środa, 17 kwietnia 2013

Gdy wtórność jest prawem



Zdarza mi się, że jako widz trochę psioczę na polskie kino. Narzekam na jego aktualny stan, będąc może nazbyt srogim w ocenie. No dobra, to prawda, nie trochę tylko bardzo… Czasem mogę przesadzać, z tym zgoda. Z drugiej jednak strony, jak ma człowiek nie narzekać, skoro nasi rodzimi twórcy raczą nas dziełami pokroju Mojego roweru (reż. Piotr Trzaskalski)? Na domiar złego okazuje się, że obraz jest powszechnie doceniany, niekiedy nawet nazywany arcydziełem porównywanym do filmów Bergmana (sic!) (Małgorzata Kulisiewicz w: stacjakultura.pl). W podobnych sytuacjach zastanawiam się, czy może to właśnie ze mną jest coś nie tak?  Może mi coś umyka?... Może czegoś nie zrozumiałem, nie dostrzegłem?… Może?… Tak czy inaczej, ani myślę dostosować się do panujących nastrojów i ochoczo chcę brnąć dalej w swoją „ułomność/ślepotę/brak gustu” próbując jej bronić, bo czyż nie trzeba się akceptować pomimo „wad”? (a tę akurat - brak zrozumienia dla szmiry - u siebie wielbię;)
Grzechów, których filmowi wybaczyć nie mogę (i nie chcę) jest kilka, z czego najważniejsze są dwa: wtórność (co jeszcze najgorsze nie jest), ale przede wszystkim, związana z nią pretensjonalność. Schematyzm dzieła ujawnia się już na pierwszy rzut oka, w samym kręgosłupie fabularnym. O co w filmie chodzi: mamy trzech męskich bohaterów połączonych więzami krwi. Jak się można domyślać (toż to przecież „męskie kino” jest) są ze sobą skłóceni i to z założenia tak ekstremalnie, na zasadzie: „nie odzywamy się do siebie, a gdy już zaistnieje potrzeba, to warczymy” (w tej kwestii prym wiedzie bohater grany przez Żmijewskiego). W takich oto „przyjaznych” warunkach bohaterowie ruszają w podróż, by odszukać i sprowadzić małżonkę seniora rodu, ale również, i przede wszystkim, po to, by odnaleźć siebie. Podczas seansu widz zatrzyma się na wszystkich „przystankach” zaplanowanych dla tego rodzaju kina: senior rodu nie dogaduje się z synem, ale z wnukiem i owszem. Wszelkie problemy mają swoją genezę (to jest przecież oczywiste) w dzieciństwie. Ojciec powiela „grzechy” swojego rodziciela i nieumiejętnie zajmuje się swoim synem, jednakże oczywiście z czasem, całkiem przypadkowo (akurat przechodził i usłyszał), wychodzą na światło dzienne prawdziwe intencje rodzica, które są jak najbardziej wzniosłe: „gdy się przewrócił zagroziłem mu, że zabiorę jego rower, by – uwaga leci rakieta – już więcej nie upadł”. Oczywiście w tego rodzaju filmach zawsze musi w końcu nastąpić pojednanie (toż przecież i w prawdziwym życiu tak zawsze jest;). Mój rower funduje nam ich aż dwa (naprawdę sądzę, że twórcy są nazbyt hojni;). Pierwsze następuje w momencie „zjednoczenia sił” dla niepełnosprawnej dziewczynki, której to dziadek i jego syn, pomimo dzielących ich animozji, postanawiają zagrać kameralny koncert urodzinowy (łezka się w oku kręci;), a drugie - to właściwe – otrzymujemy po heroicznej akcji ratunkowej w płonącej „gorzelni”. Całe szczęście dla widza, że twórcy zrezygnowali z ukazywania szczegółów tej akcji, bo moglibyśmy niechcący odkryć tożsamość polskiego supermana;). O ile jednak przez cały seans nie opuszczało mnie jedynie wrażenie produktu mocno „przeterminowanego”, tak ostatnia scena wprowadza dodatkowo element groteskowy przechodzący nawet w kicz. Finałowy koncert, w którym postać grana przez Żmijewskiego oddaje hołd swojemu ojcu, symbolicznie przekazując tym swoje uczucia poprzez zaintonowanie nieplanowanego utworu, wykonywanego wcześniej razem na rzecz niepełnosprawnej dziewczynki, przyprawia o prawdziwy „zawrót głowy”, będąc zapewne planowany jako mocno nostalgiczna puenta - dogorywający rodzic ogląda występ syna na ekranie telewizora. Nie wchodząc zanadto w szczegóły fabularne (a nuż ktoś zechce film obejrzeć), nagromadzenie kontrastujących ze sobą środków filmowego wyrazu przekracza granicę nostalgii i ociera się o śmieszność (jak zwykle umiar złotym środkiem... ale wtedy nie byłoby tak ckliwie).
Najgorszy w filmie jednak nie jest schematyzm, tylko fakt, że twórcy tak poważnie traktują materiał, na którym pracują (końcówka to krańcowy tego przykład). Może potrzeba było odrobinę ironii, przymrużenia oka, aby z większą gracją taplać się w ogranych schematach. Nawet zamierzone sytuacje humorystyczne są w filmie „lekko” zwietrzałe. Niby się śmiejemy (może lepiej napisać uśmiechamy), niby jest sympatycznie i miło, ale dlaczego ma się wrażenie, że to wszystko już gdzieś było? Coś w stylu kontrolowanego uśmiechu w sytuacji, gdy słyszymy dowcip od dawna już znany.
Czepianie się  samego faktu powtarzalności tematów byłoby niemądre (na tym przecież zbudowane jest kino – i nie tylko). To co przeszkadza w filmie najbardziej, to brak swoistego „odcisku” osoby autora, który jest władny przestawić utwór na inne (jeżeli nie oryginalniejsze, to chociaż świeższe), lepiej dla metafory napisać „nowsze” tory, tak, by wnieść coś osobistego (subiektywnego) do istniejącego już w danym temacie dyskursu. Nie opuszcza mnie wrażenie, że Trzaskalski to taki inteligentny, empatyczny leń, który dokładnie rozumie nastroje widzów, potrafi się do nich dostosować i im przypodobać. Temu schlebia, tej wyciśnie łzę wzruszenia, ale wcale nie ma zamiaru (chcę wierzyć, że mógł) zastanawiać się nad czymś bardziej „realistycznym”. Ktoś powie, że to taka konwencja i nie ma co narzekać. Ja sądzę odwrotnie, że właśnie należy narzekać i to nawet bardzo, bo to twórca rozporządza dostępnymi środkami wyrazu i to on ma prawo i obowiązek, modyfikować je w służbie przekazywanych treści. No, chyba, że takie treści były celem twórców. Gdyby jednak tak było (będąc sceptykiem sądzę, że to wielce prawdopodobne) to już sam ten fakt winien wystarczyć za komentarz. Nie mówmy, że bywało gorzej bo ja wiem, że „w państwie ślepych jednooki królem” ale, nie bójmy się chociaż przyznać, że ten władca jest (co by nie mówić) ze wszech miar niepełnosprawny.