w której Solomon powieszony za ręce czeka cały dzień na przybycie swojego pana. Przejmująca w tej scenie nie jest niesprawiedliwość niezasłużonej kary, tylko fakt, że kilkanaście metrów dalej, beztrosko bawią się dzieci – murzyńskie, niewolnicze dzieci. Śmiejąc się zdają się nie zauważać cierpienia swojego towarzysza niedoli. Tak często były świadkami podobnych sytuacji, że stały się nieczułe na takie widoki. To, co zaszło, nie jest dla nich niczym wyjątkowym, a wręcz przeciwnie, stanowi integralną cześć ich dziecięcej, codziennej egzystencji. Film próbuje (skutecznie) ukazać społeczeństwo, w którym niewolnictwo było częścią kultury, co więcej, z tego społeczeństwa wyrosło. Bohaterowie żyją w przekonaniu, że taki stan rzeczy jest naturalny, bo ugruntowany dodatkowo poprzez najwyższego stwórcę (częste odwoływanie w cytatach do słów Biblii). Przytoczone sceny (w filmie jest ich więcej) dobitnie uzmysławiają trudności, z jakimi zmierzyć się musiało społeczeństwo, w którym tak zniewoleni, jak ich oprawcy, swoim postępowaniem legitymizują istniejący porządek rzeczy.


By właściwie zobrazować te psychologiczno-społeczne niuanse potrzebni byli właściwi aktorzy, a do takich reżyser ma oko. Cała obsada ze swojego zadania wywiązała się znakomicie, jednak Michael Fassbender przebija wszystkich, kradnąc, moim zdaniem, prawie cały film głównemu bohaterowi. Edwin Epps w jego interpretacji fascynuje świeżością obserwacji, która skutecznie uwalnia postać ze znanego schematu (bezwzględnego plantatora). Aktor doskonale portretuje postać powierzchownie pewnego siebie i stanowczego właściciela ziemskiego, który w gruncie rzeczy jest tylko pozorantem. Brak mu pewności dla siebie i swoich osądów (co zmuszony jest maskować brutalnością), tak naprawdę będąc marionetką w ręku własnej żony. Dodać należy, że wszystkie charaktery osób pojawiających się w filmie oddane są z pieczołowitością godną Tołstoja (Lwa). Reżyser skutecznie przekonuje widza, że w życiu nie liczy się nic (miłość bliźniego, solidarność rasowa czy zdrowy rozsądek), poza egoistycznym i tak bardzo naturalnym, dbaniem o własną osobę (interes). W tym kontekście osobą niepasującą zupełnie do prezentowanego kolorytu postaci jest najemny pracownik szerzący ideę wolności i równości dla wszystkich, grany przez Brada Pitta. Paradoksalnie ta najczystsza moralnie postać wypada w filmie najmniej wiarygodnie, wzbudzając w widzu wrażenie fałszu. Daleki jestem od twierdzenia, że taki człowiek nie mógł istnieć naprawdę, po prostu, na tle wszystkich prezentowanych postaci wypada dziwnie nieludzko (sztucznie).

Przyznać się muszę, że mam z filmem Zniewolony nie lada problem. Zaraz po seansie zdawał się zawodzić pokładane w nim nadzieje, jednak im dłużej o nim myślę, tym bardziej na pierwszy plan wysuwają się jego zalety, przezwyciężające skutecznie początkowe niezadowolenie. Ostatecznie przecież nie opowiadana historia, a sposób, w który to robi, tworzy film. McQueen pobudził do życia dzieło, które dzięki żywym postaciom ociera się o prawdziwą Wielkość.


środa, 8 stycznia 2014

Podsumowanie filmowe A.D. 2013



Film roku:

The Living End – reż. Gregg Araki

Dziki i chropowaty, jak tylko potrafią być filmy debiutantów. Szorstkość debiutu, to jednak nie wszystko. Aby "ulepić" wyjątkowy obraz musi za tym przedsięwzięciem stać twórcza osobowość, w tym przypadku wielce utalentowanego Gregga Araki. Brawurowy film "krzyku" pokolenia AIDS, posiadający jednak uniwersalną wymowę (bunt przeciw panującym strukturom społecznym) wspartą doskonale dobraną stroną formalną (niespotykane rozwiązania montażowe i narracyjne), którą reżyser będzie rozwijać w swoich kolejnych filmach (szczególnie w trylogii: "Totally F***ed Up", "The Doom Generation" i "Nowhere"). Araki bezsprzecznie trafia do grona moich ulubionych reżyserów.



Moja ubiegłoroczna złota dycha (a nawet jedenastka:)

Stoker – reż. Chan-wook Park


Bałem się tego filmu ponieważ niestety, jak to często w dzisiejszym kinie bywa, "transfuzja" reżyserów z różnych części świata na grunt Hollywoodu, na ogół kończy się niepowodzeniem. W tym przypadku Park wychodzi z tego "transferu" obronną ręką. Widzowie jego nowego filmu mają okazję obcować z niesamowicie "filmową" ucztą.  Forma, forma i jeszcze raz forma, ale o dziwo i nie tylko. Opinie, że scenariusz sięgnął dna można wsadzić pomiędzy bajki. Jest to ciekawa i hipnotyzująca opowieść o fascynacji ciemną stroną ludzkiej osobowości. Film do wielokrotnego użytku.




Tylko Bóg wybacza (Only God Forgives) – reż. Nicolas Winding Refn

http://zaslepieniobrazem.blogspot.com/2013/06/zmysowa-uczta.html





















Spring Breakers – reż. Harmony Korine




W tym filmie jest wszystko: od stylizacji na kolorowy teledysk, przez autotematyczną rozprawę na temat roli współczesnego kina (rzecz jasna, popularnego), poprzez obserwację społeczeństwa i jego fascynacji idolami popkultury. Z filmu emanuje magnetyzm (wizualne piękno), którym reżyser próbuje zatrzeć granicę pomiędzy kulturą popularną, a tą tak zwaną "wysoką". Korine ponownie uderza w społeczeństwo (jak w swoich poprzednich filmach), ale tym razem używa do tego narzędzi przez to społeczeństwo ulubionych, czyli stylistyki mainstreamu. Ponadto, po tym filmie James Franco już nie budzi mojej niechęci, a wręcz przeciwnie.





Pieta (Pi-e-ta) – reż. Ki-duk Kim




Ciekaw jestem co do powiedzenia mają wszyscy ci, którzy po obejrzeniu wcześniejszej produkcji reżysera (Arirang), wróżyli rychły koniec jemu i jego twórczości. W nowym filmie Koreańczyk skupia się ponownie na ulubionych przez siebie tematach: seksualności, tabu, wzajemnej zależności czy ciemnej strony duszy człowieka. Robi to jednak z zaskakującą świeżością, jak na reżysera, który eksploatuje te tematy praktycznie od początku swojej kariery. Dodać należy do tego rewelacyjny plakat. 







Niebo na ziemi (Heaven on Earth) – reż. Deepa Mehta




Nie sądziłem, że film o społeczeństwie, w którym przemoc wobec kobiet uwarunkowana jest kulturowo i wiąże się z tradycją kraju, może zostać tak ciekawie pokazany przy pomocy środków filmowego wyrazu. Ogromna w tym zasługa osoby pani reżyser i jej wrażliwości, którą prezentuje we wszystkich swoich dziełach. Wielopłaszczyznowa, zapadająca w pamięć (bynajmniej nie z powodu rzeczonej przemocy) opowieść o niemożności uwolnienia się z pętających nas kajdan. Film, o dziwo, nie jest przepełniony tą specyficzną atmosferą beznadziejności, tak charakterystyczną dla produkcji o podobnej tematyce.




Gliniarz (The Guard) – reż. John Michael McDonagh





Od zawsze lubiłem zabawy z konwencją. Tutaj dodatkowo wsparte to jest świetnym aktorstwem, najeżonymi sarkazmem (co szczególnie lubię) gagami, a na dokładkę film posiada jedno z piękniejszych wyznań miłosnych (dialog pomiędzy postaciami: Sierżantem Gerrym Boyle a Gabrielą McBride, przed finałową akcją), jakie ostatnio widziałem w kinie.








Posępna noc (Pa-soo-ggoon) – reż. Sung-Hyun Yoon





Zupełnie nieszablonowa opowieść o samotności i braku umiejętności (i chęci) porozumienia się z drugim człowiekiem. Podczas oglądania widz, raz za razem, zaskakiwany jest niestereotypowym podejściem do prezentowanych relacji międzyludzkich. Dodatkowy atut stanowi wyrazista, zapadająca w pamięć, kreacja aktorska Je-hoon Lee.








Raj: wiara (Paradies Glaube) – reż. Ulrich Seidl




W dosadny sposób film ukazuje miejsce kobiety we współczesnym świecie (i nie tylko to). Pomimo wszystkich "walk" o równouprawnienie, rola córki, żony czy matki (bo tylko takie role przewiduje się dla "porządnej" kobiety) pozostaje praktycznie niezmienna - służenie mężczyźnie. Wyrasta to z tradycji, która  kultywowana jest z pokolenia na pokolenie. Nie sposób wyrwać się spod schematu, bo nawet gdy odwołamy się do absolutu, to jest to istota płci męskiej, która także musi w końcu kobietę zawieść/opuścić/pozostawić niezrozumianą. Film próbuje opowiedzieć to z punktu widzenia kobiety, która sama (nieświadomie) zawiązuje sobie pęta męskich zależności.





Livide – reż. Alexandre Bustillo, Julien Maury





Swoista "baśń" filmowa, ale niech to nikogo nie zwiedzie. Twórcy mocnego "Najścia" zaskoczą i zadowolą nawet najbardziej marudnych (kogo ja chce oszukać?;) Alexandre Bustillo i Julien Maury rzadko wypuszczają filmy spod swojej ręki, ale jak to już zrobią, to czapki z głów!










Anna Karenina – reż. Joe Wright




Przed seansem oskarżyłem, osądziłem i wydałem wyrok skazujący na ten film. Nie da się przecież tego, co zawarł Tołstoj na kartach powieści, przełożyć na język filmu... Okazuje się jednak, że to nieprawda. Trzeba tylko (aż!) mieć na to swój własny pomysł, a książkę potraktować jedynie jako punkt wyjścia. Film ten, to namacalny przykład udanego zastosowania środków filmowych w celu zaadoptowania języka literatury na grunt kina. Efekt jest zadziwiająco dobry, ale najważniejsze jest to, że obraz nie próbuje być tym, czym być nie może – książką.








A ranking zamyka swoista wisienka na torcie;)

Bounty Killer – reż. Henry Saine
Zaskoczenie roku 2013. Udany powrót, lub wypadałoby napisać nawiązanie, do kina spod znaku exploitation movie. Kuriozalny scenariusz, kiepskie dialogi, eksponowanie erotyki (główna bohaterka) i przemocy oraz niskich lotów humor (całkiem zabawny). Czy z takiej swoistej mieszanki może wyjść produkt w jakimkolwiek aspekcie dla widza interesujący? Okazuje się, że jak najbardziej tak! Wszystkie powyższe, na pozór negatywne, składniki ujęte są w filmie w duży nawias autoironii, która zmienia ich ostateczny wydźwięk. Tam nic nie jest ukazane na poważnie, a twórcy doskonale bawią się konwencją, którą dla siebie obrali. Widz ochoczo dołącza do tej zabawy, czerpiąc z niej maksimum przyjemności. Jest to, co prawda, zabawa i przyjemność prymitywna, ale zdaje się ona nie odstawać zbytnio, od tej dostarczanej przez zdecydowaną większość dzisiejszych "pierwszoligowych" mainstreamów. Ja osobiście z chęcią pokuszę się o cześć drugą – jeżeli takowa powstanie;)



Dodatkowo byłem pod ogromnym wrażeniem:



La Casa Muda – reż. Gustavo Hernández





Gdy ktoś widział tylko amerykański remake tego filmu, to śmiem twierdzić, że nic nie widział. Oryginał jest udanym przykładem zastosowania środków filmowego wyrazu, w celu oddania stanu wewnętrznych przeżyć bohaterki. Ten obraz, to kolejny argument na poparcie tezy, że nie budżet, a pomysł ma decydujące znaczenie w kształtowaniu dzieła.









Pustka (In a Lonely Place) – reż. Nicholas Ray





Ten film traktowany jest przeze mnie w sposób szczególny z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze, to dzięki niemu poznałem i momentalnie zakochałem się w Glorii Grahame i w postaci przez nią graną. Po wtóre, świetna historia wsparta rewelacyjnymi wręcz (ja wiem, że to tylko epitety ale to trzeba usłyszeć) dialogami. Pełnię szczęścia zapewnia pierwszoplanowa postać męska, grana brawurowo i niejednowymiarowo, przez Bogarta. Filmowa perełka!







Wnętrza (Interiors) – reż. Woody Allen






Aż przyjemnie patrzeć jak twórca komedyjek z niskich lotów dowcipami ("Bananowy czubek") ewoluuje na reżysera wnikliwie zgłębiającego tajniki ludzkiej duszy. Allenowi paradoksalnie najlepiej wychodzą nie jego autorskie filmy, a te inspirowane dziełami (lub osobą) innych wielkich osobistości kina (w tym przypadku Ingmara Bergmana).








Podglądacz (Peeping Tom) – reż. Michael Powell

http://zaslepieniobrazem.blogspot.com/2013/05/pograzeni-w-obrazach.html






Ponadto zdecydowanie było warto: 

Seks, kłamstwa i kasety wideo (Sex, Lies, and Videotape) – reż. Steven Soderbergh
Harmonie Werckmeistera (Werckmeister harmóniák) – reż. Béla Tarr
Django (Django Unchained) – reż. Quentin Tarantino
Znaki dymne (Smoke Signals) – reż. Chris Eyre
W pogoni za Amy (Chasing Amy) – reż. Kevin Smith
The Innkeepers – reż. Ti West
Biała noc (Nuit blanche) – reż. Frédéric Jardin
Cani arrabbiati – reż. Lamberto Bava, Mario Bava
Przyjaciel do końca świata (Seeking a Friend for the End of the World) –reż. Lorene Scafaria
Mieć i nie mieć (To Have and Have Not) – reż. Howard Hawks
Wielki sen (The Big Sleep) – reż. Howard Hawks
Krzyżowy ogień (Crossfire) – reż. Edward Dmytryk
Maniac – reż. Franck Khalfoun
Vinyan – reż. Fabrice Du Welz
Martwy czas: Kala (Dead Time: Kala) – reż. Joko Anwar
Zły dotyk (Mysterious Skin) – reż. Gregg Araki
Snowtown – reż. Justin Kurzel
Autostop (Autostop rosso sangue) – reż. Pasquale Festa Campanile
Boryoku gai – reż. Hideo Gosha
Yuke yuke nidome no shojo – reż. Kōji Wakamatsu
Hitokiri – reż. Hideo Gosha
Bushido - saga o samurajach (Bushidô zankoku monogatari) – reż. Tadashi Imai
W ciemność. Star Trek (Star Trek Into Darkness) – reż. J.J. Abrams
Wampir (Vampire) – reż. Shunji Iwai
Seks nocy letniej (A Midsummer Night's Sex Comedy) – reż. Woody Allen
Labirynt (Labyrinth) – reż. Jim Henson
Riddick – reż. David Twohy
Czterdzieści rewolwerów (Forty Guns) – reż. Samuel Fuller
Pośród ciemności (Entre tinieblas) – reż. Pedro Almodóvar
Volver – reż. Pedro Almodóvar


Serial(e):



















                         Justified                                                                                              Breaking Bad



Krótki metraż:

Merry Little Christmas – reż. Manuel Marin







Dziki, sugestywny, walący po bebechach, świeży powiew na firmamencie horroru "zaangażowanego" - że się tak niezdarnie wyrażę. Dla zainteresowanych podaję link (ostrzegam jednak, że film jest "mocny"): http://www.youtube.com/watch?v=9jyRnZGmI5w&feature=youtu.be










Drżące trąby – reż. Natalia Brożyńska

Na plan pierwszy tej polskiej krótkometrażówki wysuwa się osoba narratora (i zarazem twórcy). Sposób w jaki mówi i to, co mówi, sprawiają, że albo się tego nie może zdzierżyć, albo (jak w moim przypadku) zachłystujemy się tym z ogromnym uśmiechem sympatii, raz za zarazem, na nowo wracając do seansu. Dla zainteresowanych podaję link: http://www.youtube.com/watch?v=P4GslIO-J-A




Najgorszy film roku:


Ted – reż. Seth MacFarlane






Największe rozczarowanie roku. "Klozetowy" humor zaprezentowany bez jakiegokolwiek polotu. Kiepski film telewizyjny przeniesiony do kina. To co się udaje Sethowi MacFarlane, do pewnego stopnia, na małym ekranie (Family Guy), zupełnie nie sprawdza się w kinie, uwydatniając co najwyżej jego cechy marnego "szkolnego" szydercy.









Ponadto nie było warto:

To już jest koniec (This is the end) – reż. Evan Goldberg, Seth Rogen
Mroczne przejście (Dark Passage) – reż. Delmer Daves
Dom (Hausu) – reż. Nobuhiko Ohbayashi
Kula w łeb (Bullet to the Head) – reż. Walter Hill
Szklana pułapka 5 (A Good Day to Die Hard) – reż. John Moore
The Lords of Salem – reż. Rob Zombie
Iluzja (Now You See Me) – reż. Louis Leterrier
Bananowy czubek (Bananas) – reż Woody Allen
Śmierć w Tombstone (Dead in Tombstone) – reż. Roel Reiné
Wyspa strachu (Fear island) – reż. Michael Storey
Krwawe wzgórza (The Hills Run Red) – reż. Dave Parker
Kruk. Zagadka zbrodni (The Raven) – reż. James McTeigue
Ostatni dom po lewej (The Last House on the Left) – reż. Wes Craven
Elizjum (Elysium) – reż. Neill Blomkamp
Umrzeć przed świtem (Dead Before Dawn 3D) – reż. April Mullen
Stitches – reż. Conor McMahon
Ścigana (Haywire) – reż. Steven Soderbergh
Operacja Piorun (Thunderball) – reż. Terence Young
Śnieżka (Blancanieves) – reż. Pablo Berger
Detektyw nocnych koszmarów (Akumu tantei) – reż. Shinya Tsukamoto
Agenci (2 guns) – reż. Baltasar Kormákur

sobota, 4 stycznia 2014

Zapach (nie)znanej egzotyki


Jedną z wielu zalet upowszechniającej się cyfryzacji jest możliwość przywracania blasku klasycznych dzieł światowej kinematografii. W taki sposób filmy z początku wieku nabierają wyglądu, który pozwala im bez wstydu współzawodniczyć z kinem realizowanym współcześnie. Jednym z takich obrazów, wydanym i odrestaurowanym przez amerykańską firmę Criterion Collection, jest Black Narcissus (reż. Michael Powell i Emeric Pressburger). Technika to jednak w kinie nie wszystko. Czy taka zakurzona klasyka ma do zaoferowania współczesnemu widzowi coś więcej niżeli tylko ładne obrazy? Fabuła filmu koncentruje  się  na losach kilku sióstr zakonnych. Ich zadaniem jest przekształcenie "domu dla kobiet", mieszczącego się w odległych rejonach Himalajów, w szkołę dla dziewcząt oraz szpital dla lokalnej ludności. Nowe środowisko, nowi ludzie, tak różni od tego, do czego nawykły siostry na co dzień, mnożą kłopoty, a jakby tego było mało zdaje się, że owo miejsce wydobywa z bohaterek skrzętnie skrywane tajemnice. W warstwie wizualnej obraz zachwyca. Piękne zdjęcia przyrody, do tego niezłe kostiumy i charakteryzacja. Wszystko to skutecznie konkuruje z urodą głównych bohaterek, gdzie na szczególną uwagę zasługują trzy postacie. Pierwszą z nich jest siostra Clodagh czyli Deborah Kerr mierząca się z przeszłością oraz z odpowiedzialnością i wyróżnieniem bycia najmłodszą z sióstr przełożonych. Również wyrazistą, acz niewielką rólkę młodej niesfornej tancerki Kanchi zagrała Jean Simmons, pamiętna Varinia ze Spartakusa (reż. Stanley Kubrick). Jednak nic i nikt w Black Narcissus nie przebije drugoplanowej roli Kathleen Byron.




Jej kreacja aktorska jest pierwszym, podstawowym, i kto wie, czy nie jedynym elementem filmu, który jest w stanie zawładnąć całkowicie umysłem widza jeszcze na długo po jego seansie – a to w dzisiejszym kinie jest już dużo. Postać siostry Ruth przez nią kreowana intryguje od pierwszego pojawienia się na ekranie. Początkowo nienachalnie, powoli zaciekawia, by w końcowych partiach filmu skoncentrować na sobie już całą uwagę widza. Najciekawsze jest jednak to, że aktorsko wcale nie powala. W wielu momentach przejaskrawiona i nadekspresyjna, zdaje się szarżować niewspółmiernie do sytuacji w jakiej się znalazła. Ryzykuje wiele, bo w taki sposób łatwo otrzeć się o śmieszność, ale w tym wypadku całkowicie na tym wygrywa. Ta jej nadekspresyjność idealnie współgra ze stanem jej umysłu (całkowitego zachwiania emocjonalnego) oraz przejaskrawioną i odrealnioną stroną wizualną filmu. Cała sytuacja zaprezentowana na ekranie robi wrażenie przesadnie dramatycznej, ale tym takim starym, klasycznym "dramatyzmem słownym". O wielu rzeczach, często brutalnych i w swojej wymowie drastycznych (śmierć dziecka, samosąd miejscowej ludności, niemoralne praktyki pierwotnych mieszkanek zajmowanego domostwa), bohaterowie rozmawiają, ale żaden z obrazów do widza bezpośrednio nie dochodzi. Ci, którzy zechcą wezmą poprawkę na wiek filmu i ewentualne obostrzenia cenzuralne, dla tych jednak którzy zawsze oceniają film w kontekście "tu i teraz", może to stanowić barierę nie do przejścia. Nie musi to być jednak wadą - wręcz przeciwnie.



Brak bezpośredniej możliwości określenia czasu akcji, fakt, że historia toczy się z dala od jakichkolwiek zbiorowości ludzkich, wobec których można by przyjąć jakiś realny punkt odniesienia, przesadnie melodramatyczny ton opowieści oraz przejaskrawiona kolorystyka dzieła powodują, że czujemy się niczym w baśniach tysiąca i jednej nocy. Ten sam klimat, podobna stylistyka, ale za to inna, poniekąd, tematyka. Siła filmu tkwi w jego egzotyce i obcości wobec nawet współczesnego widza. Sądzę, że najlepiej się jej poddać bezkrytycznie, przełączywszy zmysł krytyczny na bliską bajce, dziecięcą naiwność. Tylko wtedy uda nam się w pełni delektować specyficznymi zaletami, które bez wątpienia Black Narcissus posiada.