Otwierając dusze ostrzem


W jednej z pierwszych scen filmu główna bohaterka, młodziutka Japonka o tytułowym imieniu Tornado (Koki), odgrywa wraz ze swoim ojcem scenę w teatrze lalek. Zupełnie nie angażuje się w to, co robi, raz za razem podważając sensowność takiego źródła zarobkowania. Ponadto z całego jej zachowania bije ignorancja, a wręcz wstręt do japońskiej tradycji kultywowanej przez ojca. Tornado powoli przesiąka klimatem kraju, do którego wyemigrowała.

Rok 1790, Anglia - zewsząd szerzy się bezprawie, człowiek człowiekowi wilkiem, a pieniądz legitymuje prawo silniejszego. Tornado wzrasta w tradycji samurajskiej, którą nieustannie poddaje w wątpliwość. Może tak robić, bo do tej pory była wychowywana pod kloszem. Ojciec zaspokajał wszystkie potrzeby córki, a świat zewnętrzny był od niej oddzielony murem rodzicielskiej miłości. Rzecz jasna - do czasu.

Rzeczywistość wdziera się bezlitośnie do świata Tornada, zmuszając ją do odkrycia swojej prawdziwej osobowości. Co zrobi bohaterka, gdy nadejdzie godzina próby? To znamienne, że w chwili zagrożenia to właśnie spuścizna po ojcu będzie drogowskazem, który poprowadzi ją ku właściwej - jedynej - drodze postępowania. Reżyser gloryfikuje moralność bushi, zestawiając ją z brakiem jakichkolwiek zasad u bandytów.

Ludzie Słodkiego (Tim Roth) to banda nihilistów, tzw. bezpańskich psów snujących się po świecie bez celu. Bandyci, niczym bestie, gotowi są zagryzać nawet za marnego miedziaka (nie wyłączając członków własnej sfory). W pewnym momencie ma się wrażenie, że banda porusza się jak w demonicznym transie. Słodki prowadzi grupę bez celu, zapamiętale - prosto w jądro ciemności. Ich działania nie mają racjonalnych przesłanek, nie mają sensu - bo mieć go nie mogą.

Banda Słodkiego od początku była na przegranej pozycji, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Tradycja, która początkowo była przez bohaterkę traktowana z pogardą, ostatecznie staje się jej wybawieniem. W tym kontekście to nie samurajskie ostrze dzierżone w ręce Tornada skraca żywot bandytów, lecz ich własny brak zasad. To smutne, bo poza dwoma członkami złowrogiej bandy pozostali nawet nie zdają sobie z tego sprawy.

Dokąd zmierzają działania bandy, wie doskonale ich herszt, czyli Słodki. To on w tę pustkę ich prowadzi. Pomimo tej wiedzy nie jest jednak w stanie zawrócić z obranej drogi. Nie może i nie chce tego zrobić. Wydaje się, że dotarło do niego, kim jest, po tym co zrobił swojemu rodzonemu synowi. Dla niego nie ma już odwrotu, bo sam się na to godzi. Słodki to najtragiczniejsza i zarazem najlepsza postać w filmie, bo obdarzona jest samoświadomością własnych czynów. Celowo porzucił wszelkie  złudzenia.

Jeszcze jeden z bandytów zaakceptował beznadzieję sytuacji, w której się znalazł. On jednak, w odróżnieniu od Słodkiego, świadomie próbuje ją odrzucić. Nie tkwi pogrążony w bezmyślnej manii własnej wielkości, co sprawia, że jest w stanie porzucić otchłań, która na niego spogląda. Samodzielnie wybiera dołączenie do grupy (cyrkowej), która daje nadzieję na spokojniejsze i - co najważniejsze - celowe jutro. To pozwala mu, jako jedynemu, przeżyć.

Największą zaletą Tornada (2025), nowego filmu Johna Macleana, jest jego kameralność. Reżyser nie próbuje udawać, że obraz jest czymś więcej niż jedynie kinem zemsty. W tym gatunku sprawdza się wyśmienicie, oferując nawet coś więcej. Jego bezpretensjonalność, jakby niechcąco, odsłania zawartość (rozterki moralne), która sprawia, że w kilku elementach staje się obrazem oryginalnym. Pozytywne zaskoczenie. 

Komentarze